03.02.2026, 08:33 | czytano: 1025

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "O pani Kozie niekończąca się opowieść i historia pewnej recepty"

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "O pani Kozie niekończąca się opowieść i historia pewnej recepty".
Moje Podróże Autobusikiem - O pani Kozie niekończąca się opowieść i historia pewnej recepty
/Fantastico Chico Blanco/
Historia autentyczna, choć sprawia wrażenie narkotycznego zwidfu po czymś trefnym wciągniętym pod Gubałówką. A jednak wydarzyła się naprawdę, choć niektórzy mówią, że bareizm już minął. Historia jak wiele w naszej rzeczywistości.

Nim dobrze zaczął się dzień, rankiem przed pracą nasz bohater wyszedł ze swoim biszkoptowym kundlem na spacer. Pani Koza w szarudze zimowego poranka, próbując być niezauważoną, niczym duch z bajek Disneya spychała na ulicę ze swojej posesji śnieg, który poprószył nocą. Nasz bohater, rozpoznawszy ją z daleka nieśmiało ukłonił się życząc miłego dnia. Ta oczywiście nie dosłyszała. Zacznijmy jednak od początku, żeby zachować chronologię. Gdyby ktoś zapytał naszego bohatera, od czego zaczął się tamten dzień, odpowiedziałby bez wahania, że od gumowego słupka. I owszem. Bo słupek, choć niepozorny i gumowy, był w jego życiu bytem stałym, stał się niemal członkiem rodziny. Wyrwany już wcześniej przez nieznanych sprawców, teraz padł ofiarą małego pługa odśnieżającego chodniki, który z brutalnością godną rzymskich legionów wyrwał go z ziemi razem z resztkami kołków mocujących. Bohater zauważył to mimochodem, wychodząc z biszkoptowym kundlem na poranny spacer. Tym samym psem, który według pani Kozy, razem z inną watahą lokalnych psów miał misję zatruwania jej życia fekaliami.

Śnieg padał nocą cicho, jakby to był jego debiut, jakby to był jego pierwszy raz. Rankiem zaś pani Koza spychała go ze swojej posesji na ulicę ruchem, który przypominał bardziej wypychanie zwłok niż odśnieżanie. Poruszała się w półmroku jak duch z kreskówki, taki, co zmarł, ale jeszcze o tym nie wiedział.

- Dzień dobry - powiedział bohater, uprzejmie i bezbronnie.
- Czego?! - odburknęła zjawa, zamroczona i rozpajedzona spychaniem niechcianego śniegu na ulicę.
- Dzień doby - powtórzył lekko zniecierpliwiony.

To wystarczyło, by w pani Kozie coś pękło. Mechanizm, sprężynka, jakaś nieokreślona resztka bezpiecznika elektrycznego. Odwróciła się gwałtownie, a z jej ust wypadł monolog, który miał w sobie energię megafonu i wdzięk walca drogowego.

- Gdzie pan załatwia tego psa?! Nie sraj mi pan tym psem tutaj! Ja sobie wszystko sprawdzę! Ja przypilnuję!

Groźba zawisła w powietrzu jak sopel gotowy spaść komuś na głowę. I wtedy nasz bohater zorientował się, że pani Koza po raz kolejny w życiu, nie rozpoznała go. A przecież znali się. Sąsiedzko. Nawet nie tak wrogo. To zrozumiałe, było jeszcze ciemnawo, pani Koza niemłoda, to i o pomyłkę nietrudno. Na usprawiedliwienie naszego bohatera trzeba dodać, że zawsze ma przy sobie zestaw pachnących liliami woreczków ekologicznych na odchody swojego biszkoptowego kundla i nie ma zwyczaju ukradkiem zostawiać na cudzych posesjach pozostałości po jego procesie trawienia.

Odszedł więc, bo kultura osobista bywa czasem formą samoobrony. Jednak po kilkunastu krokach obejrzał się i to był błąd. Bo spojrzenie uruchomiło w pani Kozie lawinę myśli, których nie potrafiła już zatrzymać, choć żadnej z nich nie było dane wybrzmieć sensownie. Gdy wracał, spotkał ją ponownie. Tę samą, a jednak jakby inną. Jakby ktoś ją przeprogramował. Okropnie mu było patrzeć na panią Kozę jako na twarz złośliwości sąsiedzkiej, obłędną twarz, z martwym intelektem, co widać było po pustych oczach, które niespecjalnie się wyróżniały odwagą.

- Dzień dobry, pan to chyba nie może spać - zamruczała słodko, aż przesłodzenie łaskotało po zębach i nie była to słodycz słodzona cukrem, tylko jakimś ksylitolem, całkowicie nieprawdziwa.

Nasz bohater spojrzał na nią raz jeszcze i ponownie zobaczył twarz i te oczy... Zrobiło się mu jej żal. Pomyślał. Starość. Nikt nie lubi starości.

- Wstaję wcześnie, bo chodzę do pracy - odparł wreszcie odblokowawszy się.
- A to miłego dnia - powiedziała, jakby wręczała łapówkę komuś, kogo przed chwilą chciała spalić na stosie.

I pewnie byłaby to jedyna osobliwość tego dnia, gdyby nie rozpoczęta i niekończąca się historia pewnej recepty, ale o tym za momencik.

Bo nasz bohater, jak każdy niesuperbohater, jak przystało na zwykłego człowieka, czasem chorował. A jego dolegliwości wykazywały tendencję do regularnego nawrotu w cyklu wieloletnim, jak moda na dzwony. Objawiały się z matematyczną regularnością, zachowując kilkuletni interwał. Na szczęście znał antidotum, robione ręcznie w aptece. Z czasów, gdy farmaceuta jeszcze coś mieszał, a nie tylko klikał. Przypomniał sobie o tym, że na tego typu schorzenie świetnie sprawdza się lek robiony, nie jakiś tam gotowy farmaceutyk. Przeszukał więc domowe archiwa i odnalazł pomarańczowy świstek, relikwię z przeszłości i udał się do lekarza. Zarejestrowawszy się, zostawił święty skład i usłyszał obietnicę, że lek będzie jutro, następnie wrócił do normalnego życia, w którym jutro bardzo często oznacza NIGDY, ale przecież nie u lekarza.

Minął tydzień. Rozpoczął się drugi. Nasz bohater wielokrotnie zerkał z niepokojem do internetowego konta pacjenta. Recepty nie było. Zadzwonił więc do ośrodka zdrowia i pyta czy jego sprawa przypadkiem gdzieś nie umknęła.

- Jest gotowa od tygodnia - oznajmiła rejestratorka. - PAPIEROWA! To lek robiony, lekarz przepisuje go na recepcie papierowej.
- Szkoda, że nikt nie do mnie nie zadzwonił - westchnął do siebie.
PAPIEROWA. Słowo to zabrzmiało bardzo słabo jak na dzisiejsze czasy, mamy przecież dobę cyfryzacji, od lat korzysta z recept elektronicznych i zapomniał już o papierze. Nasz bohater nie rzekł już nic więcej, tylko narzucił kurtkę, wzuł buty i pofatygował się osobiście po papierek. Wziąwszy go z ośrodka zdrowia udał się do apteki, gdzie młoda farmaceutka studiowała zapisy jak mnich rodem z Imienia Róży. Długo rozszyfrowywała zapisy na recepcie. Widać było, że nie miała doświadczenia w czytaniu tego typu bazgrołów. Była z innej epoki, z epoki cyfryzacji. W końcu jednak dobrnęła do sedna i powiedziała.

- Niestety nie używamy już jednego składnika, który jest w składzie leku, proszę udać się do lekarza, żeby zamienił go na inny. W tej formie nie da się zrealizować recepty. - oznajmiła w końcu.

Jezu, pomyślał nasz bohater, będę musiał udać się drugi świat, bo przecież twórca tej recepty od dawna nie żyje, zaś lekarka, która ją obecnie wypisywała, przepisała ją z pomarańczowego świstka załączonego do kiedyś tam zrobionego leku i nie ma zielnego pojęcia jak komponować leki robione. Sięgając absurdu nasz bohater pomyślał o Hawkingu i o kosmitach, i o tym, że jeśli przybędą, to nasz system ochrony zdrowia może być dowodem na to, że inteligentne życie na ziemi jednak nie istnieje. Hawking powiedział kiedyś, że kosmici przybędą po nasze zasoby. Cóż, nie wiem, o jakiej planecie on mówił, bo nie mamy żadnych zasobów, które moglibyśmy im dać! I w tym momencie nasz bohater rzucił w myślach kilkoma niecenzuralnymi słowami.

Ostatecznie zapytał farmaceutkę, czy nie ma czegoś gotowego o podobnym składzie, co mógłby zakupić w ramach tej recepty i zakończyć sprawę. Ta zafrapowała się i spojrzała zza okrągłych okularów na naszego bohatera, jakby miała zamiar wysłać międzygalaktyczne zaproszenie do innych gatunków. Po czym nieugięta odmówiła jakiekolwiek transakcji, informując o konieczności rozmowy z kierownikiem apteki, którego akurat w tym momencie nie było. Ustaliła więc z naszym bohaterem, że skontaktuje się z nim kierownik apteki w celu zajęcia ostatecznego stanowiska w tej kwestii. Po kilku dniach telefon dzwoni: trzeba wykreślić, podwójnie parafować, opieczętować i dopisać procenty. Nasz bohater, odebrał receptę a następnie udał się do ośrodka zdrowia. Jak zwykle przybył w kiepskim momencie, bo w ośrodku zdrowia nie było ani pacjentów, ani lekarza, ale była za to rejestratorka. Zagadał więc z prośbą o korektę recepty. Rejestratorka była nieugięta.

- Jutro od jedenastej lekarz.
- Pracuję - powiedział nasz bohater. - To nie mój problem - odpowiedziała cisza w jej oczach.
- Przecież to nie ja źle przepisałem sobie receptę...
- A co sobie pan myśli, że to ja mam z lekarzem załatwiać? - odpowiedziała niezadowolona, że nasz bohater zakłóca jej spokój.
- A kto? - odparł wściekły nasz bohater. - Przecież to nie ja tu pracuję, tylko pani.

Zapadła cisza. Rejestratorka ze złością wcisnęła receptę do przegródki z nazwiskiem lekarza.

Nasz bohater odczekał cierpliwie dwa dni i zatelefonował do ośrodka zdrowia. Cud, recepta gotowa. W końcu recepta wróciła. Pokreślona. Zmasakrowana. Umarła i zmartwychwstała. Kiedy nasz bohater odbierał poprawioną receptę rozważał prorokując czy na aby na pewno będzie to już koniec sprawy. Udał się ponownie do apteki i podał farmaceutce mocno pokreślony świstek. Ta czyta, analizuje i mówi:

- Niestety, ale nie można zrealizować recepty, bo wprawdzie lekarz wykreślił składnik, którego nie ma i nawet właściwie go parafował, jednakże korygując procentową zwartość roztworu leku, wykreślił jego gramaturę, co ponownie uniemożliwia realizację recepty.

Apteka znów odmówiła a nasz bohater chciał krzyczeć, dusić, pisać manifesty. Zamiast tego powoli oddychał. Kupił osobno jeden dostępny bez recepty składnik i wciekły poszedł jeszcze raz do ośrodka zdrowia. Kiedy wszedł miał zamiar kogoś ukatrupić, ale chłodne spojrzenie rejestratorki ocuciło jego zamiary. Podał jej receptę i wyjaśnił problem. Nie odezwała się. Lekarza naszego bohatera nie było. Poszła więc, tym razem bez zbędnego gadania, do innego. Ten ględząc coś o upierdliwych pacjentach ostatecznie wpisał nową receptę i ta dopiero okazała się dobrą. Działała.

Minęły w sumie ponad dwa tygodnie. Bohater wyszedł z apteki z lekiem w ręku i pomyślał, że gdyby to był lek ratujący życie, pewnie spotkałby w zaświatach twórcę tej receptury i zapytał go grzecznie:

- Po co to wszystko?

W świecie, w którym gumowy słupek ginie pod pługiem, sąsiadka codziennie staje się kimś innym, a recepta wymaga więcej pieczątek niż akt własności ziemi, choroba nie jest problemem.
Problemem jest system, który leczy cierpliwość zamiast pacjenta i zawsze przepisuje tej cierpliwości zbyt mało. Tu raczej nie chodzi o zdrowie. Tu chodzi o to, żebyś się nauczył chorować zgodnie z procedurą.

W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.


***
Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
oburzony04.02.2026, 07:18
widzę, /.../

No właśnie problem w tym, że Pan nie widzi. Polecam uwadze ostatnią linijkę regulaminu na dole strony, tam gdzie pisze Pan komentarze. Moderator.
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl