12.08.2025, 08:37 | czytano: 1073

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Czy szczęście to przypadek, czy przypadek to szczęście?"

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś "Czy szczęście to przypadek, czy przypadek to szczęście?".
Nokaut - Czy szczęście to przypadek, czy przypadek to szczęście?
*Fantástico Chico Blanco*
**Uniwersalny prolog wielokrotnego użytku do stosowania zamiennie w przypadku literackim i nostalgii egzystencjalnej.**

To opowiadanie ma w sobie zapach naftaliny i szelest poliestrowych zasłon, jeszcze z czasów PRL-u. Spisane zostało wtedy, gdy ludzkość sądziła, że CD to szczyt technologii, a Nokia 3310 była najlepszym telefonem na świecie. Po prawdzie to chyba faktycznie była. No i sztuczna inteligencja znana była jedynie z filmów sci-fi i nikt do końca nie wierzył, że powstanie za naszego życia. W tamtym czasie miałem zajawkę na Franza Kafkę i Salvadora Dalego, i to właśnie pod ich wpływem skroiłem ten nieco rozwleczony bon mot.

Żeby lekturę okrasić groteską, do czytania proponuję zastosować pewien rytuał. Proszę nastawić, jeżeli ktoś oczywiście ma, gramofon z analogowymi trzaskami i nalać sobie gorące kakao z mlecznym kożuszkiem - z tym raczej nie powinno być problemu. Czujecie ten zapach?

***

Budzik rynkął jak Unteroffizier Wehrmachtu. Godzina 5:55. Nieludzka pora. Poderwałem się z łóżka, jakby ktoś mnie raził prądem i gwałtownie wyprężyłem ciało w nerwowym odruchu. Szarpnąłem mięśniami tak gwałtownie, że poczułem skurcz w żołądku, moje hemoroidy zawyły chórem i w ogóle poczułem, że marszczy mi się dupa. Jeszcze kilka takich pobudek i popeklają mi wrzody na dwunastnicy.

- Jezu, czemu tak wcześnie? - wychrypiałem, brzmiąc jak stary patefon od kilkudziesięcio nie używania głosu.

Przetarłem dłonią zaspane oczy i spojrzałem na tarczę zegara. Obraz falował, jakby moje gałki oczne znajdowały się na dziobie łodzi w pełnym morzu. Niemal nie widziałem wskazówek. Z gracją jelenia ostrożnie usiadłem na skraju łóżka, byle się nie rozlecieć. Jakbym bał się potłuc. Zaczęły do mnie wracać obrazy nocnego koszmaru - migawki, które jeszcze przed kilkoma chwilami wydawały się być rzeczywistością, a w których ja sam, bezczelnie łysy, pałętałem się po świecie, wzbudzając u przechodniów współczucie, śmiech i oferty kupna peruki.

Zegarek dźwięcznie przypomniał, że minęła 6:00. Otrzeźwiało mnie. Kiedy wzrok przywykł do mroku, a obraz przestał falować, rozejrzałem się po sypialni. Z ulgą stwierdziłem, że jestem u siebie i nic z mojego domowego otoczenia nie uległo zmianie. Jeszcze nie zdążyłem wstać, a już uciekało ze mnie życie. Czułem się zmęczony. Tej nocy miałem kolejny okropny sen. Moje sny wydają się być okrutnym żartem. Szydzą z moich lęków, fobii i marzeń, burzą rzeczywistość, łamiąc mi serce, wpędzają w stres. Tej nocy było wyjątkowo ciężko. Śniło mi się, że straciłem coś bardzo dla mnie cennego, co osiągnąłem wieloma wyrzeczeniami i niewiarygodnym wręcz kosztem. Straciłem włosy. Wszystkie. Horror.

Tragedia porównywalna z końcem Internetu lub portali społecznościowych. Włosy, w naszej kulturze to atrybut młodości, witalności i atrakcyjności. Bycie łysym to dla wielu ludzi nie tylko problem estetyczny, ale i także dylemat natury psychologicznej. Dla wielu jest on źródłem braku pewności siebie, poczucia braku atrakcyjności, smutku czy nawet depresji. Ja za nic w świecie nie chciałem być łysy.

Urodziłem się bez włosów. Jak większość. Tyle że oni później dostali od życia fryzurę, a ja dostałem genetyczny żart. Co najwyżej niepotrzebny puszek, bardziej jak kurz z parapetu. Gdy rówieśnicy mieli już swoje pierwsze grzebienie, ja miałem czapkę i deficyt godności. Miałem kompleksy, tak wielkie jak skala przemysłowa. Gdy dorosłem, wyglądałem jak uciekinier z sekty dermatologicznej. Psycholodzy zacierali ręce. Mieli materiał do habilitacji. Przestałem wychodzić z domu. Moja dusza też. Zakładałem czapkę nawet do kąpieli. Fryzjer? Instytucja mityczna, jak jednorożce albo prawdomówny polityk.

Moi koledzy byli ślicznymi lub mniej ślicznymi, brunetami, szatynami i blondynami o mocnych i gęstych włosach. A ja? Dodatwo miło. Nie potrafiłem się z tym pogodzić. Z biegiem czasu nabrałem negatywnego stosunku do udziału w życiu społecznym. Straciłem niemal wszystkich przyjaciół. Moje stany emocjonalne można było określić ekstremalnymi. Pełna destrukcja. Wyłączyłem mechanizmy podtrzymywania poczucia tożsamości. Przed dom wychodziłem tylko podczas katastrof meteorologicznych. Śnieżyce, burze i grad. To były moje pory spacerowe. Wtedy ludzie nie zwracali uwagi na moją łysinę. Moim oknem na świat stał się telewizor i komputer, tam karmiłem swojego ducha.
Pewnego dnia... Eureka! Transplantacja włosów. Światełko w tunelu. Ale żeby móc coś przeszczepić, to trzeba coś mieć, a ja nie miałem nic. Każdy człowiek posiada bowiem niepowtarzalną genetycznie strukturę białkową, którą układ obronny organizmu potrafi rozpoznać jako własną, co w praktyce oznacza, że obca tkanka zostanie odrzucona, własna zaś nie. To zmobilizowało mnie do szukania innej opcji. Grzebanie w nowościach medycznych stało się moją obsesją. Zacząłem podróż po świecie jak Indiana Jones, tyle że moim artefaktem był zarost. Saint Louis, Boston, Haga, Goeteborg, Londyn, Los Angeles... i wreszcie Las Vegas. Klinika "Hair & Medical", "miejsce gdzie cebulki mają marzenia".

Zaproponowali nową metodę: transplantacja półsyntetyczna. Cebulki hybrydowe, trochę mojego DNA, trochę z plastiku i powstał fast food dla skóry. Metoda ta była wynikiem wielkich badań, popartych doświadczeniem zespołów wykonujących zabieg, co przekładało się na bardzo dobre i trwałe efekty końcowe z jednym małym zastrzeżeniem - włosy posiadają zawsze jedną długość i nie odrastają. Czyli gwarantowali włosy wieczne, nigdy nie rosnące. Jakby przysięgły, że nie pójdą do góry. Zgodziłem się.

Po operacji wyglądałem jak reklama szamponu z lat 90. Włosy miękkie, gęste, puszyste. Chodzi o to, że wreszcie miałem włosy! Stylista na usługach kliniki wyczesał mi topową fryzurkę, a lustro stało się moją kochanką. Oglądałem się nawet w glazurze lakieru drzwi lodówki. Boże, jak mi było fajnie! Znowu człowiek! Praca, dziewczyna, społeczeństwo. Wszystko wróciło. Nawet psy przestały mnie obszczekiwać. Stałem się najszczęśliwszym człowiekiem świata. Nastała wiosna w moim życiu. Przestałem być łysy. Przestałem być wyalienowany. Aż do tego zafajdanego snu.

Sen. Dramat. Samochód. Ciężarówka z arbuzami, czerwone światło i bum! Uderzenie. Skalp zdjęty jak tapeta. Obudziłem się w szpitalu bez włosów, bez skóry na łbie, bez złudzeń. Jak ofiara Irokeza. Totalna życiowa porażka. Całkowicie dołujący sen. Znowu zaczął się dramat. Nie lubię takich snów. Pewnie krzyczałem przez sen.

Budzik wyrwał mnie z koszmaru. Uff. To tylko sen... dziękowałem Bogu i wszystkim świętym, że to już koniec. Byłem jednak w błędzie. To był nowy początek.

Coś mi nie grało. Sięgnąłem ręką do głowy. Pustka! Glaca! Zapaliłem lampkę. Patrzę na poduszkę... Leżą! Wszystkie! Idealnie ułożone! Jakby odeszły z klasą! Bez pożegnania! A certyfikat gwarancji? Można było nim co najwyżej podetrzeć dupę!

Szczęśliwy to, czy złośliwy traf? A może jedno i drugie? Jak to w życiu. Bywa, że człowiek marzy, płaci, czeka, a potem i tak zostaje z łysą pałą.

**Koniec, czyli nowy początek.**

*PS. Paweł, mój drogi przyjacielu, uwierz mi, ta historia nie jest o Tobie i żywię głęboką nadzieję, że w żaden sposób Cię nie dotknie.*
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl