Akcja ratunkowa w Tatrach miała we wtorek niecodzienny przebieg. Do wypadku doszło na Orlej Perci, w rejonie Skrajnej Sieczkowej Przełęczy. Poszkodowanemu turyście miała pomóc załoga śmigłowca TOPR, jednak maszyna nie doleciała do celu z powodu usterki technicznej. Interwencję dokończyli ratownicy, którzy dotarli na miejsce pieszo, a turystę do Zakopanego przetransportowano słowackim śmigłowcem.
Zgłoszenie do centrali TOPR napłynęło około godziny 14. Jak relacjonuje Jakub Hornowski, ratownik dyżurny, informację przekazała przewodniczka tatrzańska, która akurat znajdowała się w pobliżu miejsca wypadku. Turysta spadł na odcinku między Skrajnym, a Pośrednim Granatem. Na szczęście nie był to upadek z dużej wysokości, choć w tym rejonie często dochodzi do znacznie poważniejszych zdarzeń.Śmigłowiec Sokół wystartował niemal natychmiast, jednak krótko po starcie załoga podjęła decyzję o przerwaniu lotu i powrocie do bazy. Próbowali jeszcze raz, ale usterka, która pojawiła się w trakcie, okazała się na tyle poważna, że dalszy lot był zbyt ryzykowny. Ratownicy zostali zmuszeni do zmiany planu.Na miejsce pieszo ruszyli członkowie TOPR, którzy przebywali w pobliskiej dolinie na szkoleniu. To właśnie oni jako pierwsi dotarli do rannego. Jednocześnie o pomoc poproszono stronę słowacką, która błyskawicznie zareagowała, wysyłając własny śmigłowiec ratowniczy. To właśnie on zabrał turystę z Orlej Perci i przetransportował go na lądowisko w Zakopanem. Stamtąd trafił do szpitala.
Awaria polskiego śmigłowca będzie teraz analizowana przez mechaników TOPR. - Czekamy na dokładne informacje, co się wydarzyło i jak długo maszyna może pozostać uziemiona - mówi Hornowski.
Dzięki współpracy międzynarodowej akcja zakończyła się powodzeniem, ale cała sytuacja pokazuje, jak dużym wyzwaniem może być każda godzina bez sprawnego śmigłowca ratowniczego w Tatrach.
em/r









