Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś "Życie jest świnią".
Nokaut _Życie jest świnią/Fantástico Chico Blanco/- Mówi pan, że chce być w porządku wobec życia? Przecież to nie jest możliwe. To jest utopia. A jeśli nawet założymy, że się to panu początkowo uda i tak życie pana orżnie. Życie jest świnią, proszę pana. Śmierdzącym, wytaplanym w łajnie wieprzem.
- Co też pan mówi, Panie Rolandzie? Jednak nie zawsze... Nie, życie nie jest świnią. Trzeba być dobrej myśli. - Zawahałem się mówiąc te słowa. - Co to życie panu zrobiło, że ma pan tak złą opinię o nim? Mówi pan o rzeczach raczej nierzeczywistych.
- Ależ, proszę nie mieszać tego, co uważa pan za rzeczywistość z tym, co nią naprawdę jest. - Uśmiechnął się lewym kącikiem ust, tak jakoś niesymetrycznie, jakby jedna połowa twarzy była sparaliżowana.
- Ja nie mylę prawdy z opinią większości, panie Rolandzie. - Odpowiedziałem dotknięty odrobinę szorstkim tonem rozmówcy. - Prawda jest jedna a opinie mogą być różne i jestem pewien, że potrafię je odróżnić.
- Nie trzeba się od razu denerwować. Mam nadzieję, że nie uraziłem pana. - Zauważył moją konsternację. - Prawda, drogi panie polega na zgodności teorii z rzeczywistością, czyli dane twierdzenie jest prawdziwe wtedy, gdy odpowiada faktycznemu stanowi rzeczy.
- Cóż, ja wierzę w to, co robię i jestem przekonany o słuszności moich działań. Choć oczywiście przyznaję, że życie może pisać różne scenariusze.
Mówiąc te słowa czułem, jakbym tracił grunt pod nogami, jakbym się staczał po równi pochyłej i mimo przekonania o słuszności swoich słów, czułem, że kończą mi się argumenty. Starałem się jednak tego nie okazywać.
- Więc, co pan zamierza? - Dociskał Roland.
- Postanowiłem być w porządku, cokolwiek ma to oznaczać.
- No cóż. Pozostało mi tylko życzyć panu szczęścia w tej pańskiej orzeźwiającej i natchnionej młodością naiwności, ale mimo to ostrzegam. Życie jest świnią.
- Oby pan nie miał racji. Do widzenia.
- Do widzenia.
Podaliśmy sobie dłonie i rozstaliśmy się. Na odchodne uśmiechnął się tym swoim dziwnym tikiem w lewym kąciku ust i zniknął gdzieś w alejce a ja siedziałem jeszcze przez jakiś czas na parkowej ławce nie mogąc się pozbierać. Zostawił w powietrzu ekscytującą woń, jakby kadzidła, luksusowej wody kolońskiej i spalenizny, coś czego nie umiem zdefiniować. Zapach ten przepełniał wokół mnie atmosferę i był zemną jeszcze przez długi czas. Wstałem i nieśpiesznie skierowałem się do domu. Do tej pory myślałem, że życie może być co najwyżej ponurym żniwiarzem, ale świnią? Rozmowa z Rolandem Aczgierlepem nie wywołała u mnie jakiejś większej ekscytacji, jednak maleńka iskierka wątpliwości połączonej z niepokojem zaczęła się tlić gdzieś na dnie mojej niedoświadczonej duszy. Szybko jednak wyparłem to brzemię, gasząc je i tłumiąc strumieniem przyjemniejszych myśli a w drodze do domu postanowiłem wstąpić po zakupy. Kim w ogóle jest ten Aczgierlep? Inteligentny typ i gadkę ma całkiem niezłą. Elegancik. Ale to przypadkowo poznany gość. Nawinął się skądś jakiś czas temu i tyle. Później często widywaliśmy się na przechadzkach a ja z przyjemnością wdawałem się z nim w pseudo akademickie dyskusje. Jednak kim jest, tego nie wiem. Z pewnością nie jest to głupi facet.
Jako, że nie lubię sklepów wielkopowierzchniowych a do takiego niestety wszedłem, sprawnie się uwinąłem i spacerowym krokiem powędrowałem do domu. O tej porze ruch uliczny nie był duży, toteż szedłem niemal środkiem drogi, wymachując beztrosko siatką pełną zakupów, co w przypadku mojej osoby, a uważałem się za statecznego młodzieńca, mogło być oznaką lekkomyślności albo przynajmniej zbytniego wyluzowania. Jakoś tak, cieszyłem się, nie wiedzieć z czego.
Dotarłem szczęśliwie do domu. Nic na mnie nie najechało i nie zwichnąłem nogi. Zatrzymałem się przed ogrodzeniem i sięgnąłem do kieszeni płaszcza po klucze. Nim chłodny metalowy pęk utkwił mi na dobre w dłoni, uwagę moją przykuła otwarta bramka od ogrodzenia. Nie pamiętam. Może wychodząc, zapomniałem ją zamknąć. Wielkim zaskoczeniem jednak okazały się uchylone drzwi do domu. Krew odpłynęła mi z mózgu. Mocno zaniepokoiłem się. Serce waliło mi tak, jakby się miało wyrwać z piersi. Mimo to cichutko ułożyłem za progiem siatkę z zakupami, wstrzymałem oddech i wolniutko na palcach, niczym złodziej, zacząłem się skradać by sprawdzić mieszkanie. Błogosławiłem siebie za te cichobieżne buty, które akurat miałem na nogach. Zachowując odrobinę przytomności wziąłem ze stojaka długi czarny parasol z chromowanym metalowym szpikulcem i w celu ewentualnej obrony, trzymałem go przed sobą jak szpadę. Spokojnie zwiedziłem całe mieszkanie, ale nic dziwnego nie stwierdziłem. Nikogo nie było i na pierwszy rzut oka nic nie zginęło. Wszystko, było jakby na swoim miejscu.
- Dzwonić na policję, czy nie? - Zagadałem do siebie, rezygnując zasadniczo z nie powziętego w pełni zamiaru.
Uspokoiłem się trochę. Opadłem z ulgą na fotel i zrzuciłem z nóg zroszone potem buty. W nerwach pocą mi się stopy jak diabli, wolałem więc niepotrzebnie nie przedłużać nawilżania moich ulubionych ciżemek. I gdy tak siedziałem wtulony w miękkie oparcie mojego ulubionego tronu, zatopiony w myślach nad tym, co się do tej pory wydarzyło, usłyszałem głośne chrząkanie. Osłupiałem, bo przecież przeszukałem całe mieszkanie i nikogo nie znalazłem. Tymczasem chrząkanie powtórzyło się. Serce znowu uderzyło mi mocniej. Poczułem skurcz za lewą łopatką. Mam nadzieję, że to nie zawał.
- Zbyt duża dawka emocji jak na jeden raz. - Szepnąłem i gwałtownie zerwałem się z fotela, choć nie był to niestety zwinny ruch Bruce'a Lee, dlatego poczułem przenikliwy ból w plecach.
Chrząkanie przerodziło się w kwik. Włosy stanęły mi dęba, a mam ich niemało. Czułem się jak Einstein porażony prądem. Resztką woli przezwyciężyłem strach i w totalnej panice podążyłem w kierunku odgłosów. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że podczas poszukiwań zapomniałem skontrolować łazienkę. Pstryknąłem światło i z niemal zamkniętymi, bo z zaciśniętymi ze strachu powiekami, ruszyłem na ślepo do boju. Nędzne dyletanctwo. W stresie człowiek postępuje wbrew jakiejkolwiek logice.
Chyba kiepsko zawalczyłem, bo z ogromnym bólem głowy znalazłem się na podłodze. Chłód ceramicznej łazienkowej posadzki był nawet nieco kojący. Przetarłem ręką twarz. Wilgoć, którą starłem z czoła wziąłem początkowo za krew, ale na szczęście myliłem się. Gdy wreszcie postanowiłem otworzyć oczy, powieki moje zatrzymał ciężki, ciepły i wilgotny plaster a do mój zmysł węchu został uraczony odorem chlewu. Poderwałem się z podłogi jak oparzony i przetarłem rękawem swetra twarz. Wreszcie przejrzałem. Oczom moim ukazał się wielki różowiutki wieprz z jęzorem na wierzchu, żywa szynka, kotlety schabowe, kaszanka, boczek i słonina. Z jednej strony odczułem ulgę, z drugiej zaś nową falę frustracji i zakłopotania. Natłok myśli nie mieścił mi się w głowie. Nigdy nie miałem świni. Nawet nie wiem jak z nią postępować. Świnia tymczasem cofnęła się w kierunku wanny nabierając bezpiecznego dystansu. W końcu nie mogła wiedzieć, co przyjdzie mi do głowy i jak się zachowam. Tak, świnie to inteligentne stwory.
Zwierzę wyglądało dosyć łagodnie, ale mnie również brakło odwagi, by się do niego zbliżyć. Ono tymczasem taksowało mnie swoim badawczym i zarazem mądrym spojrzeniem. Różowe, dostojne z mokrym ryjem i determinacją w ślepiach. Kiedy już oswoiłem się z tym niecodziennym widokiem, zauważyłem, że do wanny nalana była woda a w niej dryfowała moja gąbka i żółty kaczor. Nie wiem czyj był ten kaczor, bo przecież nie mój, nie mam takiego. Na krawędzi leżał okrakiem śpiewnik z największymi przebojami światowej opery, okładką do góry. Nie mój, bo nigdy takiego nie miałem. Zwierzę tymczasem wskoczyło do wanny zalewając łazienkę wodą, stanęło na tylnych łapach i zaczęło śpiewać. O Jezu, Allachu i inni wielcy tego świata, ratujcie! Odpalił się jakiś surrealistyczny recital. Głos świni przypominał mieszankę skrzypiących drzwi, syreny karetki i odkurzacza razem wziętych. Świnia śpiewała z pasją i zaangażowaniem. Fałszowała jak nikt, kogo do tej pory słyszałem. Zatkałem uszy, ale nie wyszedłem, bo choć głos nieznośny i serce z wściekłości mi pękało, widowisko było niepowtarzalne. No bo, kto kiedy widział śpiewającą świnię? A widzów, poza mną nie było. Była za to sztuka. Jak zwał, tak zwał. Sztuka mięsa i jakaś tam sztuka w kontekście wokalnym. Tylko, czy można ten śpiew podciągnąć pod artyzm, czy bardziej pod osobliwość wszechczasów? Świnia zakończyła swój jednoaktowy benefis, ukłoniła się swojemu odbiciu w lustrze a później mnie i znikła na chwilę za prysznicową zasłoną odgrywając dalszą komedię. Zastanawiałem się, czy nie majaczę, ale nie, to działo się naprawdę. Wszystko, o zgrozo, zaczęło do mnie docierać.
- Los cię mą obdarował. - Wyjaśniła wesoło, słysząc moje biadolenie.
- Czy ja dobrze widzę? W mojej łazience tłusta świnia urządza sobie operę! - Wysyczałem przez zęby.
- Tłusta? Tylko nie tłusta! Mówi się dobrze odżywiona. - Odparowało zwierzę, wysunąwszy ryj zza kotary.
- Nie ważne! Tłusta, nietłusta. Po co ta gadka?
- A propos, ta twoja kanapa w salonie, to jakaś masakra. Mógłbyś kupić nową. - Zwierzę sprytnie zmieniło temat.
- Aha, czyli mam jeszcze przy okazji nowego dekoratora wnętrz! - Przytomnie zripostowałem. - Rozumiem, że pani świnia ma dyplom z architektury wnętrz. Czy tak? - Dokończyłem z sarkazmem, nie wierząc, że w ogóle kontynuuję ten idiotyczny dialog.
- Co za przypadek, dyplom akurat mam z błotnego feng shui. I nie pani świnia, tylko pan świnia! - Odbił wieprz piłeczkę. - Notabene, twoja podłoga jest tak tragicznie sucha, że będę musiał zainterweniować.
- Ca masz na myśli? - Zatrwożyłem się.
- Muszę zmoczyć twoje dywany.
- No cóż, przynajmniej ktoś wreszcie docenił moje stare dywany. Chociaż nie sądziłem, że zostaną użyte jako ścierka do racic.
- Raczej ścierka do podłogi! Nie sądziłem, że można mieszkać bez lodówki pełnej pasztetu. Skandal! Gdzie twoje maniery? - Znowu zmienił temat.
- Wyparowały razem z resztką mojego zdrowego rozsądku w tym momencie, w którym zobaczyłem wieprza w swojej łazience.
- Ach, luksus ma swoją cenę. Ale spokojnie, możesz zostać moim lokatorem. Będziesz o mnie dbał i mnie żywił. Możesz mi otwierać wino i ścierać po mnie błoto.
- Cudownie, czyli awansowałem z właściciela mieszkania na twojego lokaja.
- Cóż, marzenia się spełniają! Nie mówiłem, że jestem świnką z klasą? - Spytał z przekąsem. - No to, teraz już wiesz.
Oszalałem. Jak to możliwe, żeby zwierzę tak ludzkim głosem? Jej background jest zdumiewający, skąd ona się wzięła? Znikąd!
- Co? Bozia móżdżek dała, ale nie pofałdowała? Nie kumasz jeszcze, co się dzieje? Pomyśl. Dostałeś od życia świnię.
- To jakiś kawał. Wieprz mówiący ludzkim głosem? - Powtórzyłem głośno pytanie, skierowane zasadniczo do siebie.- Dostałem od życia świnię!
- A kimże jest to życie, żeby rozdawać świnie? - Odparł wieprz z sarkazmem i roześmiał się nosowo świńskim rechotem, ukazując mięsisty jęzor i solidne uzębienie a przez wielkie dziury w ryju wytoczył smary, które następnie ze smakiem zlizał.
- Fuj, ohyda! To jakaś niedorzeczność! Raz mówisz, że dostałem od życia świnię a innym razem temu zaprzeczasz? To w końcu jaka jest prawda? Skąd się do cholery wziąłeś?
- Znikąd.- Odpowiedział skręcając się ze śmiechu.
Nastał chwila niezręcznej ciszy.
- Chcesz wiedzieć, co myślę?- Zapytał bezczelnie.
- Nie. Już to wiem.- Odpowiedziałem.
- To o czym myślę? - Nie dawał za wygraną. - O wszystkim poza tobą.- Podsumował, równając mnie z ziemią.
- Bożesz, ty Bożesz!
Uczestnicząc w tej rozmowie poczułem się zdruzgotany do tego stopnia, że z bezsilności opadły mi ręce. Wyszedłem z łazienki, a wieprz poczłapał za mną zostawiając mokre ślady na podłodze.
- Nic, tyko zabić, albo oddać do rzeźnika! - Wyszeptałem zgrzytając z rozpaczy zębami i rzuciłem się bezładnie na sofę. - Obesrana specjalistka od krochmalenia dusz! - Wydusiłem z siebie z żalem.
Kto mógł mi zrobić taki kawał? Jak się pozbyć tego wieprza? Jestem w porządku wobec życia, a w zamian dostałem od niego świnię. Życie jak widać, działając incognito, zaskakuje nas na każdym kroku. A może życie chce pogrzebać mnie żywcem? W jakim sensie żywcem? Może w każdym. Jeden żywiec to ta cwana świnia a drugi to moje życie. A więc dostałem od życia świnię, dosłownie i w przenośni. Życie nie przesyła mi pozytywnej energii. Niestety. I co mam dalej robić? Postanowiłem, że zaczekam i zobaczę, co z tego wyniknie. Nie będę poświęcał świni zbyt dużo uwagi.
Trzymając się strategii, wynikającej ze starego indiańskiego przysłowia, które głosi, że należy usiąść na brzegu i czekać, a trup wroga pojawi się w nurcie rzeki, postanowiłem czekać z nadzieją, że trup tej świni pojawi się w nurcie rzeki mojego życia. Przyjąłem oczywiście jedyne słuszne założenie, że ta świnia jest moim wrogiem, a już na pewno pasożytem żerującym na moim życiu.
Nie czekałem jednak zupełnie bezczynnie. Podejmowałem różne kroki, by pozbyć się podstępnego potwora. Wpierw chciałem go otruć. Ale wieprz zżarł truciznę ze smakiem i nic mu nie było. Po prostu żarł, rósł, tył i fajdał. Później czadziłem go gazem i omal nie wysadziłem w powietrze całego domu. Z prądem też nic nie wyszło. Chciałem bestię sprzedać, ale kto by chciał kupić gadającą, sarkastyczną i ponad stukilogramową podłą świnkę? No, bo jak zrobić kiełbadrony i kotlety z gadającej świni? Żal zabić. Postanowiłem oddać ją komukolwiek, byleby tylko się jej pozbyć. Dałem ogłoszenie, ale nikt się nie zgłosił. Z moich planów nic nie wyszło. Myślałem o użyciu broni, ale w tym wypadku zabrakło mi odwagi. Zostałem skazany na życie ze świnią. Więc za to, że byłem wobec życia uczciwy, otrzymałem od niego świnię. Życie jest po prostu świnią. Życie jest podłą świnią! O tak, i to taką, która wdziera się bez pukania, wyżera z lodówki ostatni kęs, do tego śmie krytykować kanapę i dywany. Życie to świnia. Dosłownie i w przenośni. Taka różowa, tłusta i absolutnie pewna, że wszystko jej się należy. Życie to nie jest jakiś tam dżentelmen w garniturze, który zapuka do twych drzwi, wręczy ci bombonierkę i zapyta, przepraszam, czy mogę zniszczyć ci plany na najbliższe lata? A wtedy ty nie zgodzisz się i grzecznie go odprawisz. Nie. Życie wpada z błotem na kopytach, rozwala zadem meble i krzyczy, siema zamieszkam tu razem z tobą, gdzie jest twoja lodówka? A ty stoisz z siatą w ręku, a później z kubkiem kawy, w piżamie i zastanawiasz się, co wydarzyło się nie tak? I nim zdążysz cokolwiek pomyśleć, życie już leży na twojej kanapie, żre twoje chipsy i ogląda reality show z twojej własnej historii, śmiejąc się do rozpuku. Wszystko, co mogło pójść źle, poszło jeszcze gorzej i do tego w slow motion lub na replayu. Z czasem będziesz mieć nadzieję, że ta świnia wreszcie cię polubi albo ty ją, że może rzuci cię dla innej świni, albo dla innego godniejszego tragedii biedaka. Ale nie, jedyne co rzuca, to syf i błoto, prosto na twoje świeżo wyprane ambicje.
Aczgierlep miał rację mówiąc, że życie jest świnią. Szybko się o tym przekonałem i jednocześnie zweryfikowałem swoje poglądy. Jedynym wyjściem, by pozbyć się niesprawiedliwego życia, byłoby jego unicestwienie. Krótko mówiąc, jedyną stosownie szybką i złośliwą ripostą, którą mógłbym życiu uczynić, byłoby palnięcie sobie w łeb. Tylko czy warto z powodu świni?
***



