Z mglistych poranków nad Jeziorem Czorsztyńskim uczyniła swój znak rozpoznawczy, a miłość do Podhala przekuła w mobilny przewodnik - "Odkryj okolice Jeziora Czorsztyńskiego". O góralszczyźnie, Polonii Amerykańskiej i o tym, jak trudne doświadczenie stało się początkiem nowej drogi Michalina Marek z Kluszkowiec rozmawia z Izabelą Pudzisz
Na swoich social mediach pokazujesz piękno czorsztyńskiej części Podhala. Bardzo często widzimy Cię na łonie natury, gdzie w tle są ruiny zamku w Czorsztynie. Zapraszasz odbiorców do skorzystania z atrakcji turystycznych. Dlaczego zdecydowałaś się skupić na promocji lokalnych miejsc i inicjatyw?Przez długi czas nie mieszkałam tutaj na stałe. Osiem lat temu wróciłam na Podhale. To moje rodzinne strony - tutaj się wychowałam, chodziłam do szkoły i do liceum. Jak wielu młodych ludzi chciałam jednak zobaczyć coś więcej, więc wyjechałam na studia do Krakowa. Wtedy też zaczęłam podróżować.Osiem lat temu życie potoczyło się tak, że znów osiedliłam się na Podhalu. I właśnie wtedy, po raz pierwszy, zaczęłam naprawdę doceniać to miejsce. Widoki, które wcześniej wydawały mi się czymś zwyczajnym, nagle nabrały wyjątkowego znaczenia. Zachwyciło mnie piękno natury - ośnieżone Tatry, majowe łąki pełne kwiatów, soczyście zielona trawa czy błękitne niebo. Zaczęłam dzielić się tym z innymi - najpierw ze znajomymi, wrzucając zdjęcia na Instagram, pokazując im np. mglisty poranek czy wiosenne krajobrazy.
Na początku byłam zajęta głównie pracą - prowadzę tutaj restaurację i domek do wynajęcia. Chciałam się zakotwiczyć i stworzyć sobie źródło dochodu. Ale poza sezonem miałam dużo czasu, by dać upust swojej kreatywności. Wcześniej pracowałam w marketingu, więc naturalne było dla mnie fotografowanie, pisanie i wyrażanie emocji. Chciałam się tym dzielić.
Dlaczego akurat to miejsce? Bo tutaj mieszkam i zauważyłam, że nikt tego nie pokazuje. Widziałam w tym ogromny potencjał turystyczny. Osiem lat temu okolice Jeziora Czorsztyńskiego nie były jeszcze tak popularne. Pomyślałam, że warto pokazać ludziom, iż Podhale to nie tylko Zakopane czy Białka - że warto też przyjechać nad Jezioro Czorsztyńskie.
Był taki moment kiedy musiałaś wrócić z Krakowa z powodu choroby nowotworowej. Czy właśnie ten trudny czas pomógł Ci dostrzec piękno Podhala? Spojrzeć inaczej na rzeczywistość?
Miałam dwadzieścia trzy lata, kiedy zachorowałam. Nie mam problemu, żeby o tym mówić - jeśli moja historia może kogoś zachęcić do dbania o zdrowie, to chcę się nią dzielić. Szczególnie z kobietami, bo mój nowotwór dotyczył zdrowia ginekologicznego.
Dziewczyny, badajcie się! Choroba nie dotyczy tylko starszego wieku - może przyjść nagle, nawet w młodym życiu. Ja zachorowałam, mając zaledwie dwadzieścia trzy lata, i to był bardzo trudny czas.
Podczas rekonwalescencji człowiek zaczyna przewartościowywać swoje życie. Zaczyna rozumieć, że najważniejsze jest zdrowie i bliskość z ludźmi, a nie pogoń za nieosiągalnymi celami. Takie nagłe zatrzymanie się, po intensywnym okresie życia, buduje wrażliwość i zmienia spojrzenie na świat.
To właśnie staram się przekazywać w mojej twórczości - czasem nie wprost, ale "między wierszami".
A jak dzisiaj wygląda twoja codzienność na Podhalu? Jeśli widzimy Cię o wschodzie słońca z dronem, w malowniczych rejonach Jeziora Czorsztyńskiego to ten czas jest zaplanowany z wyprzedzeniem czy bardziej jesteś skazana na zależność od pogody?
Nie mam stałego planu dnia. Od zawsze starałam się dążyć do tego, żeby mieć wolność decyzji i wyborów, również w kwestii planowania swojego życia. Dlatego, jeśli ktoś zapyta mnie, co będę robić jutro, często odpowiadam: "nie wiem".
Pracuję w branży turystycznej - prowadzimy restaurację (Markowa Zagroda) i przyjmujemy gości, więc w sezonie mam mniej przestrzeni dla siebie. Ale te wyjścia w góry czy nad jezioro robię przede wszystkim dla siebie. To nie jest tak, że idę, bo "jestem coś winna" innym. To moja przyjemność - chcę mieć fajny poranek w górach, wypić kawę na łonie natury. Często decyzję o tym, że wstanę wcześnie, podejmuję dopiero o 23:00 poprzedniego dnia.
Lubię też obserwować niebo. Te najpiękniejsze widoki mamy właśnie teraz - nad jeziorem pojawia się inwersja, unoszą się mgły, a Tatry wyłaniają się znad tego morza obłoków. To przepiękne zjawiska, które staram się uchwycić w moich kadrach.
U mnie wszystko dzieje się spontanicznie - nie mam żadnego sztywnego planu, chyba że chodzi o zaplanowany wyjazd. Moja praca jest nieprzewidywalna - czasem zaplanuję dzień wolny, a jednak obowiązki wzywają. Staram się brać za nią odpowiedzialność w pierwszej kolejności, a wszystko, co poza nią, traktuję jako przestrzeń na twórczość i kreatywność.
Pokłosiem tej kreatywności jest Twój przewodnik, który wydałaś w czerwcu - "Odkryj okolice Jeziora Czorsztyńskiego". Jakie informacje, jeśli mogłabyś pokrótce opowiedzieć, możemy odnaleźć w Twoim dziele?
Chodząc po górach, odkrywając różne miejsca i jeżdżąc na rowerze, doszłam do wniosku, że chciałabym dzielić się tym z moimi odbiorcami. Kiedy zaczęłam budować swoją społeczność, pojawiało się mnóstwo pytań - często takich samych, zadawanych przez wiele osób. Publikując coś w rolkach czy postach, nie byłam w stanie przekazać aż tylu praktycznych informacji: jak dojść na dany szlak, co można zobaczyć po drodze czy gdzie warto coś zjeść.
Dlatego pomyślałam, że fajnie byłoby zebrać te informacje w jednym miejscu, koncentrując się na niszy - czyli okolicach Jeziora Czorsztyńskiego. Wiele osób wybiera Tatry bliżej Zakopanego, ale brakowało przewodnika, który skupiałby się właśnie na moich stronach. Tak powstał przewodnik: ?Odkryj okolice Jeziora Czorsztyńskiego" liczący 335 stron.
Jej celem było nie tylko przekazanie praktycznych informacji, ale też pokazanie zdjęć, które robię. Czuję, że mają one duszę, jestem z nich dumna i oddają to, jak widzę świat. W przewodniku znalazły się również fragmenty o mojej historii, regionie, kulturze i gwarze. Opisałam m.in. dzieje powstania Jeziora Czorsztyńskiego - a to coś, o czym wielu turystów nie ma pojęcia. Ludzie w moim wieku, a także młodsi, często nie wiedzą, że w miejscu dzisiejszego jeziora istniały kiedyś miejscowości: Stary Czorsztyn czy Stare Maniowy. Chciałam, żeby te historie przetrwały, żeby zachować dziedzictwo tego miejsca.
Około dwie trzecie przewodnika to praktyczne informacje: gdzie spać (poleciłam różne apartamenty, domki i restauracje), jakie szlaki warto przejść w Pieninach, Gorcach czy Tatrach. Szczególnie dużo miejsca poświęciłam ścieżkom rowerowym, bo to one przyciągają nad Jezioro Czorsztyńskie najwięcej turystów. Poza najbardziej znanymi Velo Dunajec i Velo Czorsztyn opisałam też m.in. trasę z Czerwonego Klasztoru czy piękną ścieżkę w Dursztynie.
Przewodnik jest w pełni interaktywny - każde miejsce opatrzyłam pinezką, która prowadzi bezpośrednio do lokalizacji na mapie. Znalazły się w nim także opisy cyklicznych wydarzeń odbywających się w regionie. Teraz zbliżają się redyki, więc już nie mogę się doczekać, bo przyjedzie na nie pół Polski. Wiele osób pyta mnie też o możliwość podróżowania z psem - dlatego zawarłam informacje o tym, na które szlaki można wejść ze zwierzakiem, a na które nie.
W Tatrach właśnie nie można wejść...
W Pieninach czy w Gorcach są szlaki, na które można wejść również z psem. W e-booku zawarłam narzędzia do filtrowania takich miejsc, aby każdy mógł łatwo sprawdzić, gdzie warto się wybrać.
Dużą część przewodnika poświęciłam też zniżkom - chciałam współpracować z lokalnymi przedsiębiorcami w taki sposób, by kupując przewodnik, można było realnie zaoszczędzić, czasem nawet kilkaset złotych.
To był dla mnie naprawdę duży projekt. Na razie ukazał się w formie e-booka, ale planuję również jego wydanie drukiem. Widzę, że coraz więcej osób ma dość czytania przewodników wyłącznie na ekranie i chce mieć w rękach tradycyjną książkę. Myślę więc, że wkrótce uda się przełożyć go na papier. Oczywiście to pracochłonny proces - przygotowanie tekstu do druku wygląda zupełnie inaczej niż w wersji elektronicznej - ale powoli nad tym pracuję.
A ile czasu zajęło Ci napisanie e-booka i też szukanie tych wszystkich atrakcji, szukanie współprac i przede wszystkim chodzenie po górach?
Pomysł na stworzenie przewodnika kiełkował we mnie przez dwa-trzy ostatnie lata, kiedy regularnie chodziłam w różne miejsca i odkrywałam okolice. W zeszłym roku przygotowałam dwa darmowe mini-przewodniki - jeden o idealnym weekendzie nad Jeziorem Czorsztyńskim, a drugi o punktach widokowych. Udostępniłam je swoim odbiorcom jako zapowiedź większego projektu.
Pisanie właściwego przewodnika rozpoczęłam w styczniu tego roku i zakończyłam 5 czerwca. Nie było tak, że pisałam codziennie - sporo czasu zajęło mi też przeszukiwanie mojej biblioteki zdjęć, żeby wybrać te najlepsze. Jeśli chodzi o samą treść, to najintensywniej pracowałam przez około dwa miesiące. Później doszły jeszcze kwestie techniczne związane z przygotowaniem i wydaniem produktu.
Jakie emocje towarzyszyły Ci po tym, jak już wydałaś coś, nad czym pracowałeś tak długo - 2 lata. Była pustka, radość, jak to odczuwałaś?
Kiedy jednak przychodzi moment wypuszczenia projektu, pojawia się pewna pustka. I myślę, że nie jestem jedynym twórcą, który tego doświadcza. Dochodzimy do jakiegoś punktu, osiągamy duży cel i mamy świadomość jego wagi, ale... to właśnie sam proces tworzenia daje największą satysfakcję. Dla mnie to bycie w tym procesie ma ogromne znaczenie - daje energię, rozwija i otwiera nowe drzwi do dalszej twórczości.
Niedawno zostałaś też organizatorką nietypowego sposobu na pomaganie. Jak wspominasz okrążenie Jeziora Czorsztyńskiego pieszo, ścieżką rowerową ze swoimi przyjaciółmi, aby pomóc Damianowi i wesprzeć jego leczenie?
Damian to mój kolega, ma 42 lata - nieco starszy ode mnie- i zachorował dość poważnie na nowotwór. Łatwo było mi podjąć decyzję o pomocy, bo sama byłam w podobnej sytuacji. Wiem, jak to jest, gdy trzeba walczyć o zdrowie, a jednocześnie potrzebne są środki na leczenie. Decyzja o zorganizowaniu akcji była całkowicie spontaniczna - w tydzień udało mi się wszystko zaplanować. Zebrałam znajomych twórców z Internetu, bo przy takich działaniach najważniejsze jest nagłośnienie zbiórki. Pomyślałam, że możemy zrobić coś fajnego wspólnie i przy okazji pomóc koledze.
Choć objeżdżałam Jezioro Czorsztyńskie wiele razy, nigdy go nie obeszłam pieszo. Pomysł wziął się z tego, że ze znajomymi jeździmy nad Jezioro Wigry i obchodzimy je dookoła - to 47 kilometrów, prawdziwy wyczyn, który trwa kilkanaście godzin. Pomyślałam więc, że 30 kilometrów wokół Jeziora Czorsztyńskiego to dla nas nic wielkiego. Do tego dopisała nam pogoda.
Bardzo cieszy mnie to, że ludzie tak chętnie angażują się w pomoc. Często mówi się, że na świecie jest dużo zła, ale w takich chwilach widać też ogrom dobra. Takie akcje są niezwykle wzmacniające - aż chce się działać. I nie tylko ja miałam takie odczucia, ale wszyscy uczestnicy. Podczas marszu zaczepiali nas ludzie na ścieżce rowerowej, my również z nimi rozmawialiśmy. Niektórzy jechali specjalnie, żeby przybić z nami piątkę i dorzucić się do zbiórki. W takich momentach widać, jak ogromną moc ma działanie w Internecie. Dlatego chcę wykorzystywać swoje zasięgi nie tylko dla własnych projektów, ale także po to, by pomagać innym.
Zbiórka nadal trwa?
Tak, zbiórka nadal trwa dlatego zapraszam wszystkich do jej wsparcia (https://www.siepomaga.pl/damian). Do końca nie wiem, ile dokładnie udało się zebrać do puszki podczas spaceru. Kiedy zaczynaliśmy zbiórkę, na stronie siepomaga.pl było około 70 tysięcy złotych. Teraz jest tam już ponad 180 tysięcy, więc wiem, że nasza akcja miała naprawdę duży wydźwięk.
Z tego, co wiem, pieniądze nadal będą potrzebne - to nie jest tak, że wiadomo dokładnie, ile będzie kosztowało leczenie. Ono dopiero się rozpoczyna.
W twoich treściach możemy też odnaleźć taką namiastkę swoich rodzin, szczególnie tej części ze Stanów Zjednoczonych. Grasz ciotkę z Ameryki, która w wypowiedziach łączy język angielski i gwarę. Jak to się stało, że zaczęłaś tworzyć taki kontent?
To był przypadek - nigdy nie przypuszczałam, że będę tworzyć treści komediowe. To taka część mnie, której wcześniej nie pokazywałam w Internecie. Lubię żartować, ale raczej w gronie znajomych. Nie spodziewałam się, że przerodzi się to w moją twórczość. Pomysł narodził się, gdy przygotowywałam rolkę promującą produkty z mojej restauracji, które można zamawiać online. Padł tam tekst: ?Nie wiys, co uwarzyć na święta, a ciotka z Hameryki przyjezdzo i fces dać cosik nowego na stół?". Wtedy pomyślałam, że to świetna przestrzeń do tworzenia zabawnych treści. Tej nocy nie mogłam spać, bo układałam w głowie scenariusz pierwszej rolki - o ciotce, która przyjeżdża i mówi swoje typowe teksty.
Mam w rodzinie ciotkę 1:1, która tak właśnie mówi. Zresztą pół mojej rodziny mieszka w Ameryce - moi śp. dziadkowie wyemigrowali tam ponad 30 lat temu, ja sama też miałam epizody związane z pracą w USA. Wiem, że kiedy tam jadę, sama zaczynam mówić podobnie - i nie ma w tym nic złego. Nazwałam to "językiem górangielskim", bo to połączenie gwary góralskiej z angielskim. Bawi to ludzi z Podhala, bo każdy zna jakąś ciotkę czy wujka, którzy wyjechali do Stanów na dwa miesiące i po powrocie "zapomnieli" polskiego, wplatając angielskie słówka. Wiem, skąd to się bierze - ludzie, którzy nie pracują w zamkniętej Polonii, przez większość czasu mówią po angielsku i naturalnie wplatają te słowa do polszczyzny.
To jest zabawne, ale to też prawdziwa rzeczywistość. Nie wyśmiewam tego - pokazuję tak, jak jest. A to, że ludzie z Podhala utożsamiają się z tym i mówią: "tak właśnie jest", jest najlepszym potwierdzeniem autentyczności. Co ciekawe, zaczęło to też śmieszyć osoby spoza Podhala, które wcześniej nie wiedziały, że naprawdę istnieje takie łączenie gwary góralskiej z angielskim. I tak to się rozkręciło.
Który z filmików zyskał największe uznanie wśród Twoich odbiorców?
Najśmieszniejsza rolka, jaką zrobiłam, to ta o ciotce, która przyjeżdża do miasta na lody. Dużo radości dała mi też współpraca z Krystianem Nowakiem przy serii "Ciotka & Ujek z Hameryki". To lekki, komediowy kontent, ale szczerze mówiąc - nie wiem, jak to się dalej potoczy. Pomysły pojawiają się spontanicznie: jeśli wiem, że coś będzie zabawne, to to realizuję. Nie chcę robić niczego na siłę. To jednak bardzo pracochłonne. Najtrudniejsze jest dopasowywanie napisów - wiele osób nie rozumie gwary, kiedy ją słyszy, więc trzeba wszystko dokładnie spisać. Ostatnio żartowaliśmy ze znajomymi, że górale mają dobrze, bo sztuczna inteligencja i tak nie rozpoznaje naszej mowy, więc napisy muszę tworzyć ręcznie.
Plany oczywiście mam, bo filmiki odbiły się szerokim echem. Ludzie zaczepiają mnie na ulicy i wołają: "Cześć, ciotko z Ameryki!". To bardzo miłe, bo wiem wtedy, że to, co robię, daje pozytywny wydźwięk i sprawia ludziom radość. Chciałabym jednak, żeby było jasne: nie chcę być zaszufladkowana tylko w jednym rodzaju treści. "Ciotka z Ameryki" to część mnie i mojego charakteru, ale tworzę też wiele innych, kreatywnych i ambitnych projektów. Zależy mi, żeby działać w Internecie jako Michalina Marek, a nie wyłącznie jako "ciotka". Nie wzbraniam się przed tą rolą, bo uważam, że góralszczyzna i nasz folklor to coś pięknego - coś, czego nie powinniśmy się wstydzić, tylko być z tego dumni.
Z tego, co pamiętam na początku mówiłaś do odbiorców polszczyzną, dopiero później zaczęłaś używać gwary. Jak to się stało, że zdecydowałaś się jednak na treści dostosowane bardziej do osób rozumiejących naszą gwarę?
Zawsze, gdy jadę do znajomych z innych części Polski, słyszę: "Miśka, powiedz coś gwarą!". Myślę, że Polska to ogromny kraj - nie jesteśmy małym państwem z jedną, jednolitą identyfikacją narodową. Owszem, na meczu wszyscy ubieramy się w biało-czerwone barwy, ale na co dzień istnieje u nas mnóstwo regionalizmów. Mamy Kaszubów, Ślązaków, ale to właśnie kultura podhalańska - gwara, życie w górach, stroje - jest czymś niezwykle pięknym i głęboko zakorzenionym. My to czujemy w sercu, we krwi. Wiem, że wielu ludzi w Polsce nie ma takiej możliwości identyfikowania się z własnym regionem. Na początku tego roku, będąc w Indonezji, długo rozmawiałam na ten temat z kolegą z Polski. I doszłam do wniosku, że dziś góralszczyzna przeżywa pewien renesans. Dziesięć-piętnaście lat temu dzieciaki wstydziły się mówić gwarą czy chodzić na zespoły góralskie. Teraz zaczynamy to doceniać.
Pomyślałam, że jeśli ja nie wezmę odpowiedzialności za tradycje, które przekazała mi babcia, to mogą one zaginąć. Moi rodzice nie chodzili w strojach regionalnych, choć w domu zawsze mówiło się gwarą. Największy wpływ miała właśnie Babcia. Dlatego poczułam, że ja muszę tę tradycję pielęgnować. Nie było tak, że się tego wstydziłam - raczej brakowało mi odwagi. Ale coś we mnie "przeklikało". Nigdy nie bałam się, co ludzie powiedzą, bo gdybym się tak bała, nie powstałyby żadne moje treści. Coś się odblokowało - i cieszę się, bo okazuje się, że ludzie naprawdę chcą to oglądać i doceniają tę autentyczność.
Właśnie ta uwaga chyba najbardziej motywuje do działania. Niedawno, poniekąd tajemniczo, poinformowałaś, że razem z Megitzą pokazałyście się w pewnym programie. Czy mogłabyś zdradzić co to za program?
Tak, mogę już o tym powiedzieć - już w tę sobotę, 4. października o 17:20, odbędzie się premiera programu "Unboxing" w TVN. Wystąpiliśmy tam razem z naszym góralskim teamem - z Gosią (Megitzą) i Krystianem. To właśnie Gosia nas "zwerbowała", mówiąc: "Jak mam iść z kimś do telewizji, to tylko z Wami".
Na planie mieliśmy różne zadania do wykonania i zagadki do odgadnięcia, ale też sporo mówiliśmy o naszym góralskim pochodzeniu. Wystąpimy w dwóch odcinkach, a ujęcia są naprawdę przepiękne - pierwszy odcinek nagrywaliśmy w czerwcu na Butorowym Wierchu. Serdecznie zapraszam do oglądania - jeśli chcecie zobaczyć piękne góralskie krajobrazy i trochę naszej kultury, to warto! 4 października w TVN lub później w Prime Video.
Co zobaczymy na Twoich kanałach w najbliższym czasie?
Nie chcę robić nic na siłę, bo wtedy treści stają się nudne albo nieatrakcyjne dla odbiorców. W tym tygodniu trochę pochodziłam po górach - wcześniej miałam na to niewiele czasu. Najpierw bardzo pracochłonny był przewodnik, potem zaczął się sezon turystyczny, ale to właśnie góry są bazą całej mojej działalności.
W ostatnich dniach chodziłam więc po szlakach, nagrywałam też ujęcia z drona. Plan jest taki, że do końca roku przewodnik ukaże się w wersji drukowanej. A jeśli chodzi o nowy kontent - zobaczymy. Zawsze ufam swojej intuicji twórczej i wierzę, że coś się narodzi. Mam ogromny szacunek do kultury - nie jestem osobą, która chciałaby coś wyśmiewać albo przedstawiać w przejaskrawiony, kontrastowy sposób. Zawsze będę zakorzeniona w swojej wrażliwości, a jednocześnie otwierają się przede mną nowe możliwości.
Jest jeden pomysł, ale na razie nie chcę o nim mówić. Myślę jednak, że już za dwa tygodnie zobaczycie w Internecie efekty pewnej współpracy, którą właśnie podejmuję.
Rozmawiała Izabela Pudzisz










