07.04.2026, 08:39 | czytano: 879

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Rodzinny obiad, czyli szybki kurs mykologii stosowanej"

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Rodzinny obiad, czyli szybki kurs mykologii stosowanej".
Crime story _ Rodzinny obiad, czyli szybki kurs mykologii stosowanej
(Fantástico Chico Blanco)
Na wszelki wypadek zaznaczmy, że wszyscy bohaterowie są wymyśleni. Jeśli jednak ktoś poczuje do nich podobieństwo, to najpewniej dlatego, że sam również jada grzyby.

Czorsztyn był miejscem, w którym największą sensację wzbudzała krzywo zaparkowana słowacka skoda albo ksiądz rektor mylący kartki w kazaniu. Ludzie znali się tu od chrzcin po stypę, a jeśli nawet nie, to i tak wiedzieli o sobie wszystko. Dlatego gdy krajowe media zaczęły rozpisywać się o "śmiertelnym obiedzie w sercu Podhala", mieszkańcy poczuli się nieco dotknięci. Nie samą tragedią, lecz rozgłosem. Bo tragedia stała się już faktem i prawdę mówiąc całkiem nieźle, że się wydarzyła; przynajmniej wreszcie coś zaczęło się dziać.

Hanka Roj, kobieta około pięćdziesiątki i matka siedmiorga dzieci, o spojrzeniu wiecznie przepraszającym za samo istnienie, zaprosiła rodzinę na obiad. Niby nic nadzwyczajnego. Rodzinne zjazdy w tej okolicy bywały śmiertelnie nudne, ale rzadko śmiertelne dosłownie. A Hanka miała pasję. Grzyby, grzyby i jeszcze raz grzyby. Jednak nie wiadomo, czy chodziło o samo ich zbieranie, czy o specyficzną kontrolę nad życiem i śmiercią. I nie był to bynajmniej lęk przed mrocznym cieniem kostuchy ani panika przed przemijaniem, bo śmierci to ona akurat się nie bała.

Zaczęło się niewinnie. Spacer, koszyk i zdjęcie na Facebooka. Potem przyszły grupy mykologiczne, dehydrator, proszki i słoiczki. Grzyby lądowały wszędzie: w sosach, w pierogach, w cieście, a ponoć nawet w kompocie. Hanka twierdziła, że podkreślają smak. Jakby życie samo w sobie było zbyt jałowe.

W dniu okrytego później złą sławą obiadu zaprosiła byłych teściów, siostrę i księdza rektora. Nie proboszcza, bo ten przecież zarządzał tylko rektoratem, a nie parafią, ale był traktowany jakby proboszczem był. Był to człowiek postury tak potężnej, że wyglądał, jakby mógł wyspowiadać sporego diabła samą siłą własnych bicepsów. Były mąż nie przyszedł. Dał znać, że czuje się nieswojo. To przeczucie, jak się później okazało, nie tylko uratowało mu życie, ale i dało dożywotnie prawo do przewodzenia lokalnej giełdzie plotek oraz festiwalom jadowitych domysłów.

Danie było ambitne. Beef wellington. Wołowina, ciasto, grzyby. Elegancja, klasa i zachodni świat. Hanka krzątała się jak kapłanka przed rytuałem, uśmiechała się nerwowo i pilnowała porcji, szczególnie swojej, wyjątkowo skromnej.

Pierwsze objawy przyszły nocą. Wymioty, biegunka, skurcze. Klasyka. Rano wszyscy trafili do szpitala, a potem do specjalistów w Krakowie. Lekarze, patrząc na wyniki, przybrali miny ludzi, którzy wiedzą już, że czeka ich bardzo długi dzień i przekazanie bardzo złych wieści. Muchomor sromotnikowy. Grzyb, który udaje niewinnego, a działa jak anioł śmierci: precyzyjnie, bez emocji i z wyrachowanym opóźnieniem. Teściowie, jak to teściowie, zmarli szybko, bo zjedli całkiem sporo. Siostra odeszła dzień później, bo akurat się odchudzała. Pleban walczył tygodniami. Przegrał zdrowie, ale wygrał życie, co w tym kontekście było sukcesem połowicznym, lecz najwyraźniej Opatrzność czuwała nad nim jakoś tak po znajomości.

Hanka niby też zgłosiła się do szpitala. Nawet kilka razy. Za każdym razem jednak szybko wychodziła, jakby chciała zakomunikować światu: "widzicie, ja też cierpię, ale bez tej nieprzyjemnej hospitalizacji". W międzyczasie wyrzuciła dehydrator na wysypisko. Ot, wiosenne porządki. Cóż, świeżo zamontowany sąsiedzki monitoring miał na ten temat inne zdanie.
Śledztwo prowadził młody podkomisarz, świeżo po rozwodzie i szkole oficerskiej. Niemal idealny. Wtedy wierzył jeszcze, że prawda ma sens. Hanka zmieniała wersje szybciej niż przyprawy w kuchni. Grzyby wpierw były z targu, potem ze sklepu, z lasu, a w końcu niemal z kosmosu. Telefon zresetowała, dane zniknęły, ale las pamiętał i na szczęście zarejestrowany przez kamerę dehydrator też.

Proces był spektaklem. Hanka grała rolę ofiary losu, los zaś grał rolę kata, a sąd księgowego sumień. Obrońca mówił o nieszczęśliwym wypadku, zaś prokurator, mały łysiejący i niezbyt uroczo jąkający się człowieczek z niskim poczuciem własnej wartości o precyzyjnie wyliczonym planie. Fakty były jednak nieprzejednane. Goście zjedli to, co ich zabiło, dzieci nie zjadły nic, a Hanka prawie nic.

Wyrok zapadł szybko. Dożywotnie pozbawienie wolności. Bez nadziei na skróty. Sędzia wspomniał o całkowitym braku skruchy, co brzmiało jak epitafium dla tej historii. Czy to było morderstwo? Czy eksperyment kulinarny, który wymknął się spod kontroli? Czy można zabić, nigdy nie nazywając tego wprost?

Czorsztyn wrócił do swojej nudnej ciszy. Festyny znów stały się jałowe i przewidywalne. Koło Gospodyń Wiejskich zmieniło zasady przygotowywania potraw na publiczne eventy, grzyby zbierano z niemal religijną ostrożnością, a rodzinne obiady stały się znacznie skromniejsze. Wnioski krążyły między ludźmi szeptem. Nie każda pasja jest niewinna. Nie każdy posiłek jest tylko obiadem. A największą trucizną bywa przekonanie, że wszystko mamy pod kontrolą.

P.S. Ostrożnego smacznego!

***

W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl