Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś f "Upalne popołudnie".
Upalne popołudnie/Fantástico Chico Blanco/
Zmusiłem się do zmiany pozycji. Wyprostowałem plecy i wygodnie ułożyłem ręce na biurku, o ile można nazwać to wygodną pozycją. Z radia wyło jakieś nowatorskie kołtuństwo i wyjątkowo mnie drażniło, ale nie chciało mi się wstać, żeby je ściszyć. I oto w tym momencie właśnie uświadomiłem sobie, że poza moimi wzniosłymi planami tworzenia, mam tylko jedno, wprawdzie chwilowe, lecz wielkie, ponad wszystko marzenie wymordowania dokuczających mi much. Jak ja nie znoszę tych bakterionośnych zasrańców! Muszę je wytępić. Ta myśl skutecznie wwiercała się w mój umysł, wznosząc się na wyżyny natręctw. Środek owadobójczy skończył się w zeszłym tygodniu, nic nie warta chińska łapka złamała się, a wszędobylskie muchy egzystowały wszędzie. Były jak plaga egipska. Nie można było spokojnie spocząć, bo od razu dobierały się do mnie, jak do padliny. Ten podły nastrój pogłębiała myśl o nieustannej samotności. Zacznę chyba do siebie mówić, może to mi pomoże. Ziewanie, raz po raz, rozrywało mi kąciki ust, a ja nie potrafiłem temu zapobiec.
Porzuciłem pisanie, choć nawet jeszcze nie zacząłem i z furią godną szaleńca zacząłem zabijać czym popadło te przebrzydłe owady. Sprawiało mi to ogromną przyjemność. Ścisnąć w palcach tak żeby wnętrzności wypłynęły. To jest to. Trupy owadów gromadziłem w słoiku. Następnie postanowiłem, że złapię jedną z większych i sadystycznie na żywca się z nią rozprawię. Nie zajęło mi to wiele czasu. Szybko wpadła w pułapkę zastawioną na szybie. Wykombinowałem, że nabiję ją na szpilkę, zamocuję na drewnianym blacie biurka i będę używał, jako odstraszacza. Ale był to kiepski pomysł, ponieważ nie znalazłem szpilki. Znalazłem, za to cienkiego zardzewiałego i zarazem tępego gwoździa. Wprawnym ruchem przebiłem muchę na wylot i położyłem na blacie. Co za bestia? Zaczęła uciekać razem z gwoździem w odwłoku. Szybki ruchem spacyfikowałem niesforną uciekinierkę, łapiąc za wystający z grzbietu łepek gwoździa i przybiłem do blatu biurka, żeby więcej nie uciekała. Niech zdycha w bólu. Fajne uczucie, nich ma pinda za swoje. To poprawiło mi nastrój.
Zadowolony odszedłem od biurka i niemal całym swoim ciężarem rzuciłem się na zydel. Zydel ów był stary, ale dobrej stolarskiej roboty, bo nawet nie zgrzytnął. Wyłączyłem się. Z ogólnej refrakcji wyrwało mnie arcyciężkie stąpanie po schodach werandy. Nie były to typowe kroki i jak się później okazało, nie myliłem się.
- Kogóż tam licho niesie? - Warknąłem i wytężyłem słuch.
Niezgrabny chrzęst sugerował przybycie intruza sporego formatu. Z uwagi na nieujarzmioną niecierpliwość a także wrodzoną ciekawość otworzyłem drzwi, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, kim jest ów nieproszony gość. To, co ujrzałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy bym tego nie przeoczył. Nie mogłem uwierzyć.
- Aż, ty kastaniecie jerychoński! - Krzyknąłem i z niedowierzaniem przetarłem dłońmi oczy. - Czego ja, do diabła się nażarłem? Co to kurwa ma być?
Była to monstrualna mucha, owad wielkości dorodnego słonia. W panice cofnąłem się i próbowałem zawrócić, żeby ukryć się za drzwiami, ale długa macka owada była szybsza i złapawszy, zakleszczyła mnie tak mocno, że nie mogłem się ruszyć. Miałem wrażenie, że popękają mi kości. Nie wołałem o pomoc, bo i tak by mnie nikt nie usłyszał, poza tym odebrało mi mowę. Mucha, czy cokolwiek to było, podniosła mnie i zaczęła się mi bacznie przyglądać. Jej wielkie złoto-czerwono-brunatne oczy o metalicznym blasku wyglądały jak gładko szlifowany granit i nic nie wyrażały a nieprzyjemny dotyk włochatych i cuchnących macek przyprawiał mnie o mdłości. Pomyślałem, że jestem już trupem. Owad patrzył na mnie i sprawiał wyrażenie jakby sobie coś myślał. Pewnie dumał, co zemną zrobić. Tymczasem ja nawet bałem się myśleć, jakie mógłby mieć plany. Zdecydowanie wolałem umrzeć szybką śmiercią. Gorzej, jak będzie chciał mnie na coś nabić i żywcem zgrillować, zanim zechce mnie pożreć. Pulsujący tułów o takim samym owłosieniu jak odnóża, wydzielał woń o ordynarnym kwaśnym zapachu. Odwłoku dokładnie nie widziałem, ale to co dojrzałem pokryte było brunatno - czarną, mechowatą sierścią. Jedno było pewne, był to potwornie wielki i równie potwornie niebezpieczny owad.
Nabrałem przekonania, że koniec mój jest bliski. Dotarło do mnie również, że sam wszedłem na grabie, którymi teraz obrywam po łbie. Muszysko wpierw zabawi się mną okrutnie, a później zabije. Może jeszcze zeżre, byleby nie żywcem. Rozprawi się ze mną tak samo ja z tamtą muchą przed kwadransem i pozwoli zdychać w okrutnych cierpieniach. Ciekawe skąd weźmie takiego dużego gwoździa? Jak to dobrze, że nie mam skrzydeł, bo już by mi wyrwała. Idiotyczne myśli krążyły mi po głowie. Stop, dość głupich myśli!
Tymczasem stwór rzucił mną o ziemię. Ze strachu nawet nie poczułem bólu. Normalnie, nie mógłbym wstać, ale nie teraz. Adrenalina działała bez zarzutu i dzięki Bogu upadłem dosyć szczęśliwie. Podniosłem się niezwłocznie i w tym samym momencie w pojawiła się nadzieja. Może uda mi się jakoś uchronić. Gdy jednak zobaczyłem, co owad zamierza, iskra nadziei przygasła. Z aparatu gębowego wysunęło się coś na kształt rury do wybierania szamba lub może raczej wielkiego jęzora. Zrozumiałem, o co chodzi, mam przecież w domu Internet. Stwór przygotowywał się do rozpuszczenia mnie enzymami śliny a następnie strawienia przed połknięciem. Chciał mnie skurwiel oblać tym syfem. Już we mnie wycelował. Jęzor zatrzymał się nad moją głową. Nabrałem pewności, że już koniec. Żeby tylko nie bolało. Nie miałem jak uciekać. Po co zresztą wiać i tak by mnie dogonił. Spojrzałem na niego przerażony a w duchu błagałem Boga, by mnie oszczędził. Ale owad zdawał się planować, zupełnie coś innego. Zacząłem w myślach żegnać się ze światem. Z żalem przewinąłem rolki z obrazami tych, których kocham. Zbliża się mój koniec.
Ślizgiem władowałem się pod niego, raniąc sobie dłonie i dupę o nierówności rustykalnych fosztów. On zaś ze względu na swoje gabaryty miał ograniczone ruchy i nie mógł mnie od razu namierzyć, nie mógł zbyt szybko się obrócić, bo był za mało mobilny. Dzięki zaistniałej okoliczności przedostałem się na jego, nazwijmy to, tyły i dopiero wtedy zobaczyłem jak wielkie ma skrzydła. Zrobiły na mnie wrażenie. Tymczasem nieznośny odór wyrzuconej przez niego śliny zaczął powoli oddziaływać na mój układ nerwowy. Rozdrażnił mnie. Obudził we mnie resztkę odwagi, skulonej gdzieś na dnie duszy. Spiąłem się w sobie. Kijem, od miotły wyrwanym z zaułka ganku zacząłem gwałtownie wymachiwać mu przed oczami i krzyczałem tak mocno na ile pozwalały mi warunki głosowe. Darłem się jak krnąbrny polityk z sejmowej mównicy a z emocji nie czułem bólu w krtani.
Mucha spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Przynajmniej tak to odebrałem. Zresztą, kto wie czy ona w ogóle o czymś myślała. Może działała instynktownie. A ja nie przestawałem wykrzykiwać wszystkiego, co silna mi na język przyniosła. Owad dziwnie mi się przyglądał i zaczął się cofać. Łypnął ślepiami, wykonał kolejny ruch do tyłu i gwałtownie zwrócił. Odbił się ciężko od drewnianych fosztów i odleciał unosząc za sobą tumany pyłu. Drewniany budynek zadrżał a podłoga ganku poszła w drzazgi.
Strach nie minął od razu. Kiedy opadły emocje, byłem zupełnie wyczerpany a ból potężny gardła przypomniał o moim wokalnym wyczynie. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać to, co się stało. Odetchnąłem z ulgą. Istotnym śladem po tym, jakże apokryficznym wydarzeniu, pozostała nieznośnie śmierdząca plama enzymów przed drzwiami wejściowymi i roztrzaskane foszty. Po takiej traumie zdecydowałem, że już nigdy nie zabiję muchy ani żadnego innego owada. I pewnie sam sobie nie uwierzyłbym, że coś takiego mogło mieć miejsce, gdyby nie pewien drobiazg w postaci konieczności odbudowania ganku.
Ciekawe, co czują muchy, które tak często zabijamy?
***



