Przed nowotarskim sądem pracy odbyła się rozprawa, która miała zakończyć trwający od blisko roku proces. Jednak przesłuchania obydwu głównych zainteresowanych zakończyły się zaskakującym zwrotem akcji. I kolejnym odroczeniem.
To nie tylko rozprawa zwolnionego pracownika i jego pracodawcy. W tle pojawiają się bowiem szczegóły dotyczące nieprawidłowości w firmie załatwiającej i wykonującej zlecenia z programu Czyste Powietrze.Czyste Powietrze i podejrzane firmy Dawida Ł.
O firmach Dawida Ł. działających pod wspólnym szyldem mającym ekologię i Podhale w nazwie pisaliśmy już kilka razy. Jej przedstawiciele obiecywali klientom pozyskanie dotacji, ale ich działania budzą wątpliwości. Ludzie podpisywali umowy na wymianę pieca, montaż fotowoltaiki czy ocieplenie domu, a oni mieli w ich imieniu załatwić wszystkie formalności. Gdy zaczęły wychodzić nieprawidłowości, to na klientów spadała odpowiedzialność. Dziś niektórym strach o zwrot dotacji spędza sen z oczu, inni musieli już oddać ponad sto tysięcy, jeszcze inni nie mogą doprosić się na dokończenie rozbabranej inwestycji.
Pensja: 1075 zł brutto = 5 tys. zł na rękę, plus nieotrzymane premie
Jako pierwszy zeznawał Leszek Kowalski, który dla Dawida Ł. pracował od marca 2024 roku. Początkowo jako przedstawiciel handlowy, bez umowy o pracę. Tę podpisał dopiero w sierpniu 2024 roku, gdy zmiana przepisów spowodowała konieczność posiadania przez przedstawiciela umowy z pracodawcą. Tym sposobem Leszek Kowalski dostał umowę na ćwierć etatu z wynagrodzeniem minimalnym opiewającym na... 1075 zł brutto.
Jednak to nie ta kwota miała stanowić rzeczywiste dochody pracownika. Jak przekonywał, szef zaproponował mu 12 tys. zł miesięcznie plus prowizję sięgającą od 3,5 do 6 tys. zł. za każdą umowę.
Szybko okazało się, że zamiast tego otrzymywał 5 tys. zł miesięcznie i to tylko do listopada, a prowizji nie ujrzał wcale. Pensję wynikająca z etatu (1075 zł brutto) dostawał w gotówce lub... blikiem na konto partnerki. To na sugestię, żeby uniknąć zajęcia komorniczego za posiadane długi.
- Godziłem się na to, bo mam dzieci, żona była w ciąży, potrzebowałem dochodów. Zostałem zwolniony dyscyplinarnie po tym, gdy sam zadzwoniłem do Ł z informację, że chcę odejść. Chciałem się porozumieć, widziałem, że źle się dzieje w firmie. Zamiast tego zostałem zwyzywany i obrażony - wspomina Kowalski.
Jak przekonuje, zaczęto mu zarzucać błędy w podpisywanych wcześniej umowach, przywłaszczenie prowizji od klientów.
- To ja znajdowałem błędy w umowach i oszukiwanie klientów przez firmę, ja im pomagałem się z tego wykręcić - przekonywał.
Pojawiła się także sprawa służbowego samochodu, który były pracownik chciał zatrzymać do momentu wypłacenia przez firmę zobowiązań. Szybko Dawid Ł zgłosił sprawę na policje. Auto wróciło do firmy.
Obowiązki? Co szef każe to robię
- Jaki był zakres pańskich obowiązków? - dopytywał sędzia Marek Jugowicz.
Były pracownik przyznał, że tego typu dokumentu nie otrzymał nigdy. Obowiązki miały się sprowadzać do realizacji poleceń szefa, a rzeczywista praca miała trwać zamiast ćwierć etatu - nawet po 12-14 godz. dziennie.
Nigdy też w firmie nie był rejestrowany czas pracy. Jak przekonywał - listy obecności przedstawione przez świadków podczas jednej z poprzednich rozpraw, miały zostać sfałszowane. Na żadnej nie ma też jego podpisu.
Podczas składania zeznań Leszek Kowalski odniósł się do zarzutów stawianych przez jedną ze świadków.
- Ten kontakt miałem od jednego ze sprzedawców, który wyjechał na urlop. Na miejscu okazało się, że dom jest nieocieplony, a balkon nie miał barierek. Widać było, że nie spełnia warunków, by go odebrać. Jednak Ł. powiedział, że nie ma problemu. Zdjęcia zostały przerobione w komputerze, a potem został sfałszowany protokół odbioru. Przyznaję, że opóźnienia w dalszej realizacji wynikały z mojej winy. Bo nie chciałem pchać tej dziewczyny w kłopoty. To było jawne oszustwo, a budynek ma sfałszowane odbiory - podkreślał przed sądem Leszek Kowalski.
Dawid Ł., właściciel kilku firm, ma 32 lata. Przed sądem przekonywał, że wszystkie zarzuty wobec niego są niezgodne z prawdą. Jako powód zwolnienia dyscyplinarnego podał niestawianie się powoda do pracy bez usprawiedliwienia. Samo rozstanie miało się odbyć podczas rozmowy telefonicznej pod koniec stycznia.
- W trakcie rozmowy telefonicznej pan go zwolnił? - zdziwił się sędzia.
- Kazałem mu stawić się w najbliższym dniu do biura po dyscyplinarkę. Nie pojawił się - podkreślił Dawid Ł.
Jak zauważył sędzia - pismo z wypowiedzeniem Leszek Kowalski otrzymał pocztą dopiero 6 marca.
Były pracownik tymczasem przekonywał, że świadectwa pracy w ogóle nie otrzymał.
Za co? On dobrze wie za co
Sędzia zwrócił też uwagę, że na otrzymanym zwolnieniu nie ma żadnego uzasadnienia. Pytany o to Dawid Ł. przekonywał, że zarzutów było dużo, a zwalniany dobrze wiedział, dlaczego dostaje dyscyplinarkę.
- Nie napisałem tego, każdy chce być człowiekiem... - przekonywał. - Musiałbym zapisać ze trzy kartki na to wszystko. Przywłaszczenie samochodu służbowego, brak współpracy z biurem, fałszowanie dokumentacji...
- To przestępstwo. Zawiadomił pan organa ścigania? - przerwał sędzia.
- Nie wykluczam - odparł Ł.
- Rok minął!
- Zbieram dowody. Było też przywłaszczanie zaliczek
- W jakim okresie? Ile?
- Wyszło jak w styczniu rozliczaliśmy 2024 rok - odpowiedział pozwany nie podając jednak konkretnej kwoty.
A te pieniądze to skąd?
Łukasz Ambroży, obrońca Leszka Kowalskiego przepytując pozwanego zwrócił uwagę na niejasny sposób wypłacania wynagrodzeń. W marcu 2024 roku Leszek Kowalski miał otrzymać 20 tys. zł. zaliczki. Jak potwierdził Dawid Ł, pieniądze pochodziły z konta spółki, jednak nie potrafił on wskazać jakiegokolwiek śladu ich zaksięgowania. Mecenas dopytywał też o to, jak rozliczane były wynagrodzenia z czasu przed sierpniowym podpisaniem umowy o pracę. Wówczas miały obowiązywać rozliczenia fakturami między firmami, tyle, że Leszek Kowalski wówczas firmy... nie miał.
Dalsze dociekania w tej sprawie przerwał sędzia zauważając, że sprawa nie dotyczy prawa pracy, więc nie może być rozpatrywana podczas rozprawy.
Dowód z zaskoczenia
Na koniec mecenas przedłożył jeszcze jeden dowód w sprawie - screeny rozmów powoda z pozwanym oraz pracownikami spółki jakie odbyły się między majem 2024 a styczniem 2025.
- To wydruki rozmów na tematy służbowe. One potwierdzają, że praca była świadczona od marca do stycznia - stale i bez przerw. To dowód na bezzasadność rozwiązania umowy o pracę i weryfikacja prawdziwości zeznań pozwanego i świadków - podsumował mec. Ambroży wręczając plik wydrukowanych kartek sądowi oraz adwokatce Dawida Ł.
Sędzia Jugowicz dopytywał, dlaczego dowód w sprawie dostarczany jest dopiero teraz a nie na początku procesu. Z tego też powodu obrończyni domagała się odrzucenia tego materiału.
Mec. Ambroży jednak wyjaśnił, że to dzisiejsze przesłuchania wskazały taką potrzebę, a szczególnie zeznania pozwanego, którym mają przeczyć zapisy wcześniejszych rozmów prowadzonych za pośrednictwem w internetowych komunikatorów.
W związku z nowymi dowodami sąd odroczył rozprawę nie podając jeszcze konkretnego terminu.
Józef Figura
Czytaj więcej: " Musiał sprzedać działkę, żeby oddać pieniądze z Czystego Powietrza. Czy za sprawą rządowego programu dotacji na Podhalu odbywał się wielki przekręt?"




Później petenci, którym powinni pomóc z czystym powietrzem w urzędzie nie pomagają nic tylko odsyłają do swoich firmy.
To jest patologia!