NOWY TARG. Fałszywy alarm o podłożeniu ładunku wybuchowego w Szkole Podstawowej nr 4 na Niwie wywołał duże zamieszanie. Ze strony rodziców pojawiły się zarzuty, dlaczego - pomimo zagrożenia - dyrektor przetrzymywał dzieci w szatni, zamiast je ewakuować. Szkoła jest rozczarowana działaniami nowotarskiej policji - dopiero godzinę po zgłoszeniu na miejsce przyjechał patrol, nie było żadnego wsparcia ze strony funkcjonariuszy - szkoła została zostawiona sama sobie. Policja uważa, że nie było powodów do niepokoju. Ale w tym wszystkim coś jednak zaszwankowało.
Już po całej akcji na artykułem na Podhale24.pl informującym o alarmie pojawiły się pierwsze reakcje ze strony rodziców i nie były one pozytywne. Rodzice mieli pretensje, że dyrektor zamiast ewakuować uczniów, trzymał wszystkich w szatni "czekając nie wiadomo na co". - Zarówno policja jak i dyrektor dał **** policja za 1x olała sprawę (...) A co gdyby coś znaleźli i było za późno ???? Nie czuje się spokojna puszczając dziecko do szkoły - pisała jedna z matek. - Dyrektor szkoły zachował się całkowicie nieodpowiedzialnie. Wiedział o potencjalnym zagrożeniu przed rozpoczęciem szkoły i nie dość, że nie podał informacji rodzicom to wpuścił dzieci do budynku!!!! Nieważne czy żart czy nie. A gdyby to nie był żart?! Świetny pomysł. Zagrożenie bombowe, zejdźmy do piwnicy jak będzie bum to nas tylko zasypią gruzy. Odwołać go ze stanowiska - pisał drugi. I kolejny: - Droga Dyrekcjo Zakopiańskie szkoły potrafiły odwołać lekcje i zrobić to jak trzeba! Zapewniły realne bezpieczeństwo dzieciom a Wy tylko myśleliście, że zapewniacie im bezpieczeństwo!! (...) Służbom zajęło godzinę dotarcie na miejsce i wymagało to kilku kolejnych telefonów ze strony Pana Dyrektora.
6,45. Sekretariat szkoły. Temat wiadomości: "Wybuch gazem"
Dyrektor szkoły Paweł Zych opowiada, że tego dnia był pracy o godz. 6 rano. O godz. 6.45 na szkolną skrzynkę pocztową przyszedł e-mail o podłożeniu w szkole ładunków wybuchowych. Temat wiadomości brzmiał: "Wybuch gazem", a w treści była informacja, że w szafkach czterech sal lekcyjnych umieszczono urządzenia odpalające lont i materiały detonujące gaz musztardowy. "Jeżeli powiadomicie służby wszyscy zginą" - napisał anonimowy nadawca. Detonacja, według zgłoszenia, miała nastąpić o godz. 11.00.
Trzy minuty później, o godz. 6.48, dyrektor wykonał pierwszy telefon na komendę policji w Nowym Targu z informacją o otrzymanym e-mailu i pytaniem: co robić. W odpowiedzi usłyszał zapewnienie, że zaraz wyślą kogoś na miejsce. W międzyczasie dyrektor wspólnie z pracownikami szkoły sprawdzili wszystkie sale lekcyjne. Wszystkie sale były zamknięte na klucz, zamknięte były też wszystkie szafki. Po ich otwarciu w środku nie znaleziono żadnych podejrzanych ładunków. Przejrzano również kamery monitoringu - ani poprzedniego dnia po południu, ani w nocy nikt nie wchodził do szkoły. Nie uruchomił się żaden alarm. O godz. 7.30 dyrektor ponownie zadzwonił na policję i kolejny raz otrzymał zapewnienie, że policja wie o zgłoszeniu i zaraz kogoś wyśle. Ale nikt nie przyjeżdżał.
W szkole na Niwie, jak w innych szkołach, lekcje zaczynają się o godz. 8. Ale panuje tu zasada, że do godz. 7.50 wszyscy uczniowie pozostają w szatniach. Dopiero 10 minut przez rozpoczęciem lekcji opuszczają szatnie i udają na korytarze poszczególnych pięter, a następnie są wpuszczani do klas w obecności nauczycieli. To nie są jednak zwykłe szatnie - są tu ubikacje, dzieci mają przestrzeń do zabawy, jest sala do gier, nie są pozostawione samopas - pozostają też pod opieką dorosłych. Jednak o godz. 7.50 dyrektor podjął decyzję, że dzieci pozostaną w szatni i nie udadzą się na lekcje. - Sprawdziłem wszystko i oceniłem, że ewakuacja nie jest konieczna. System kamer, kart wejściowych, alarm - nie było możliwości podłożenia w szkole żadnego ładunku. W tej sytuacji nie było sensu ewakuować dzieci ze szkoły. Uznałem, że nie było żadnego zagrożenia i zdecydowałem, żeby dzieci pozostały w szatni do czasu przyjazdu służb. Po opieką dorosłych, spęczając czas na grach i rozmowach, były w szatni do około godz. 8.15, czyli 25 minut dłużej niż zwykle - wyjaśnia Paweł Zych.
O godz. 7.48 dyrektor zadzwonił na służby po raz trzeci - tym razem na numer 112. Kilka minut później na miejsce przyjechała policja w nieoznaczonym samochodzie oraz strażacy. Od razu policjanci przystąpili do czynności wyjaśniających i przesłuchania. I już na samym wstępie policja oświadczyła, że jest to informacja kaskadowa i dotarła też jeszcze do kilku placówek. Natomiast zespół strażaków podjął czynności sprawdzające obiektu zaczynając od sal lekcyjnych. - Po sprawdzeniu wszystkich klas, około godz. 8.15 otrzymałem informację, że obiekt jest bezpieczny i dopuszczony do zajęć. Wtedy dzieci udały się na lekcje. Uważam, że postąpiłem prawidłowo i zgodnie z procedurami. Nie było jakiegokolwiek zagrożenia dla uczniów żadnym momencie, ani nie zostali narażeni na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Tym bardziej, że znam bardzo dobrze obiekt, wiem gdzie może pojawić się zagrożenie, ponadto pracownicy obsługi i administracji są przeszkoleni w zakresie, co i jak muszą kontrolować i sprawdzać w ramach swoich prac porządkowych każdego dnia, aby bezpieczeństwo szkoły było na wysokim poziomie - zapewnia Paweł Zych.
- Niewłaściwa reakcja niektórych rodziców mogła wynikać z niepełnej znajomości treści korespondencji mailowej, a także z braku świadomości w zakresie organizacji pracy szkoły, obowiązujących w placówce procedur oraz funkcjonujących systemów zabezpieczeń infrastrukturalnych. Pragnę podkreślić, iż zarówno ja, jak i grono pedagogiczne oraz pracownicy administracji i obsługi, jesteśmy bezwzględnie zobligowani do traktowania kwestii bezpieczeństwa jako wartości nadrzędnej i niepodlegającej kompromisom. Ochrona zdrowia oraz życia wszystkich osób przebywających na terenie szkoły - a nade wszystko uczniów - stanowi dla nas priorytet o charakterze fundamentalnym - oświadcza dyrektor szkoły.
Nikt się specjalnie nie spieszył
A to trwa. Poza tym policja szybko uznała, że zagrożenie jest niskie. Więc nikt się specjalnie nie spieszył. - W tej sprawie uzyskano informację z Centralnego Biura Śledczego Policji, że na terenie kraju mogą występować zgłoszenia o charakterze kaskadowym. Przekazy te zostały wstępnie zakwalifikowane jako informacje o bardzo niskim stopniu wiarygodności - przekonuje asp. szt. Łukasz Burek.
Problem w tym, że szkoły o tym nie poinformowano. Nikt nie przyjechał i nie przekazał żadnych informacji. Zabrakło komunikacji i decyzji, co kto ma w tej sytuacji robić. Dyrektor, nie mogąc doczekać się przyjazdu policjantów, na własną rękę sprawdził szkołę, choć to zadanie policji. Rodzice są zdania, że policja "olała" temat i nie zachowała się w tej sprawie jak należy. Na miejscu przez godzinę nie pojawił się żaden patrol, nikt nie powiedział dyrektorowi, że to "fake news", a skoro - jak przekonuje rzecznik - to była wiadomość o niskiej wiarygodności, to po co przez godzinę kompletowali odpowiedni zespół?
Rzecznik nowotarskiej policji zapewnia mimo to, że każdorazowo tego typu sygnały traktowane są z należytą powagą, a podejmowane działania mają na celu zapewnienie bezpieczeństwa osób przebywających w obiekcie oraz rzetelne zweryfikowanie otrzymanych informacji.
Od redakcji:
Z punktu widzenia operacyjnego działanie policji było racjonalne. Ale gdy pojawia się informacja bombie w szkole, w grę wchodzą emocje. Chodzi w końcu o bezpieczeństwo dzieci. A godzina oczekiwania na reakcję policji przy zagrożeniu bombowym jest odbierana jako opóźnienie. Być może należałoby wysyłać szybki patrol prewencyjny jako element uspokajający. Obecność policjantów, strażaków pozwoliłaby z pewnością podjąć na miejscu najlepsze decyzji m.in. w sprawie ewakuacji. Wszyscy byliby spokojniejsi, również rodzice, wiedząc, że ci, którzy odpowiadają na nasze bezpieczeństwo, są na miejscu. Dyrektor może czuć się źle z tym, że został zostawiony sam z tym problemem. Podjął najlepszą, w jego ocenie, decyzję. Czy powinien ewakuować uczniów, jak chciała tego część rodziców? Miejmy nadzieję, że ta sytuacja uruchomi dyskusję, która pozwoli wypracować procedury i zasady postępowania, aby w przyszłości nie dochodziło do takich nerwowych sytuacji.
Robert Miśkowiec




