09.12.2025, 08:00 | czytano: 757

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Śpiący Rycerz i dinozaur"

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Śpiący Rycerz i dinozaur".
Nokaut _ Śpiący Rycerz i dinozaury
/Fantástico Chico Blanco/
Na Podhalu nic nie dzieje się bez powodu. A jeśli już się dzieje, tym gorzej. Podhale bowiem jest miejscem, do którego logika przyjeżdża czasami w weekendy i tylko w te marcowe, kwietniowe i listopadowe. Czas płynie tu w sposób tak dziwny, że nawet Einstein by się nie połapał i musiałby niezależnie od istniejącej już teorii zacząć badać tutejsze odchylenie czasoprzestrzeni.

Był to dzień taki niby zwyczajny, że aż podejrzany. Taki jak występ teatru jednego aktora, tak zły, że aż dobry. Giewont leżał jak zawsze, majestatyczny, masywny i z niepokojącym podobieństwem do faceta, któremu ktoś zarąbał kołdrę. Czyli wiemy już, że w centrum naszej opowieści chrapie sobie Śpiący Rycerz, który może i faktycznie mocno śpi, ale od czasu do czasu zaczyna prychać w rytmie disco polo.

Tego dnia Podhale wyglądało, jakby ktoś po pijaku próbował je poskładać z kilku różnych instrukcji obsługi. Ziemia parowała, powietrze pachniało mieszanką spalonego oscypka i stęchłą drewnianą chałupą, a Giewont drżał niczym mięsień, w którym zebrały się wszystkie dotychczasowe nasze koszmary. Nikt nie zdążył nawet zrobić znaku krzyża, kiedy góra pękła na pół, a spod niej zaczęły wyłazić dziwne stwory. Góry zatrzęsły się jak ręce turysty po kolejnym kieliszku. Ale miejscowi zajęci swoimi sprawami nie od razu zwrócili na to uwagę. Dopiero kiedy spod Giewontu buchnął jęzor pary, a echo poniosło się tak, jakby ktoś wybudzał mamuta, ludzie zaczęli podejrzewać, że coś jednak nie gra. Nikt nie spodziewał się niczego złego, no może oprócz tych wszystkich, którzy kiedykolwiek na Podhalu nie byli. Wtem coś ryknęło. A ryknęło tak, że z Zakopanego do Nowego Targu poleciały resztki zdrowego rozsądku, a z Chochołowskiej wypłoszył się słynny Yeti, który spieprzał tak wartko, że później widziano go podobno na Litwie. Góra zaczęła zachowywać się jak odurzona harmoszka ruskiego tankisty. Zatrzęsło, zatrzeszczało i z pęknięć zaczęły wypełzać dinozaury. Najpierw łapa. Ogromna, szorstka, oblepiona lepką, zieloną mazią, która sprawiała wrażenie jakby bulgotała. Za nią głowa, nie tyle dinozaura, co jego karykatury, jakby ktoś stworzył ją na podstawie opisu nietrzeźwego świadka. Pysk wyrastał krzywo, oko było za wysoko, drugie za nisko, a zęby wyglądały jak niektóre płoty na Podhalu, wszystkie inne i żaden do kompletu. Dinozaury nie były jednak jakieś wymyślone, bowiem widzieli je wszyscy. Były prawdziwe, solidne i przerażające, choć przecież nikt nigdy prawdziwego dinozaura wcześniej nie widział. Tyranozaur, Triceratops i Pterodaktyl z czerwonymi skrzydłami. Zawzięcie ryczące. Dobrze, że tylko trzy.

Miejscowi z początku zareagowali tak, jak reagowali ich praprzodkowie, kiedy to byli jeszcze troglodytami, biorą w garście kamienie i walą w stwory, bo jak dziad kamieniem załatwił Smoka Wawelskiego, to i to bydlę się jakoś cyknie. Tu mała dygresja, w tego szewczyka z wypchanym baranem nikt nie uwierzył. Jednak problem tkwi w tym, że dinozaury kamienie traktują jak jakieś solniczki. Odsysają z nich pył, delektują się, oceniają mineralizację, pomrukują i idą dalej. Kamienie, jak się okazało, działały na dinozaury co najwyżej kojąco. Broni palnej jak na złość nikt nie znalazł. Tymczasem w mieście zapanował chaos. Odważniejsi turyści albo co głupsi filmowali dinozaury zamiast gór, górale zaś od razu zaczęli kombinować, jak je wciągnąć do kultury regionalnej, natomiast władze miasta zaczęły zastanawiać się, czy nie otworzyć nowego Dino-Parku imienia Śpiącego Rycerza. I może ciężko w to uwierzyć, ale niektórzy mieli nawet koncepcję by jakimś cudem je dosiąść. Inni pytali, czy można zrobić z nimi selfie, a jeszcze inni zaczęli już negocjować ceny tych różnych atrakcji. Naonczas dinozaury zaczęły się czuć tu aż nazbyt dobrze. Taki Tyranozaur na przykład kilkukrotnie przecisnął się przez Krupówki, przeżuwając fanty zwędzone z okolicznych wystaw.

Burmistrz zwołał naradę. Władze Zakopanego zebrały się więc na posiedzeniu nadzwyczajnym, które odbyło się w food trucku sprzedającym kebaby na Kościeliskiej. Trwało trzy minuty, po dwóch zdecydowano, że trzeba pobierać opłaty za wszystko, a po trzeciej, że tak czy siak, to wszystko, to raczej wina Krakowa. A panika? Gdzie tam. Podhale nie panikuje. Podhale znalazło powód, żeby podnieść ceny i znowu zarobić dudki. Czyli górale, zamiast panikować, szybko uznali, że skoro mają na miejscu prehistoryczne bestie, to nie wypada ich marnować na jakieś strachy. A ofiary? Cóż, zawsze jakieś muszą być.

- Trzeba biznes robić!
- A przy wyjściu stoisko z magnesami na lodówkę się pierdyknie!
- I wszytko zamówi się u Chińczyka!

Ale wtedy zaczęło się coś, czego nie chciał zobaczyć nikt. Te wielkie stwory mieszały się. Z czym? Ze wszystkim. Z powietrzem. Z kamieniami. Z ludźmi. Tyranozaur pożarł kogoś, a po chwili tors tej osoby wyrastał mu z boku. Triceratops taranował Krupówki, a z każdym uderzeniem jego ciało pochłaniało nowe elementy, stragan z pamiątkami, kiosk, przechodnia. Wszystko to wtapiane było w jego mięsną masę jak rodzynki w ciasto drożdżowe. Pterodaktyl? Siadał na dachach i zostawiał lepkie plamy, które zaczynały się samodzielnie ruszać, rozpełzać po ścianach i bulgotać. W końcu hałas zrobił się tak duży, że Śpiący Rycerz przewrócił się na drugi bok, co spowodowało trzęsienie ziemi o sakramenckiej magnitudzie. Otworzył jedno oko, popatrzył sennie na sytuację, przetarł je o skalne przedramię i spojrzał na dinozaury z miną człowieka, którego obudzono o 4 rano i któremu zaoferowano ciepłą żentycę, i spytał:

- Dajcie spokój, znowu? Ile razy mam powtarzać, że Smok Wawelski to był tylko nieśmiały Welociraptor?

Po czym podchodzi do największego dinozaura, klepie go w kark i mówi tonem ojca, który wychował niejedno trudne dziecko:

- Idziecie już spać. Wszyscy. Do ziemi. Ale już.

Podszedł do kolejnego dinozaura, puknął go w łeb palcem. Pyk!
- Do ziemi. No już. Spać.

Dinozaury pokornie pokiwały łbami, ziewnęły i jeden po drugim zniknęły w ziemi, jakby szły do piwnicy po ogórki kiszone. Pod koniec wędrówki posłusznie przewróciły się na bok i zaczęły wpełzać w grunt, jakby wracały do jakiejś prehistorycznej szatni. Rycerz otworzył zbroję. Płyty rozsuwając się odsłoniły pulsujący kokon, który wciągał potwory jak odkurzacz do piekła. Kiedy ostatni fragment parującego cielska zniknął we wnętrzu Rycerza, ten ponownie naciągnął na siebie zbroję. Przeciągnął się i zamruczał coś o tym, że woli, jak nie budzą go byle pierdołami i zasnął z powrotem. Nim jednak zasnął popatrzył na ludzi i powiedział:

- A wy... Jak mnie znowu obudzicie, to wam na pamiątkę zostawię mamuta, niejednego.

I wtedy dodał coś, co brzmiało bardziej jak przestroga:

- Możecie grzeszyć dalej. Ja będę czuwał.

Po tym wszystkim Podhale wróciło do normalności, czyli do klasycznego stanu chaosu, ale bardziej swojskiego, bez prehistorycznej gadziny. Czyli do tego, co zawsze. Do oswojonego chaosu, do budowalnej wolnej amerykanki, do nieorganicznego ruchu samochodowego, do chamstwa branego za wolność, do dostrzegania drzazgi w oku brata, ale za to bez ptero-kup na dachach i bez tyranozaurów przeżuwających plecaki turystów. Niektórzy twierdzą, że gdy noc jest wyjątkowo cicha, można usłyszeć spod ziemi ciche pomruki dinozaurów, ale to nie jest to. Zwykle tylko dźwięk zbyt głośnego turysty, który przesadził z nalewką albo inną chabaziną. Podhale zaczęło oddychać, góra pulsować a ziemia drgać. A w nocy nadal regularnie słychać czyjeś sapanie, za blisko, za ludzkie i za brzydkie, żeby było snem.


***
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl