18.11.2020, 11:10 | czytano: 1337

106 rocznica urodzin Ludwiny Makuch, łączniczki Konfederacji Tatrzańskiej

zdj. Muzeum Auschwitz
Ludwina Makuch, urodzona 8 listopada 1914 roku w Szaflarach - według informacji Muzeum Auschwitz Birkenau - 18 listopada 1914 rok.
Przywieziona do obozu Auschwitz pierwszym transportem Polek 27 kwietnia 1942 r. Od tamtej chwili staje się numerem obozowym 6828. Wcześniej aresztowana za działalność konspiracyjną. Więźniarka Palace – słynnej katowni Podhala, oraz Montelupich.
Działaczka podziemia niepodległościowego podczas II wojny światowej - łączniczka Konfederacji Tatrzańskiej. Więźniarka niemieckich obozów koncentracyjnych Auschwitz i Ravensbrück.

"Rankiem 27 kwietnia 1942 r. Niemcy przywieźli do obozu Auschwitz pierwszy transport Polek z krakowskiego więzienia Montelupich. Większość kobiet z tego transportu została wcześniej aresztowana na terenie Krakowa za działalność konspiracyjną. "
„[...] załadowano około 70 kobiet (wśród nich byłam i ja) na kryty samochód i wywieziono. Prawie wszystkie byłyśmy przekonane, że jedziemy do obozu w Oświęcimiu. O obozie tym słyszałyśmy wcześniej. Niektóre kobiety z transportu łudziły się, że nie jedziemy do Oświęcimia, gdyż tam nie było obozu dla kobiet. Większość z nas podchodziła jednak do tego sceptycznie. Okazało się, że nasze przypuszczenia okazały się niestety trafne. Wypędzono nas z samochodu.

Znajdowałyśmy się na terenie obozu w Oświęcimiu. [...] Tym, co zobaczyłyśmy, byłyśmy wstrząśnięte do głębi. Jedna więźniarka z naszego transportu, Ślązaczka Julia Habryka, powiedziała: «Dziouchy, toć my tu nie wytrzymiem nawet dnia»”.

„Kąpiel odbywała się w 3 albo 4 bloku. Dzisiaj już dokładnie nie pamiętam. Po niej wydano nam pasiaki oraz drewniaki i zapędzono do bloku nr 8. Ja zamieszkałam na parterze. Były tam wtedy już trzypiętrowe prycze. Początkowo spałyśmy na siennikach pojedynczo, gdyż było nas jeszcze mało. [...] Później przywieziono transport z Tarnowa. Blokową była Polka ze Śląska. Na imię miała Lidia”.

"Po dokonaniu wszystkich czynności wstępnych, które wyżej opisałam, umieszczono mnie na bloku 8. Spałyśmy na trójpiętrowych pryczach, a warunki higieniczne, w porównaniu z późniejszymi w Brzezince, były dobre. Mieszkając w obozie macierzystym, przez krótki okres czasu pracowałam na Bunie. [...] „Po przybyciu do obozu nie przechodziłyśmy żadnej kwarantanny. Już na drugi, albo trzeci dzień poszłyśmy do pracy. Początkowo zatrudniono nas przy kopaniu rowów poza terenem obozu. Od obozu na miejsce pracy było około 10 km marszu w kierunku Brzeszcz. Później zatrudniono nas przy oczyszczaniu terenu pod budowę fabryki, chyba Buny. Musiałyśmy wycinać zarośla, wyrywać chwasty i wykonywać różne inne prace”.

" Z Bud skierowano nas do Brzezinki. Do obozu macierzystego już nie wróciłyśmy. Ja początkowo umieszczona byłam w bloku murowanym na odcinku BIa w baraku numer 3, a następnie przeniesiona do baraku numer 7. Blokową była Stenia Starostek, którą z Oświęcimia przeniesiono do Brzezinki. Warunki higieniczne w tym obozie były okropne. O ile dobrze pamiętam były już porobione koryta i kurki na wodę, ale jej prawie nigdy nie było. Kobiety, które pracowały na terenie obozu mówiły, że czasem w Waschraumach jest woda. Początkowo zatrudniona byłam w komandzie, które pracowało przy rozbiórce budynku. Potrzebne z rozbiórki przedmioty - deski, belki nosiłyśmy na teren obozu względnie tereny innej budowy. Potem przeniesiono mnie do innego komanda, które oczyszczało stawy. To była bardzo ciężka praca, ponad nasze siły. Stałyśmy w wodzie cały dzień, która sięgała nam prawie do pasa. Jedne kobiety nosiły trawę, inne wyciągały ją grabiami, a jeszcze inne wynosiły na tragach.

Podczas tej ciężkiej pracy po raz pierwszy rozpłakałam się. Stanie w wodzie do pasa, przejmujący ziąb i głód, który był nieodłącznym towarzyszem w obozie, były ponad moje siły. Praca przy oczyszczaniu stawów wpłynęła na załamanie się. Nastąpił wewnętrzny kryzys, nie wytrzymałam nerwowo i zaczęłam płakać. To był mój pierwszy płacz w obozie, pierwsze łzy, których nie mogłam w żadne sposób powstrzymać. Praca ta uświadomiła nam w pełni bestialstwo SS-manów. Byłyśmy rozgoryczone tym bardziej, bo doskonale zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że wodę ze stawów można było wypuścić, ale SS-mani nie uczynili tego. Postępując w ten sposób chcieli nam niezbicie udowodnić, że są władcami, że mogą nas w każdej chwili zniszczyć, że od nich zależy nasze życie. "

Ludwina Makuch, łączniczka Konfederacji Tatrzańskiej

opr. Sebastian Śmietana
komentarze
Góral18.11.2020, 12:14
Smutna historia, którą niemcy cały czas starają się przerabiać na swoje. Nie można im tego zapomnieć.
normal18.11.2020, 11:58
To straszne co musieli wytrzymywać wówczas ludzie - moja babcia też wiele opowiadała mi o okropnościach wojny.
Myślę że obecna młodzież (bez urazy) na pewno by tego nie wytrzymała. Albo by się od razu sprzedali i zostali coś w rodzaju folksfojczami albo masowo odbierali by sobie życie. Wszyscy nauczeni są żyć zbyt wygodnie.

Ale może się mylę :)
jaga218.11.2020, 11:46
Czasem byli nawet troche lepsi nie zabili . Do mojego wujka przyszli to już było jesienią zabrali wszystko ,ziemniaki zboże bydło a dzieci miał małe. Z pomocą ludzi przetrwali zimę a na wiosnę gdy buczyna sie rozwijała to ją jedli .
Zobacz pełną wersję podhale24.pl