14.12.2017, 20:49 | czytano: 2616

Szkocja widziana okiem Łukasza Sowińskiego (zdjęcia)

zdj. Łukasz Sowiński
Późna jesienią odwiedził Szkocję nasz redakcyjny kolega Łukasz Sowiński.
Jedź, ale nie w listopadzie…
A może Szkocja? Nie jedź, listopad to nie jest dobry moment na Szkocję. Pogoda będzie fatalna, dzień krótki. Jednak wybór, jaki miałem to wyjazd w listopadzie, albo wcale. Niech się dzieje wola nieba- jedziemy! Przecież krótki dzień, to dla fotografa krajobrazu oznacza słońce bliżej horyzontu, a co za tym idzie dłużej utrzymuje się przyjemne oświetlenie. O ile chmury na to pozwolą… Pogoda? Jedyne, czego fotograf nie chce, to pełnego słońca.

Wiatr, cisza, słońce


Po wylądowaniu w Glasgow od razu udajemy się na północ w kierunku Isle of Skye. Szkocka pogoda wita nas, tak jak wszyscy przewidywali. Przez cały dzień towarzyszy nam deszcz. Do Portree docieramy już w nocy. Na rano planujemy mały spacer w okolicy miasteczka.

Wstajemy przed świtem. Jeszcze ciemno, ale patrząc w niebo, widzimy gwiazdy. Przez noc pogoda się zmieniła. Szybka zmiana decyzji, jedziemy w stronę The Storr. Na miejscu, jeszcze sami, wędrujemy w górę. Po drodze cały czas towarzyszy nam leki wiatr. Na niebie szybko przewijają się chmury. Co jakiś czas przechodzi fala deszczu. Kiedy jesteśmy już pod charakterystycznymi iglicami, wiatr rozwiewa chmury, słońce obejmuje swymi promieniami wszystko co przed nami. W ciągu kilku minut mamy deszcz, słońce, tęczę, wiatr, ciszę. Czuję się jak w fotograficznym raju. Zresztą już nie sam. Na okolicznych pagórkach dostrzegam wielu fotografów rozstawionych ze statywami, jak na stanowiskach strzelniczych. Niektórzy schodząc z charakterystycznej półki skalnej, mocno zapierają się, żeby nie zostać powalonym przez silne porywy wiatru.

Postanawiamy zrobić dłuższą wyprawę. Powoli wspinamy się w górę. Powyżej „stanowiska fotograficznego”, już nie spotykamy żadnego Niemca, ani Japończyka. Drugą połowę dnia wędrujemy sami.

Wychodząc na górę mamy wrażenie ze będzie to strzelisty szczyt. Jakże inny widok ukazuje się nam po dotarciu na górę. Płaska jak stół, powierzchnia góry porośnięta trawą, smagana wiatrem. Nagłe porywy wiatru nie pozwalają nam podejść blisko do krawędzi półki skalnej.

Woda, śnieg, samotność

Dużo przed świtem jesteśmy w miejscowości Sligachan. Ruszamy na południe. Przed nami około 10 godzin pieszej wędrówki. Kiedy ciemność powoli ustąpiła, ukazały nam się okoliczne szczyty, posypane niewielką ilością świeżego śniegu. My jednak mamy w planie przejście przez dolinę do zatoki w południowej części wyspy. Od rana towarzyszy nam duże zachmurzenie. Około 2 godzin idziemy doliną, co kilkanaście metrów przekraczając potok przecinający naszą ścieżkę. W każdym zagłębieniu jest woda. Trochę męczy ciągłe patrzenie pod nogi, żeby nie wejść w kałużę lub błoto. Deszcz pojawia się co chwilę. Towarzyszy nam ciepły wiatr, który dość szybko suszy nasze ubrania, które znów są moczone.

Kiedy postanawiamy zrobić chwilę przerwy, w idealnym momencie chmury przepuszczają promienie słońca, a te zalewają dolinę i smagają okoliczne szczyty. Po wejściu na przełęcz, pogoda wydaje się być łaskawa, więc zmieniamy trasę. Zamiast schodzić do zatoki, postanawiamy wejść na jeden z okolicznych szczytów. Jak później się okaże, to był strzał w dziesiątkę. Im wyżej wychodzimy tym bardziej daje się we znaki silny wiatr. Po chwili pojawia się marznący deszcz, niesiony przez wiatr, tworzy ostre lodowe igiełki, które kłują nasze twarze. Tu przydaje się kominiarka, oraz gogle. Ten śniegowy front towarzyszy nam przez jakiś czas, zasłaniając nam widoki. Kiedy wiatr „przegonił” chmurę, nasze oczy ujrzały jezioro w dolinie z rzeką wijącą się jak wstęga. Cała dolina zalana ciepłym światłem, oraz okoliczne góry zakryte cieniem chmur sprawiają, że wpadam w kolejny „fotograficzny amok”. Wychodząc na górę mamy widok na dwie doliny z zatokami po obu stronach. Wracamy w ciemności. Tego dnia robiąc 24 kilometry nie spotkaliśmy ani jednego człowieka. Fascynujące a jednocześnie przerażające jest uczucie, kiedy góry są tylko dla nas.

W samych koszulkach

Tradycyjnie już przed świtem jesteśmy na trasie. Docierając na The Quiraing, po drodze spotykamy wielu spacerowiczów, jak i fotografów. To jedno z najpopularniejszych miejsc na wyspie. Dlatego w takim miejscu, na mimo wszystko górskiej ścieżce, nie zaskakuje nas widok osób w trampkach. Kolejny dzień, kiedy słońce przebija się przez chmury w idealnym momencie. Z jednej strony front deszczowy z drugiej boczne światło, tworzy nam piękny spektakl. To chyba jedyny dzień, w którym zdarzały się momenty takiej ciszy, że byliśmy w stanie na chwilę pozbyć się kurtki i swetra. O tak! W Szkocji, w drugiej połowie listopada to możliwe. Choć owieczkom, pasącym się między okolicznymi głazami, jakby nie robiło to różnicy.

Jako że w nocy znowu dosypało śniegu, postanowiliśmy na koniec dnia udać się znów na południe, żeby tym razem z daleka, podziwiać biel śniegu, kontrastującą z brązową roślinnością.
Rządzi przypadek. W zatoce.

Ze względu na większą ilość śniegu i dość duże zmęczenie w nogach i problemy ze zlokalizowaniem punktu startowego (niema oznakowanych szlaków) rezygnujemy z wyjścia na jedną z okolicznych gór.

Od strony wschodniej objeżdżamy całe pasmo górskie. Podróż wąską drogą (z licznymi punktami do wymijania) trwa dość długo. Wyjazd trochę bez planu, zamienił się w poszukiwanie odpowiedniego miejsca, skąd można zrobić zdjęcie ośnieżonych szczytów. Jadąc przed siebie objeżdżamy malowniczą zatokę Loch Slapin. Nie do końca świadomi tego co nas czeka, trafiamy do miejscowości Elgol. Okazuje się, że trafiamy w idealne miejsce. Na pierwszym planie prezentuje się zatoka Loch Scavaig, a w oddali góry ze szczytem Sur Alasdair na czele. Wyrzeźbione przez wodę i wiatr skały sprawiają że można cieszyć oczy niezwykłymi formami, a uszy szumem wiatru i fal.

Przyroda górą

Kierujemy się na zachód do Nest Point Lighthouse. Kolejne miejsce, w które warto pojechać. Przez całą drogę towarzyszy nam deszcz. Na miejscu oprócz deszczu, jest jeszcze silny mroźny wiatr. Długo czekamy w samochodzie, licząc na zmianę pogody. Postanawiamy przejść się spacerem w kierunku latarni. Ze względu na warunki nie wykonuję ani jednego zdjęcia. To dzień, w którym przyroda postanowiła nam pokazać jak bardzo była łaskawa w kilka poprzednich dni.

Ona

Kolejnego dnia w drodze na lotnisko, deszczowa pogoda utrzymuje się już cały dzień. Można powiedzieć, że z całym wyjazdem, trafiliśmy idealnie.

Kilka dni, które cieszą ducha dały nam jednak dość mocny wycisk. Koniecznie muszę wspomnieć o mojej towarzyszce podróży. Chyba wszyscy wiedzą, że podróż z fotografem jest, jeśli nie trudna to na pewno specyficzna. A to dlatego, że w momencie kiedy najbardziej zimno, on czeka na poprawę warunków. A to dlatego, że zawsze będzie chciał wyjść jeszcze tylko na „tamtą górkę. A to dlatego, że wstaje przed świtem. A to dlatego, że w wietrze i deszczu nie mówi wracamy, tylko idzie dalej. A to dlatego, że kiedy jest najfajniej, on fotografuje jak w transie. I podczas całej wyprawy, ona cierpliwie czekała, chłonąc góry całą sobą. W momencie, kiedy lód bił po oczach, ona szła z uśmiechem w górę. Kiedy pojawił się ból w nodze, Ona szła dalej. Kiedy wracając nocą po 23 km pieszej wędrówki, mówiłem, że mam dość, Ona powiedziała - dasz radę. Kiedy nieśmiało proponowałem wejście na górę zamiast doliny, ona pierwsza ruszała do przodu.

Mniej cierpliwy i odporny okazał się sprzęt. Obiektyw z nieszczelną uszczelką i mocno zużytą przysłoną, podczas zimna i wilgoci odmawiał posłuszeństwa. Za to niedawno zakupione filtry NISI zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie.

Więcej zdjęć z tej i innych wypraw na stronie KrajobrazySowińskiFoto

Łukasz Sowiński
zobacz także
Zobacz pełną wersję podhale24.pl