26.12.2021, 12:16 | czytano: 3014

Jacek Sowa: "Rysy na pucharze". Odc. 1: "Szarotki zakwitły na lodzie".

Zgodnie z zapowiedzią, dziennikarz, pisarz i publicysta rodem z Nowego Targu - Jacek Sowa rozpoczyna na naszym portalu kolejny cykl felietonów. Po serii motoryzacyjnej "Podhalańskich kółek czar", przyszedł czas na wspomnienia związane z hokejem. Niniejszym rozpoczynamy "Rysy na pucharze".
Wielokrotny hokejowy mistrz Polski, Podhale Nowy Targ, z różnym skutkiem reprezentował kraj w europejskich pucharach. Konkurencja była silna, toteż wysiłki kończyły się zazwyczaj już w drugiej rundzie. Opromieniony kolejnym, dziesiątym już tytułem klub, tym razem znakomicie radził sobie w pucharowej rywalizacji.
/Podhale 10-krotny mistrz Polski/

Nielubianym rywalem „Szarotek” były obydwa enerdowskie Dynama z Weisswasser i Berlina. Okazja do kolejnego rewanżu trafiła się w 1978 roku, bo na berlińczyków nadziali się już w pierwszej rundzie. Ograli Niemców i po spacerku z mistrzem Norwegii, Manglerud Stars (i dwucyfrówce w dwóch wyjazdowych meczach), a potem po odprawieniu rumuńskiej Steauy, wzrosły apetyty na sukces z mistrzem Finlandii. Zwłaszcza, że kilka lat wcześniej zaaplikowali im na wyjeździe dziewięć goli, a rewanż u nas Asy z Pori oddały walkowerem. Jednak na koniec 1978 roku historia zatoczyła koło i w ćwierćfinale mieli się znów spotkać z rywalem znad Zatoki Botnickiej, tyle, że już znacznie silniejszym.

Jesienna ligowo-pucharowa batalia zdziesiątkowała formacje Podhala, z powodu kontuzji ze składu wypadło kilku podstawowych graczy, w tym as atutowy, Walenty Ziętara.

Ten wyjazd był bodaj jedną z najbardziej kuriozalnych wypraw polskiej ekipy sportowej, a problemy piętrzyły się od początku jego planowania. Bogaty w wydarzenia sezon sportowy nadwyrężył klubowy budżet, nadszarpnięty premiami za wygrane mecze, a było tego przecież sporo. Wydatki klubu niemal w całości pokrywane były przez NZPS „Podhale“, głównego sponsora hokejowych „Szarotek“. Dyrektor naczelny kombinatu, Bolesław Janicki, nie był fanem hokeja, a dbać musiał o budżet fabryki, dopinany przed końcem roku; jego powodzenie zależało od wyników dziewięciotysięcznej załogi kombinatu obuwniczego i 10 milionów par wyprodukowanego obuwia, w tym większości „na eksport“ do Związku Radzieckiego...

Dyrektor Bolek kazał organizować wyjazd do Finlandii bez liczenia na jego dodatkowe wsparcie na zasadzie: „nie przeszkadzam, ale i nie pomagam“.

Społecznym prezesem klubowego zarządu był jeden z zastępców dyrektora naczelnego, Stanisław Pełka, facet porządny, ale praktycznie nic nie mogący w tym korporacyjnym potrzasku.

Na codzień zaś urzędującym prezesem KS „Podhale“ był desygnowany na to stanowisko z partyjnego powołania, człowiek wierny, ale mierny. Indolencja towarzysza Łąckiego (tak go nazwiemy w naszych wspomnieniach) objawiała się już nieraz, lecz wyżyny kunktatorstwa osiągnęła, gdy nasza ekipa wracała z Oslo, po wygranych tam dwóch meczach.

Norwegom wyraźnie nie opłacało się jechać po kolejne baty do Polski, więc „Szarotki“ rozegrały tam też i mecz rewanżowy, inkasując za to parę tysięcy dolarów gotówką; kwotę na tamte czasy pokaźną. Powrót do kraju przeciągał się z powodu najtańszych, niedopiętych połączeń lotniczych (dowodzący ekipą prezes Łącki znał tylko język rosyjski!), toteż nasza drużyna tkwiła parę godzin na lotnisku w Kopenhadze, czekając na zmiłowanie o suchym pysku. Chłopcy apelowali do pana prezesa o zakup paru kanapek i coś do picia, ten jednak, siedząc na walizce z dolarami, pozostawał nieugięty; nie miał dyrektyw odgórnych...

Na wyjazd do Pori na mecz pucharowy (29 grudnia!) dostaliśmy bilety na bezpośredni, południowy rejs LOT-em do Helsinek tuż po świętach i z powrotem w ostatni dzień roku (sic!) z lądowaniem w Warszawie o 19-tej. Chłopaki kombinowali zatem, że załapią sie jeszcze na końcówkę zabawy sylwestrowej... Hmmm...

Brakujące paszporty pomógł zorganizować Kazimierz Moździerz, dyrektor zakopiańskiego COS-u, musiałem je jednak odebrać w Warszawie, troche wcześniej na Torwarze, aby spotkać się z drużyną na Okęciu. Niestety, naczelny kombinatu nie puścił do Finlandii prezesa Pełki (bo ma robić remanenty w fabryce!) i tak zostałem kierownikiem wycieczki! Co gorsza, z paszportem Staszka, którego ze soba zabrać nie mogłem, a zostawić na dyżurce WOP-iści też nie pozwolili. W ostatniej chwili oddałem go mojemu telewizyjnemu mentorowi, Stefanowi Rzeszotowi, który przyjechał na lotnisko na złamanie karku taksówką.

Do Pori leciało piętnastu, przeważnie bardzo młodych jeszcze zawodników, dla niektórych była to niezwykła okazja poznania szerokiego świata. I tak 26-letni bramkarz – Tadek Słowakiewicz „Paciana“, obrońcy: Andrzej Słowakiewicz „Mąka“ (27 lat), Andrzej Chowaniec „Obrót“ (20), Leszek Bizub „Bizon“ (18), Andrzej Ujwary „Bulwa“ (18), Kazek Zgierski (28), Andrzej Janczy „Karrol“ (24), Andrzej Iskrzycki „Scyzor“ (27), napastnicy: Mietek Jaskierski „Złotko“ (29), Stefan Chowaniec „Dżamuś“ (25) i Józef Batkiewicz „Piwus“ (27), Tadek Watychowicz „Pipon“ (22), Andrzej Rokicki „Gaga“ (25), Darek Sikora „Daro“ (20), Zbyszek Tomaszkiewicz „Tomcio“ (20) i Bogdan Dziubiński „Dziubek“ (20), dziś wujek Krystiana, obecnie chyba najlepszego polskiego napastnika.

/Sefan Chowaniec Dżamuś/

/Dariusz Sikora „Daro“/
/Andrzej Iskrzycki „Scyzor“/

/Andrzej Rokicki „Gaga“/

Był też nasz masażysta Jasiu Joniak „Maser“, trener Tadziu Kramarz „Wujek“i jego grający jeszcze asystent, Staszek Fryźlewicz „Maziorz“. No i ja, człowiek w granatowej marynarce ze srebrnymi guzikami, ksywa „Redaktor“, szef najmniejszej grupy sportowej, jadącej do kapitalistów. Protokół międzynarodowy przewidywał skład 25-osobowy dla ekipy, która powinna liczyć co najmniej 20 graczy; o dziwo, nie było z nami żadnego oficjela, politruka, ani człowieka z tzw. służb. W terminalu napatoczyłem się na kolegę z „Gazety Krakowskiej“, który miał szczęście być wydelegowanym na ten wyjazd. Ponieważ moja redakcja („Dziennika Polskiego“) i rachuba płac były w Krakowie w tym samym gmachu przy Wielopolu, wciągnąłem Andrzeja Stanowskiego w skład naszej i tak niekompletnej ekipy.

Zaczęła się odprawa, a odrzutowy TU-134 grzał już silniki. Na bramkach zaczęły się jaja, bo celnicy wygarnęli ze sprzętu o parę flaszek „Wyborowej“ za dużo i chcieli robić problemy. Na szczęście któryś z nich miał syna w Legii, daliśmy mu więc dwa kije Smolenia i popędzili do samolotu. Dżamuś był niepocieszony, ale skwaszone stratą miny poszkodowanych na cle poprawiły się, gdy na pokładzie podano nam lunch, który Pipon (z rodziny masarskiej) określił jako g... nie jedzenie i po zakończonym posiłku pozbierał wszystkie plastikowe sztućce do torebki na rzyganie i wręczył Karrolowi, który miał sie żenić po Nowym Roku. - Mosz, bedzie na wesele!

/Andrzej Janczy „Karrol“/

W dobrych nastrojach wylądowaliśmy na lotnisku w Helsinkach, gdzie największą atrakcją był podwieszony pod sufitem stary, przedwojenny dwupłatowiec i nowoczesne karuzele bagażowe, z których ogromne worki ze sprzętem hokejowym co raz spadały, wywołując u niektórych chłopaków niepokój, gdyż jak się okazało, niektórym udało się przemycić parę flaszek.

Żeby jednak nie było niedomówień, zakupiona w Pewexie „Wyborowa“ była po prostu walutą wymienialną, bo oczywiście na wyjazd nikt nie dostał w kraju złamanego centa. Znając doskonale tych chłopaków, to w obliczu tak ważnego meczu żaden gorzały by się nie tknął! Sam zresztą wiozłem dwie duże flachy i studolarowego zaskórniaka, mając w na uwadze rodzinne suweniry.

W helsińskim terminalu na Vantaa przywitał nas wąsaty człowieczek w czerwono-białej kurtce z czarnym asem pikowym na piersi; mnie poznał chyba po tej granatowej marynarce ze srebrnymi guzikami.... Załadowaliśmy się do przedpotopowej na wygląd Scanii, ale w środku okazało się, że ten dziwny pojazd w klubowych barwach rywali to nowocześnie urządzony autokar, z wygodnymi fotelami i z stolikami vis a vis, barkiem i ekspresem do kawy. W obieg poszła skrzyneczka ze świeżutkimi bułeczkami z szynką i butelki z sokiem owocowym. Chłopaki od razu zajęli „swoje“ tradycyjne miejsca, przy czym fotele ze stolikami najbardziej ucieszyły Pacianę, Dziubka i Mąkę, miłośników karcianego „zechcyka“.

/Scania/

240-kilometrową trasę z Helsinek do Pori pokonaliśmy w niespełna ...trzy godziny, a nasza Scania zasuwała po ośnieżonej szosie, rwąc tuman śniegu kilkuset kolcami w każdej oponie. A za oknem tylko polarna szarość pól, lasów, jezior, pól, lasów, jezior itd...

Cdn.

Jacek Sowa
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl