W Dolinie Kościeliskiej od rana rozbrzmiewał dźwięk dzwonków zawieszanych na szyjach owiec. Juhasi przygotowywali bacówkę, dopinali ostatnie sprawy i szykowali się do wielkiego wydarzenia kończącego tegoroczny sezon pasterski. Po przebraniu się w odświętne ubrania, na czele stada liczącego około 350 owiec wyruszyli w stronę Kościeliska, a stamtąd na Gubałówkę.
Tegoroczny sezon na halach nie należał do najłatwiejszych. - W tym roku było bardzo zimno. Poprzednie lata były dużo lepsze. Przez to z owcami było trochę problemów, bo dużo lało, a w maju spadło sporo śniegu. Ta jesień też jest dziwna - mówi Maciej Wilczek, juhas z Białego Dunajca.Na bacówce wypasali blisko czterysta owiec. Choć pogoda płatała figle, juhasi jak co roku wytrwale wykonywali swoją pracę - od świtu do zmierzchu, w deszczu i wietrze, a także w nocy pilnując stada.- Nigdy nie liczymy, ile oscypków się zrobi. Ile jest, tyle się zrobi - dodaje Wilczek z uśmiechem, podkreślając, że dla nich ważniejsze od liczb jest zachowanie tradycji i rytmu życia, który od pokoleń toczy się w górach tak samo.
Redyk jesienny to nie tylko powrót owiec z hal do swoich właścicieli, ale także symboliczny moment zamknięcia sezonu. Juhasi zakładają tradycyjne ubrania, a przed wyjściem z bacówki zawieszają owcom dzwonki, by stado było słychać z daleka. Potem, prowadzeni przez bacę, ruszają z doliny, gdzie czekają gospodarze.
Tym razem na trasie redyku znalazły się Kościelisko i Gubałówka - miejsca, gdzie mieszkańcy i turyści mogą jeszcze zobaczyć tę jedyną w swoim rodzaju tradycję.
Teraz czas na chwilę wytchnienia. - Idziemy do domu. Będzie trochę odpoczynku, ale też będziemy wypasać w pobliżu domów - mówi juhas.
e/r
































