Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Wariacja na temat potrójnego życia autora bestsellerów, czyli o Brygidzie, Harriet i znajomej krytyczce filmowej".
Nokaut - Wariacja na temat potrójnego życia autora bestsellerów, czyli o Brygidzie, Harriet i znajomej krytyczce filmowej/Fantastico Chico Blanco/ W minionym tygodniu redakcja zaprezentowała moją opowieść o niewiernym autorze bestsellerów. Opowieść, nie że dość, że mało prawdopodobną, to na dodatek, zbyt dosłownie naśladującą formę biografii. Dlatego, żeby odnudzić czytelników, pokokietować ich i przypochlebić się im, pobawiłem się tekstem i zmieniłem nieco jego formę. Sparafrazowałem opowieść, wracając tym samym do bliższego mi stylu pisania. Ważne w tym wszystkim jest jednak to, że historia ta nadal jest o tym samym autorze bestselerów i jego kobietach. Zapraszam.
Autor bestsellerów był człowiekiem, który swoją twórczością wprawiał świat w zachwyt, a własnym życiem przyprawiał go o mdłości albo przynajmniej o śmiech politowania. Na papierze niby geniusz, ale w majtach katastrofa, nie mówiąc o duszy. W literaturze widziano w nim objawienie, jednak w jego osobowości dostrzegano jedynie arytmię, i to jako przypadłość przewlekłą, niczym niestabilność zakopiańskiej pogody. Przeżył trzy dekady rozpięty między dwiema, a z doskoku nawet trzema kobietami i jedną opinią publiczną, z którą walczył równie nieumiejętnie jak z własnym sumieniem. Spoczął, jak przystało na legendę, na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku. Nieopodal grobów tych, którzy również coś tworzyli, ale być może mieli więcej szczęścia w miłości.
Brygida, czyli żona z żelaza, płatków róży i kaszy gryczanej
Brygidę poznał w Zakopanem, na wernisażu przy Krupówkach (wtedy było to jeszcze BWA), gdzie wino lało się równo z pochwałami. Była niska, krągła i absolutnie pewna, że jest szczupła. Należała do tych kobiet, które potrafią rozwodzić się godzinami o swojej diecie odchudzającej, trzymając w jednym ręku pączka z lukrem a w drugim łopatkę do porcjowania tortu. Była przy tym równie apetyczna jak kremówka. Wprowadziła do jego życia porządek, jakby chciała mu wyrzucić z duszy kurz poezji, a może nie tylko poezji. Gotowała, prała mu majty i pozostałe części garderoby, czytała jego teksty z uczuciem a na kacu karmiła go aspiryną i to wystarczało, by czuł się z nią jak w Hotelu Chelsea, który niestety nie ma jednego, uniwersalnego standardu, ponieważ jest to hotel o historycznym znaczeniu i oferuje różnorodne standardy w zależności od typu pokoju lub apartamentu. Niestety autor bestselerów miał poczucie jakby egzystował w hotelu o średnim standardzie, jedynie z własnym kiblem i ciepłą wodą. A co z miłością, nie wiadomo. Nie można wykluczyć, że Brygida kochała nie tyle jego, co fakt, że ktoś taki jak on wybrał właśnie ją spośród tylu kobiet, które miały ambicje, ale brakło im fartu. Może również kochała mit o nim. Ich małżeństwo było jak dobry obiad, tłuściutkie, gorące i pełne niepotrzebnych dodatków, których nie znoszą faceci. Być może dlatego próbował uciec od tej miłości, ale Brygida zawsze miała w zanadrzu argument, ciepły obiad, czułą opiekę i rozpaczliwe nigdy niewypowiedziane wyrzuty sumienia.
Znajoma krytyczka filmowa, czyli kobieta, która nie potrafiła się nigdy skończyć
Była wysoka jak tyczka sportowa i wysuszona niczym filmowy scenariusz po setnej poprawce. Paliła fajkę za fajką zaciągając się tak mocno, że dym penetrował jej dwunastnicę. Była trochę jak wyrzut sumienia, ale miała w sobie coś co go pociągało. Mówiła głosem tak szorstkim i głębokim, że nawet Czubówna słuchała jej z zazdrością. Niegdyś pierwsza cenzorka Star Wars, dziś prywatna kontrolerka i krytyczka emocji autora bestselerów. To ona zapoznała go z Brygidą, pewnie dlatego żeby mieć pretekst do zazdrości, choć tak na prawdę nigdy jej nie okazywała. A może po prostu było jej wygodnie podrzucić Brygidzie autora bestselerów jak kukułcze jajo? No bo zresztą, jak to w życiu, nikt nie jest zupełnie bezinteresowny, zwłaszcza gdy chodzi o miłość, sztukę. I reżyserię cudzych małżeństw. Jej obecność była dla niego niczym reklama środków na potencję w środku dobrego filmu, irytująca i niepotrzebna, ale trudno ją jakoś całkiem wyłączyć, bo wtedy nie obejrzymy filmu.
Harriet, labirynt uczuć i polskiego języka
Harriet pojawiła się rok po ślubie, jak cień, który pachnie drogimi i egzotycznymi perfumami. Smukła, zmysłowa, a do tego Estonka, cholera wie jeszcze z kim zmieszana, bo taka jakaś smagła i egzotyczna jak błąd gramatyczny wygłoszony przez miss World w obcym sobie języku. Mówiła po polsku z akcentem, który nadawał erotyzm nawet słowu "idiota". Była wolna, młoda i szalona w sposób, który Brygidzie mógłby się tylko przyśnić, ale nie w każdej pozie, jeśli wiecie co mam na myśli. W jej ustach miłość brzmiała jak taniec na erotyczny na linie, w którym każde zdanie mogło się skończyć karkołomną agonią składni. Autor bestsellerów zakochał się po raz drugi (?), a może już trzeci (?), co u niego znaczyło tyle, że zaczął pisać lepiej, ale spać znacznie gorzej. Harriet była jego inspiracją, natchnieniem i dowodem, że grzechy mogą być piękne, jeśli mają długie zgrabne nogi i zmysłową kibić. Przez pewien czas próbował pogodzić wszystkie ukochane kobiety. Marzył o układzie, w którym wszyscy byliby szczęśliwi, on, Brygida, Harriet i znajoma krytyczka filmowa. Ale życie, jak wiadomo, nie zna takich porządków.
Kiedy wplątał się w INWESTYCJĘ ŻYCIA, kryptowalutę, którą obiecał mu pewien Krakauer, pozostał z orżniętym kontem i zabójczo odartą dumą. Wtedy pojawiła się Harriet z miłością w oczach i gotówą w walizie. Musiała go naprawdę kochać. Brygida tymczasem, dowiedziawszy się o jego klęsce, oddała mu swoje rodowe błyskotki, by ratować finanse niewiernego męża. Podarowała mu nawet złoty zegarek, pamiątkę po ojcu - Patek Philippe, symbol wieczności. Autor bestsellerów przyjął ten dar z wdzięcznością. I chociaż wiedział, że taki zegarek bije jak wyrzut sumienia, olał to i przywłaszczył go sobie, nie spłacając nim długów, zaś pozostałe błyskotki rozdał przypadkowym wybrankom. Hedonistyczny świr. Harriet, usłyszawszy o bohaterskim geście Brygidy, wpadła w szał, ale na szczęście nie zrozumiał tego, co mówiła, bo nie znał estońskiego. Dotarło do niego jedynie tyle, że kazała mu wybierać. On jak zawsze wybrał wszystkie i jednocześnie milczenie. To był jego ulubiony sposób zdrady. Brygida również nie okazała zadowolenia w występku męża, ale wszystko rozeszło się po kościach.
Gdy zachorował, na wszystko naraz, Brygida czuwała przy nim jak matka nad dzieckiem. Pytała nawet czy "wezwać Harriet?". On odmówił twierdząc, że ma już dość kobiet, które przychodzą, gdy jest za późno. Zmarł spokojnie, zostawiając po sobie kilka rękopisów, nieopłacone rachunki i trzy zrozpaczone serca. Na pogrzebie Harriet stanęła obok Brygidy. Żona w żałobie, kochanka w bieli. Obie wyglądały jak przypisy do tej samej książki, tylko z różnych wydawnictw. Brygida patrzyła na urnę z triumfem wdowy, Harriet zaś z melancholią kobiety, która wie, że ostatni uścisk i pocałunek należał się jej.
Legenda i rachunek sumienia
Autor bestsellerów zapisał się w historii nie tylko wzniosłą literaturą, ale i własnym bałaganem uczuciowym. Chciał żyć kilkoma prawdami naraz, ale żadnej nie uniósł. Jego życie było jak wydrukowana książka bez redaktora, pełna błędów i niemożliwa do odłożenia na później. Pozostały po nim dzieła, jedyne formy istnienia, których nie zdradził całkowicie. Choć, gdyby mógł, pewnie spróbowałby i tego.
Postscriptum, czyli kto tu kogo przeżył a kto tylko udaje
Brygida, chodzący antykwariat nostalgii, dożyła późnej starości. Karmiła swoje wspomnienia jak laboratoryjne myszy w złoconej klatce, tłuste i obrzydliwie mdło śmierdzące. Harriet? Harriet po prostu wyparowała. Raz w roku, z czeluści Tallinna, gdzie, jak wiadomo, czas się zatrzymał, a woda ma smak sowieckiej rdzy, przychodził list. Bez nadawcy, naperfumowany morskim wiatrem i solonymi rybami, jedyny dowód, że świat wciąż kręci się wokół tego samego tematu. Znajoma krytyczka filmowa, sama będąca już niemal mumią owiniętą w prześcieradło przypominające ekran filmowy, wciąż pisała o nim recenzje. Coraz bardziej entuzjastyczne i coraz bardziej histeryczne, jakby każdy nowy tekst był kolejnym, desperackim przeszczepem jej duszy. A sam autor bestsellerów, kreator kiczu i rozpaczy? Cóż. Podobno w nocy, gdy wichura wyje nad Zakopanem, ktoś od czasu do czasu w świetle ulicznej lampy widuje jego cmentarny cień. Poprawia sobie wtedy marynarkę i mruczy pod nosem: "Miłość to tylko literówka od milczenia." Bełkot. I może właśnie dlatego jego książki wciąż się sprzedają. Bo każdy czytelnik, nawet ten najbardziej zakochany w iluzji życia, chce wiedzieć, jak kończy się ten surrealistyczny żart.
***




