24.03.2026, 07:53 | czytano: 842

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Dwie żony i jedna para kajdanek"

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Dwie żony i jedna para kajdanek".
Crime story _ Dwie żony i jedna para kajdanek
(Fantástico Chico Blanco)
W języku hiszpańskim słowo esposas oznacza jednocześnie kajdanki i żony. Język, jak wiadomo, rzadko kłamie, on zazwyczaj ostrzega, cedząc nam prosto w twarz. To nie metafora, to instrukcja obsługi, którą bohater tej historii przeczytał po łebkach, o ile ją w ogóle czytał, by natychmiast przystąpić do montażu bez patrzenia na rysunek techniczny. Był człowiekiem ambitnym, choć intelektualnie raczej nieśpiesznym, więc nieopatrznie postanowił przetestować oba znaczenia naraz. Najpierw sprawił sobie dwie żony, a potem z czystej, logicznej konsekwencji kajdanki. Te drugie przyszły z lekkim opóźnieniem, jakby listem poleconym z urzędu, w czasach, gdy poczta jeszcze udawała, że działa.

Mówiono o nim: "jeden z największych talentów pokolenia". Tak pisano. Tak powtarzał on sam, zwłaszcza po trzecim drinku, gdy świat stawał się bardziej miękki. Na początku był więc talent. Talent był nim, a on był talentem. Talent leżał na łóżku, stał w drzwiach, siedział na walizce i pachniał żelem do włosów, sportową wodą kolońską oraz nadzieją, że to dopiero początek. Jako wyrostek objechał pół Europy: Czechy, Szwecja, Norwegia, Niemcy, Rosja, cuchnąca torba hokejowa i ego większe niż tafla lodowiska. W juniorach wicemistrz Europy, w seniorach, zaledwie wicemistrz szatni, statysta z przerośniętymi ambicjami. Sześć meczów w pierwszej lidze. Sześć! Liczba skromna, niemal ascetyczna; żeby chociaż trzy szóstki, byłoby tak po diabelsku... Reszta kariery rozegrała się już poza lodem, gdzie nie obowiązywały zmiany, spalone ani nużąca monogamia. Hokej potraktował jak przedpokój do czegoś wielkiego, choć do dzisiaj nikt nie wie, dokąd prowadziły te drzwi z tego przedpokoju.

Ze zdjęć patrzy na nas młodzieniec o spojrzeniu, które mówi: "ja wiem najlepiej, a wy mi skoczcie". Opalona twarz, włosy rozjaśnione balejażem tak agresywnym, że same chyba zapomniały, skąd wyrastają, kolczyk w uchu, nie ozdoba, lecz ponura przepowiednia. Raperzy mogliby o nim rymować ballady, gdyby wiedzieli, jaki będzie finał jego taniej tragedii. Tak tragedii. Na innej fotografii pozuje z Turczynką. Piękna w sposób męczący, wręcz ofensywny. Piękna tak, że los od razu zaczął ostrzyć na nich zęby. Fotogeniczna, z potencjałem na trzy sezony telenoweli erotycznej i dziesiątki retrospekcji w sepii. Pozują ze złączonymi dłońmi, jakby bali się, że bez fizycznego kontaktu służby celne ich rozdzielą albo po prostu wyparują. Jest grudzień. Miłość świeża, a lodowisko tak diabelnie śliskie jak późniejsze działania młodzieńca. Półtora roku później ślub. Trzy lata później, medialny jazgot, pranie brudów, festiwal oskarżeń i klasyczne: "zostałam oszukana". Z polską żoną zdjęć nie ma. Może i słusznie. Nie każda katastrofa zasługuje na dokumentację.

Krążyła o nim pewna hotelowa anegdota. Zawsze musi być anegdota, bo ona jest nagrobkiem dla ambicji. Boy hotelowy wchodzi do pokoju, widzi hałdy pustych butelek, a potem jego, rozłożonego jak plan inwazji mocarstwa na słabszego sąsiada, w łóżku z kobietą o urodzie tak doskonałej, że aż bolały zęby. Miss czegoś tam. Albo i nie. Może to tylko droga ekskluzywna dziewczyna do wynajęcia z górnej półki? Kto to dziś sprawdzi w tym śmietniku historii? Boy zapytał szeptem, niczym wykwalifikowany terapeuta:

- Panie szanowny..., kiedy to się wszystko tak konkretnie spieprzyło?

Pytanie powracało jak bumerang albo jak echo w pustym lodowisku po meczu, o którym wszyscy chcieli zapomnieć. Na lodzie był technicznie znakomity. Strzał miał taki, że krążek lądował w siatce, zanim bramkarz zdążył pomyśleć. Niby nie był sprinterem, ale od odpowiedzialności uciekał szybciej niż od obrońców. Mimo to nigdzie nie zagrzał miejsca. Czechy, Polska, Szwecja. Wszędzie było tak "prawie". A "prawie" to najbardziej okrutne słowo świata, nie tylko w sporcie i małżeństwie, we wszystkim, jest nawet gorsze niż "nigdy".

W końcu przestał bywać na treningach. Wysyłał zwolnienia. Diagnoza: rozwalona wątroba. Koledzy drwili, że papier był lewy, ale choroba, niestety miała charakter chroniczny i spirytusowy. Brzuch urósł mu tak, jakby piwo było jego jedynym trenerem personalnym. Klub zerwał z nim kontrakt. Bomba tykała. A potem wybiło szambo bigamii. Jak zły sen, tyle że z urzędowym stemplem. Najpierw ślub z Turczynką. Wizyta u rodziców. Jego matka, katoliczka tak żarliwa, że na jej widok święci z obrazków chowali się po kątach. Synowa - muzułmanka. Ekumeniczny zawał, zderzenie dwóch monopoli na zbawienie. Konflikt był wpisany w kontrakt ślubny. Turczynka spękała i uciekła szybciej niż zdążyła zapamiętać, gdzie w tym domu trzyma się szczotkę do podłogi. On pisał płomienne SMS-y. Kochał ją miłością wielką, szczególnie wtedy, gdy potrzebował kilkudziesięciu tysięcy euro na "coś tam" i bilet do niej do Stambułu. Miłość płatna z góry. A potem samobój w doliczonym czasie gry. Globalizacja uczuć w najgorszym wydaniu. Drugi ślub i scenariuszowy zawał, na który stać tylko życie albo wyjątkowo taniego grafomana. I wreszcie finałowa wiadomość tekstowa do Turczynki: C'est la vie, au revoir! Adieu! Lakonicznie, jak powiadomienie o zmianie taryfy u operatora. Potem, po jakimś czasie jak już nieco ochłonął bełkotał, że musiał. Bo ciąża. Bo życie. Bo pech. Jednakże Polska żona, z rocznym dzieckiem na rękach, dowiedziawszy się o tureckiej poprzedniczce, zjeżyła się na tyle skutecznie, by zakończyć ten cyrk.
O dziwo, polski wymiar sprawiedliwości mrugnął do niego okiem. Może sędzia był człowiekiem starej daty, wyznającym zasadę, że męskie skoki w bok to tylko sportowa rekreacja, póki nie dotyczą jego własnej córki lub żony. Wyrok w zawieszeniu, grzywna symboliczna, kilka godzin grabienia liści. Bigamia potraktowana jak złe parkowanie. Niedouczony lub leniwy urzędnik w USC zorientował się z opóźnieniem, że pan młody robi to po raz drugi, o jeden ołtarz za późno. Prokurator z sarkazmem pytał retorycznie: "Na co on liczył?". Odpowiedź wprawdzie nie padła, ale wiadomo, że liczył na cud, a cud, jak to cud, miał go w dupie.

Potem zniknął. Jak źle odbity krążek. Plotki niosły, że w RPA. I rzeczywiście była to Afryka. Jedyny klub hokejowy z nosorożcem w herbie. Brzmi jak żart, ale życie nie ma litości dla satyryków. Wytrzymał tam kilka miesięcy. Jak zawsze. Dziś już nie gra. Wiek nieubłagany, talent przetrwoniony, zawodu brak. W Afryce coś tam robi, z czegoś żyje. Może szuka trzeciej żony? Może trzeciej definicji słowa esposas?

Koledzy wspominają go nieźle. Dobry chłopak, mówią. Pomocny. Tylko myślał za wolno, a żył za szybko. Talent był z niego zajebisty, ale zabrakło mu głowy. Albo odwagi, by w porę zejść z lodu, zanim ten zaczął pod nim pękać. Rzeczywistość zawsze jest bardziej obsceniczna niż literatura. Bajki kończą się dobrze tylko dlatego, że autor w odpowiednim momencie rzuca pióro. A największy nokaut rzadko zadaje nam przeciwnik. Zazwyczaj fundujemy go sobie sami, z szerokim uśmiechem i pełnym przekonaniem, że tym razem grawitacja nas nie dotyczy. Bo jeśli esposas to żony i kajdanki, to wybór jest prosty: lepiej założyć kask, zanim uderzy się łbem w kant życia. A kajdanki? Są cierpliwe. One zawsze przychodzą na samym końcu.

***

W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl