Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś felieton pt. "Prawda jest taka, jaką sobie stworzymy".
Prawda jest taka, jaką sobie stworzymy/Fantástico Chico Blanco/Przeczytałem ostatnio tekst o wielkim sukcesie Zakopanego. Tak wielkim, że aż powietrze zrobiło się czyste. Dosłownie. Autor, człek z gatunku tych sympatycznych, co to nie tylko wietrzą mieszkanie, ale i statystykę przytulą, ogłosił światu, że Zakopane wyszło ze smogowego piekła. Koniec z brunatną mgłą, koniec z piekącymi oczami, koniec z bólem gardła po krótkim spacerze. Można oddychać. I to bez maseczki antysmogowej. Ulga. Wreszcie.
Jeszcze kilkanaście lat temu byliśmy symbolem zimowego smogu, przypomina autor. Turyści wracali z ferii nie tylko z oscypkiem, ale i z chrypką. A mieszkańcy? Cóż, mieszkańcy, jak to mieszkańcy albo się uodpornili, albo nauczyli oddychać krótkimi seriami, między jednym dymem a drugim. Albo przynajmniej nauczyliśmy się oddychać oszczędnie.
Dziś, jak przeczytałem, sytuacja jest niemal nie do poznania. Dane są twarde, wykresy strome, a normy spełnione z zapasem. Dziś - według danych, a dane, jak wiadomo, nie kłamią, tylko czasem mówią niepełnym zdaniem - sytuacja jest niemal nie do poznania. Od 2007 roku Zakopane zeszło poniżej połowy dopuszczalnych wartości, a powietrze jest kilka razy czystsze niż dekadę temu. Cywilizacyjny skok - pisze autor. Brzmi dumnie. I wiecie co? Jako mieszkaniec Zakopanego przyznam uczciwie, że coś w tym jest. Faktycznie ciut lepiej się oddycha, ciut mniej śmierdzi, ciut mniej sadzy osiada tam, gdzie nie powinna. Badań nie robiłem, ale nos jeszcze mam i działa.
Dalej, autor artykułu, z godną podziwu samodzielnością, zadaje pytanie: jak Zakopane dokonało niemożliwego? I natychmiast sam sobie odpowiada. Bo to nie cud, tylko strategia. Wieloletnia, konsekwentna, niemal obsesyjna. Trzy filary: geotermia, sieć ciepłownicza i bezlitosna likwidacja kopciuchów. Brzmi jak plan militarny albo przynajmniej jak bardzo solidny projekt z unijną pieczątką.
I tu ja wchodzę, cały na biało i mówię: zgoda, ale nie było tak prosto. I tu pozwolę sobie na drobną korektę narracji sukcesu. Owszem, miasto zrobiło swoje. Ale to nie był pokaz sztucznych ogni oglądany z balkonu. To była robota zespołowa. Nie, nie był to wyłącznie sukces miasta. To był, w ogromnej mierze, sukces uporu mieszkańców, ich determinacji i nie oszukujmy się, niemałych pieniędzy, czyli prywatnych portfeli. Bo metr instalacji geotermalnej nie wyrośnie sam w ogródku, a kopanie pod nią nie zawsze spotyka się z entuzjazmem administracyjnym czy sąsiedzkim. Do tego geotermia nie jest instytucją dobroczynną, więc trzeba ją było jeszcze przekonać, że podpięcie się do jednego domu to też interes.
Ale my tu, pod Giewontem, jesteśmy wystarczająco uparci, namolni i konsekwentni. I do tego kasę z ogródka wykopiemy. Jak trzeba, to będziemy drążyć temat dłużej niż odwiert. Jak się uprzemy, to rury przeciągniemy przez całe osiedla. I tak krok po kroku tych instalacji przybywa. Podobnie jest z gazem, też wymaga infrastruktury, papierologii i cierpliwości. Dużo cierpliwości. Na szczęcie pod Giewontem jej nie brakło. I jeszcze jedno, tego statystyki już tak chętnie nie podają, wielu mieszkańców wymieniało kotły na własną rękę. Bo mieli dość. Efekt? Spadek emisji i poprawa jakości życia. Strategia zadziałała, bo była kompletna. I dlatego, że ludzie nie tylko kibicowali, ale też inwestowali. Autor dalej wylicza, że w latach 2015-2024 zniknęło z mapy Zakopanego ponad 800 kopciuchów w ramach programów dotacyjnych. A ile zniknęło bez dotacji? Tego statystyka nie wie, ale wiemy my. Wielu mieszkańców wymieniało kotły na własną rękę. Bo mieli dość. Efekt? Znaczący spadek emisji CO? i pyłów. Realna poprawa jakości życia. Strategia zadziałała, bo była kompletna. Bo ludzie nie tylko klaskali, ale też inwestowali.
To prawda, trzeba też oddać miastu sprawiedliwość. Zakopane nie ograniczyło się do apeli i ulotek. Powstał cały zestaw zachęt, programy unijne, miejskie, osłonowe, ulgi podatkowe. Marchewka zamiast kija, wylicza autor. I to, o dziwo, zadziałało. Ku zaskoczeniu wielu ta marchewka zadziałała i oby tak dalej. Nad wszystkim czuwają pomiary, czuwa WIOŚ a dane są publiczne i nie zostawiają miejsca na myślenie życzeniowe. Tu się oddycha albo nie - filozofii brak. W tle jest jeszcze kasa z opłaty klimatycznej. Sprawa znana, sądowa, pouczająca. Gdy powietrze było fatalne, problem mógł być ogromny. Teraz, gdy jest lepiej, miasto ma argumenty. Choć w tej kwestii nadal odpowiada nie tylko za siebie, ale i za sąsiadów. Tym bardziej więc poprawa robi wrażenie.
Zakopane przeszło drogę - głosi autor - którą jeszcze niedawno uznawano za nierealną. Z miasta smogowej bezradności stało się przykładem, że technologia, konsekwencja i sensowne zachęty, także finansowe, potrafią zmienić rzeczywistość. Smog nie góruje już nad Giewontem. A to wiadomość najważniejsza nie dla Polski, tylko dla nas.
W tym miejscu spociłem się z wrażenia. Wypełniła mnie wielka radość, nim dopadł mnie mój rozum. Ale kiedy już rozum dogonił emocje, zadałem sobie pytanie: czy to nie jest tak, że prawda jest taka, jaką sobie stworzymy? Są przecież takie prawdy, które trzeba wykopać, podłączyć, opłacić i cierpliwie utrzymać. Ta akurat? Jaka ona jest? Cóż? Być może oddycha się lepiej niż kiedyś, ba, po przeczytaniu tekstu o wielkim sukcesie, uwierzyłem na chwilę, że nasze miasto uwolnione jest już od smogu, ale nie. Szybko przyszło rozczarowanie i weryfikacja. W Boże Narodzenie wyszedłem z moimi bliskimi na spacer pod regle, pogoda był przepiękna a nad nami unosił się taki smog, że można go było kroić. Czyli póki co, niezłomnie prawda jest taka, jaką sobie stworzymy.
No i na koniec postscriptum, umyślnie nie podałem personaliów autora publikacji, do której się odniosłem, żeby nie prowokować dyskusji na szczeblu przypominającym polemikę na temat wyższości chińskich opon nad koreańskimi.
***



