- przekonuje Danuta Syncerek z Ratułowa, terapeutka, nauczycielka jogi, niegdyś Świadek Jehowy, z którą o zdrowiu, wierze i jedzeniu rozmawia Józef Figura.
Józef Figura: Dom w Ratułowie, tu cisza, piękne otoczenie mają sprzyjać medytacji i zdrowieniu. Ale skąd w ogóle Pani się tu wzięła? Danuta Syncerek: Pochodzę ze Zgierza. Trzynaście lat temu zaczęłam poważnie chorować. Traciłam przytomność. Lekarze przez ponad dwa lata nie wiedzieli, o co chodzi. Tomografy, rezonanse - cuda na kiju - a efektów w leczeniu zero. W tym czasie umarł mój mąż. Wszystko się posypało. A przecież zawsze dbałam o siebie. W momencie kryzysu moje ciało całkowicie odmówiło posłuszeństwa. Trzeba było wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Potem okazało się, że to borelioza. Bardzo mocne stadium.JF: Lekarz postawił diagnozę?
DS: Tak... po dwóch latach. Oświeciło ich, że to może być borelioza, zrobili badania. Wyniki były tragiczne. Nie byłam w stanie podnieść ręki z bólu, wstać z łóżka. Bóle głowy trwały trzy, pięć dni. Wyłączały mnie z życia. A ja prowadziłam własne biuro rachunkowe. Tu trójka dzieci, zmarł mąż, a ja miałam bóle głowy i zero siły w ciele. Pomyślałam: trzeba ogarnąć życie.
JF: Ale boreliozę lekarze wyleczyli?
DS: Powiem, jak to było: nie lekarze wyleczyli. Lekarze chcieli leczyć antybiotykami. Wiedziałam, że najpierw trzeba oczyścić organizm. Pojechałam na turnus oczyszczania głodówką. Miałam tam spokój, nie zajmowałam się biurem, dziećmi, niczym innym i przechodziłam proces. Najpierw oczyściłam wątrobę, potem była głodówka. Po półtora tygodniu wróciłam - byłam w stanie funkcjonować.
A potem poszłam na medycynę chińską - trzyletnią szkołę - bo stwierdziłam, że wszystko jest ukryte w ciele.
JF: Ale po co?
DS: W szkole medycyny chińskiej dowiedziałam się, jak leczyć ziołami, jak ważne jest oczyszczenie organizmu. Była też psychologia. Pomyślałam, że jeśli badania wyjdą dobre, wiem, że wszystko mieści się w umyśle ludzkim. I tak obiecałam "Górze", że pójdę na studia, żeby zobaczyć, co się dzieje w umyśle - czyli na psychologię. Tym sposobem skończyłam dwa kierunki.
JF: Medycyna chińska i psychologia?
DS: Terapia uzależnień. Wiedziałam, że problem mieści się w umyśle. W medycynie chińskiej też była psychologia, ale trochę okrojona. Zobaczyłam, że ciało nie może funkcjonować dobrze, dopóki nie poukładamy sfer życia: nie zmienimy żywienia, myślenia i podejścia duchowego. Żyjemy często niezgodnie z tym, do czego zostaliśmy stworzeni.
JF: A do czego zostaliśmy stworzeni?
DS: Są książki naukowe z pogranicza medycyny i psychologii, które mówią, że jeśli człowiek wykonuje pracę, która go nie satysfakcjonuje - choruje. Idzie do sklepu układać towar, wraca i nie czuje się spełniony - choruje. Mamy robić coś, co nas rozwija i cieszy. Najpierw jest myśl, potem emocja, a za emocją idzie ciało. Ciało choruje, kiedy robimy rzeczy niezgodne z nami albo tkwimy w związku wbrew sobie. Ciało pokaże wszystko.
JF: A jeśli ciało pokazuje coś, co wydaje się niemożliwe do osiągnięcia - na przykład zmiana pracy? Czy nie lepiej znaleźć sens w układaniu towaru na półce?
DS: Jak najbardziej można znaleźć sens - jeśli potrafimy się z tym pogodzić. Jeśli nie, samo mówienie: "pogodziłem się" nic nie da. Jeśli powiemy sobie: "każdego klienta witam z wdzięcznością, dziękuję, że mam pracę" - to inne podejście.
JF: Mówi pani o "Górze". Co pani przez to rozumie?
DS: Mamy wiele religii. Nie chcę wartościować. Ważne, że mamy łączność z Górą - siłą wyższą.
JF: Czyli człowiek z natury jest religijny i dla zdrowia powinien tę religijność odczuwać?
DS: Tak. Każdy ma swoje podejście i świadomość. Ważne, żeby wierzył, że na górze jest ktoś, kto nas wspiera. Przy chorobie możemy powierzyć troski. Są "anioły na ziemi", które się nami opiekują.
JF: A ateista ma przechlapane?
DS: Nie. Ateista może nie wierzyć w Boga, ale może wierzyć w siłę wyższą - choćby nie nazywając jej Bogiem. Wielu mówi: "Nie wierzę w Boga, ale wierzę, że coś mnie prowadzi, że będę zdrowy".
JF: Ale to już nie jest ateista "czystej wody"...
DS: Ile razy rozmawiałam z kimś, kto mówił, że jest ateistą, nie spotkałam nikogo, kto w nic nie wierzy. Zawsze jest jakaś wiara.
JF: Przeszliśmy na filozofię, wróćmy do ciała. Religijność wspiera proces zdrowienia?
DS: Tak. Skończyłam medycynę chińską i terapię uzależnień. Przeprowadziłam się ze Zgierza tutaj. Rozmawiałam z "Górą": jeśli pomożesz, będę służyć. W danym momencie byłam świadkiem Jehowy, pionierem specjalnym - dużo czasu poświęcałam na służbę.
JF: Świadkiem Jehowy była pani w czasie choroby czy wcześniej?
DS: W czasie choroby i wcześniej. Mając 18 lat poważnie zachorowałam na zapalenie ucha. Trenowałam pływanie, chodziłam do szkoły muzycznej. Kariera sportowa i muzyczna runęła. Straciłam 80% słuchu. Szkoła muzyczna powiedziała "nie". Kocham medycynę, ale bałam się krwi. Życie pokierowało inaczej. Wtedy zostałam Świadkiem Jehowy.
JF: Wcześniej było rodzinnie i tradycyjny katolicyzm?
DS: Tak - komunia, bierzmowanie. Rodzice nie byli gorliwi. Chodziłam do kościoła w niedzielę. Wierzyłam w Boga.
JF: A jak świadkowie panią wciągnęli?
DS: Pojechałam na wakacje do cioci - świadkini Jehowy. Miałam zostać tydzień, zostałam prawie miesiąc. Zobaczyłam, że można żyć inaczej. Denerwowało mnie, że rodzice każą chodzić do kościoła, a sami nie wierzą. Chciałam służyć sercem i być blisko Boga. Gdy zachorowałam, ta wiedza mnie pociągnęła.
DS: Długo. Potem wyszłam za mąż. Mąż nie był świadkiem, wręcz zabronił chodzić do zboru. Odeszłam. Brakowało mi kontaktu z Bogiem.
JF: Przerwa trwała...
DS: Siedem lat. Potem wróciłam. Z czasem zobaczyłam, że nie każdy, kto nazywa się Świadkiem Jehowy, nim jest. Zbór nie zawsze przestrzega tego, co w Biblii. Odeszłam.
JF: Stwierdziła Pani, że zajmie się zdrowiem - swoim i innych. Kupiła niewykończony dom w Ratułowie. Jest przystosowany do tego typu pracy?
DS: Tak. Jest cicho i spokojnie. Przyjeżdżają osoby, by pobyć, przerobić proces. Latem jest miejsce na jogę, strych zrobiony pod zajęcia. Mogą przyjechać dwie osoby, maksymalnie pięć. Pracuję indywidualnie. Można zrobić hydrokolonoterapię, badania biorezonansem, dotlenianie, bańki, pracę terapeutyczną.
JF: Ale od czegoś trzeba zacząć...
DS: Najważniejsza jest rozmowa terapeutyczna: co się dzieje w życiu, w jakim punkcie ktoś jest, jak długo choruje, co zrobił i co mu daje choroba. Bez tych pytań to tylko zabiegi - choroba wraca. Otyłość mówi o tym, co dzieje się w życiu - za nią stoi podłoże psychologiczne. To samo z depresją, cukrzycą, schizofrenią. Patrzymy holistycznie. Chore jelita - chory człowiek. Jelita to "pierwszy mózg". Jeśli nie zrobimy porządku, efektów nie będzie. Pierwsza rzecz to rozmowa, potem oczyszczenie organizmu, nauka zdrowego żywienia. Prowadzę zajęcia jogi. Robię, co mogę, by przywrócić funkcjonowanie ciała, umysłu i duszy. Pracuję też z rysunkiem terapeutycznym. To metoda pozwalająca zobaczyć, co się wydarzyło i dzięki temu szukamy rozwiązania.
JF: Leczy pani? -przecież nie jest pani lekarzem.
DS: Leczy lekarz, ja przywracam zdrowie. Chcę, by efekt końcowy był taki, że ktoś czuje się dobrze. Nie dieta, tylko zdrowy styl życia. Chodzi o to, by wiedzieć, co służy, a co nie, bez ciągłego chodzenia do lekarza. Mamy dojść do momentu, w którym potrafimy sobie radzić. Nagrzeszyłem jedzeniem? Oczyszczam jelito i wracam do ustawień fabrycznych. Każdy ma "ustawienia fabryczne". Można się zresetować tylko trzeba wiedzieć jak. Mamy złe myśli - jest metoda Simontona: naucz się pracować z myślami. Obserwuj emocje, naucz się oddychać. Tego uczę. Przeglądamy się wspólnie, patrzymy, w jakim ktoś jest miejscu, jakie ma zasoby i podnoszę człowieka do góry.
JF: Rozumiem, że to nie jest zamiast medycyny konwencjonalnej tylko jej uzupełnienie...
DS: Zawsze proszę o badania. Sprawdzamy magnez, B12, żelazo - stan organizmu. Po głodówce robimy badania, by zobaczyć efekty. Sama tak robię. Wegetarianizm może prowadzić do anemii, jeśli ktoś nie ma wiedzy, a ja tę wiedzę przekazuję.
JF: Od kiedy jest pani wegetarianką?
DS: Nie jem mięsa od kilku lat. Nie jestem "stricte" wegetarianką - jeśli ktoś z serca przygotuje dla mnie rybę, to ją zjem. Bywa, że tak samo zjem ciastko, choć cukier mi nie służy - przy boreliozie to w ogóle niedopuszczalne.
JF: Aż do następnego ciastka?
DS: Do świąt. Dzieci się śmieją: "Mamo, będzie coś poza zieleniną?". Nikogo nie nawracam. Moja córka wyszła z poważnej choroby dzięki tym metodom. Jako siedmiolatka o mało nie umarła. Lekarz - alergolog - leczył ją tak, że co chwilę były zapalenia płuc. W szpitalu przez pięć dni nie dawali rady zbić gorączki. Zabraliśmy ją. W domu całą noc robiłam wszystko, co znałam: lewatywy, okłady, modlitwa, praca z energią. Rano miała 35°C, wyszła z tego. Przez pięć dni dostawała tylko soki. Później wiedzieliśmy: to była silna alergia i zanieczyszczony organizm. Po oczyszczeniu znikły plamy. Dziś moje dzieci wiedzą, że jeśli "nabroją jedzeniem", to trzeba wrócić do zasad.
JF: Hasło "głodówka" brzmi strasznie.
DS: Nie jest strasznie, jeśli robi się to świadomie. W grupie jest łatwiej - w domu są zapachy, obowiązki, lęk. Mój kolega pisał tekst na stronę i ręka nie była w stanie napisać, że "nic nie je". Głęboko mamy zakorzenione, że musimy jeść.
JF: To naturalne.
DS: Owszem. Ale głodówka to nie głodowanie z braku jedzenia. Jeśli jem mniej, żeby schudnąć, wyniszczę organizm. Na detoksach ludzie są zdziwieni widząc, jak jem duże porcje wegetariańskiego jedzenia. Liczy się wartość nie ilość. Uczę tego. Dołączam zioła i witaminy - zależnie od braków. Głodówka to świadome powstrzymanie się od jedzenia. Pijemy wodę, zioła. Ważne jest oczyszczenie przewodu pokarmowego. Do głodówki się przygotowujemy - nie wchodzimy z dnia na dzień, bo toksyny się uwalniają i czujemy się fatalnie. Dwa tygodnie wcześniej odstawiamy cukier, mięso, słodkie napoje, pijemy zioła, odrobaczamy się.
JF: A jak długo trwa sama głodówka?
DS: Zazwyczaj 5-7 dni bez jedzenia czegokolwiek. Najtrudniejsze są trzy pierwsze dni. Pomagają ruch, spacery, dotlenienie, ćwiczenia na jelita. Ważne jest poczucie bezpieczeństwa i wsparcie. Równie ważny jest proces wyjścia - tyle samo czasu, co przygotowanie. Najpierw wywar z warzyw, potem stopniowo więcej. Zmieniamy nawyki. Pracuję też z podświadomością - dlaczego wracamy do starych nawyków?
JF: Nie boi się pani łatki jakiejś szamanki, szeptuchy, znachorki - szczególnie tu, na Podhalu?
DS: Boję się. I myślę, że dlatego nie ma tylu osób ilu mogłabym pomóc. Praktykuję jogę - wielu sąsiadów mówi: tylko nie joga, bo kościół mówi, że to złe" Gdy byłam świadkiem Jehowy, też mówiono, że nie mogę ćwiczyć jogi. Poszłam kiedyś na pilates - patrzę, a żona brata starszego jest na jodze. Mówiono jedno, robiono drugie. Dziś sama jestem nauczycielką jogi. Prowadzę grupy online, stacjonarnie i wyjazdy. Każdą mantrę tłumaczę - co znaczy, jakie ma słowa. Byłam nawet w Indiach.
JF: Ludzie boją się naciągaczy, szarlatanów, "gabinetów" z cud-maszynami.
DS: I słusznie. Dlatego mówię konkretnie. Sama medytacja i wizualizacja nie wystarczą - trzeba działać. Zobaczyć, co wydarzyło się w przeszłości, gdzie jesteś dziś, ukochać siebie i zrobić plan. Wyznaczamy kroki. Potrzebujesz zmienić pracę? Sprawdzamy zasoby. W rok można to zrobić, jeśli się działa.
JF: Boimy się ryzyka
DS: Dlatego potrzebne jest wsparcie. Przychodzą kobiety - pomagam im odzyskać poczucie wartości. Tu, na Podhalu, bywa, że nic im nie wolno. Mąż bije, pije, a one myślą, że muszą siedzieć cicho. Ale zaczynają mówić, podejmować decyzje, wychodzić z choroby, do świata, do koleżanki na kawę. To ważne.
Rozmawiał: Józef Figura




Nawet macie na podorędziu jednego;)