Smutna ceremonia w czwartkowe popołudnie na nowotarskim cmentarzu była o tyle bardziej bolesna, bo niespodziewana. Wiadomość o śmierci Marka Rusina poraziła wiele osób, czego dowodem było jego ostatnie pożegnanie.
Nie czuję się uprawniony do wspomnień o karierze zawodowej ikony tutejszego sądownictwa, w której sędzia Rusin realizował się na wielu płaszczyznach, będąc w każdym przypadku przykładem empatii, etyki i moralności w swoim zawodzie, co dziś niestety bywa często nadwyrężane.Moje wspomnienie ma charakter osobisty, sięgające jeszcze końca ubiegłego wieku, kiedy łączyły nas więzi bardziej sportowe i towarzyskie. Spotykaliśmy się przy różnych okazjach, gdzie byłeś duszą towarzystwa z racji swej pogody ducha i wysublimowanego poczucia humoru. Marek był facetem solidnej postury i nie stronił od ruchu, po pracy grał w tenisa i w koszykówkę. To właśnie zamiłowanie do basketu połączyło nas wtedy w drużynę, która wywalczyła wicemistrzostwo Polski podczas turnieju prawników w Spale. A było tam z kim walczyć: Warszawa, Poznań, Łódź - nasz "Lex Team" szedł jak burza, ulegliśmy tylko Katowicom, na których nie było siły ani na parkiecie ani na bankiecie.
Byłem jedynym prawnikiem w zespole, nie praktykującym w zawodzie, a zespół był to mocny i wybiegany. Kapitanem był adwokat Marian Mirek, wszechstronny sportowiec, przeszłość ligową miał za sobą Zbyszek Rogowski, adwokat z Zakopanego (obaj już nie żyją..) Dwóch mecenasów nie trzeba przedstawiać: niespożyty Władziu Chowaniec i Piotrek Ochwat - mistrz półdystansu, na desancie ja i sędzia Maciek Czajka, pod koszem młody prokurator Irek Głowiński. No i Marek Rusin, gość na schwał, który rządził na parkiecie i przeciwnicy łapali na nim faule.
Nasz "Marko" był bezbłędny w egzekwowaniu rzutów osobistych z charakterystycznym jednorękim wykrętem, a jego rzuty wolne były ważnym wkładem w dorobek punktowy "Lex Teamu", który trwale zapisał się w meczowych statystykach prawniczych turniejów w Prudniku, Spale, Katowicach, Cetniewie czy Zakopanem.
Przez kilka lat w niedzielne wieczory obijaliśmy kosze w przylicealnej sali gimnastycznej, a potem przy małym piwie z humorem wytykali swe wzloty i upadki. Byliśmy wtedy kolegami w drużynie, w której było dwóch sędziów, czterech adwokatów, prokurator i dziennikarz. Ale nazajutrz rano, na sądowych korytarzach, panowie kłaniali się sobie z szacunkiem, dzierżąc togi pod pachami...
Nazwisko Marka Rusina powinno przejść do historii Miasta Nowego Targu, gdzie pozostawił także swój ślad: prawniczy, rodzinny, obywatelski. Nie zdążyliśmy się spotkać po latach, zostałeś tylko na zdjęciach sprzed lat, będzie nam Ciebie brakowało. Odszedłeś za wcześnie...
Jacek Sowa



