02.06.2026, 07:56 | czytano: 555

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Przystanek końcowy, Linia DONIKĄD"

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Przystanek końcowy, Linia DONIKĄD".
Nokaut_ Przystanek końcowy, Linia DONIKĄD
/Fantastico Chico Blanco/
Zobaczyłam ją na zardzewiałym przystanku PKS, gdzie czas umierał powoli. Należała do kobiet, na które nawet na przystankach autobusowych spogląda się tylko do chwili, dopóki one nie odwzajemnią spojrzenia. Gdy po latach podniosła na mnie wzrok, poczułem się jak nagi petent w urzędzie skarbowym. Jej oczy nie flirtowały. One przeprowadzały natychmiastową, bezlitosną rewizję osobistą mojego sumienia. Wyciągały na wierzch każdą moją podłość, każdą tchórzliwą decyzję i fakt, że udaję człowieka sukcesu, choć w rzeczywistości boję się własnego cienia. Stała wyprostowana, dumna, uformowana przez cierpienie, którego nie potrafiłem nawet pojąć. Wyglądała jak pomnik moich własnych kapitulacji, ubrany w niemodny już chyba granatowy trencz.

- Nadal żyjesz tak, jakbyś przepraszał? - zapytała, a jej głos miał zamszową fakturę prawdy.

Chciałem skłamać. Chciałem opowiedzieć jej o moim domu na kredyt, nowym samochodzie w leasingu i o awansie, który wydreptałem po trupach moich kolegów. Jednak pod jej naciskiem moje usta potrafiły jedynie bezradnie łapać powietrze niczym ryba wyrzucona na brzeg. Stałem tak, milcząc, całkowicie obnażony przez kobietę, która jednym spojrzeniem potrafiła zredukować całe moje dorosłe życie do żałosnego żartu.

- Ja... - wykrztusiłem, próbując ułożyć twarz w grymas kogoś, kto kontroluje sytuację. - Ja po prostu optymalizuję swoją przestrzeń życiową. Stanie prosto obciąża kręgosłup. - próbowałem ironizować.

Zamiast odpowiedzi jej prawe oko delikatnie się rozszerzyło, a z jego kącika zamiast łzy wysunęła się mała, idealnie uformowana czarna macka. Chwyciła w powietrzu przelatującą muchę i schowała się z powrotem pod powiekę. Chryste! Przynajmniej tak to widziałem! I nawet nie mrugnęła! I albo ze mną jest coś nie tak, albo działo się tu coś tu na prawdę dziwnego. Jej duma i cierpienie najwyraźniej zyskały swoistą anatomię.

W tym momencie z gęstej porannej mgły, przypominającej zawiesinę z lakieru do włosów, wyłonił się autobus. Był to stary, rdzawy Jelcz, ale zamiast kół wydawał się mieć setki ludzkich nóg w rozdeptanych butach, które rytmicznie, z mlaskaniem, człapały po asfalcie. Na przedniej szybie, w miejscu tabliczki z kierunkiem jazdy, widniał odręczny napis: DONIKĄD. Pojazd zatrzymał się z głębokim, pneumatycznym westchnieniem, które pachniało starymi szafami. Słowo "zapach" byłoby tu jednak ordynarnym eufemizmem, wokół maszyny zionęło stęchłym fetorem. Drzwi otworzyły się, o ironio, harmonijkowo, miażdżąc palce u nóg pasażera wystającego ze środka. Nawet nie kwiknął z bólu. Wewnątrz tłoczyli się ludzie, których twarze zdawały się zupełnie anonimowe i zamazane, jakby pozbawione tożsamości. W dłoniach ściskali jedynie papierowe rolki biletowe.

-Twój przyjechał - powiedziała, a jej wzrok jakby przyszpilił mnie do betonowej płyty przystanku. - Wsiadaj. Kierowca nie wydaje reszty z niespełnionych obietnic.

O co jej, kurna, chodzi? Ogarnięty paniczną bezradnością, zamiast uciekać, zacząłem gorączkowo przeszukiwać kieszenie w celu znalezienia jakichś drobnych na bilet. Zamiast pieniędzy wyciągałem z nich dowody osobiste obcych mi ludzi, klucze do mieszkań, w których nigdy nie mieszkałem, oraz garść własnych zębów mądrości, które najpewniej wypadły mi z wrażenia. Wepchnąłem się do autobusu, czując, jak podłoga pod moimi stopami pulsuje. Spojrzałem przez brudną szybę. Ona wciąż tam stała, niezłomna, patrząca na mnie z góry, podczas gdy autobus-stonoga ruszał z kopyta, a raczej z kilkuset kopyt, niosąc mnie ku ostatecznej, surrealistycznej kompromitacji. Najlepsze było to, że kierowcą okazał się mój zmarły piętnaście lat temu instruktor nauki jazdy, pan Runiewicz. Miał na sobie dwie gumowe rękawice sięgające do ramion, podobne do kaloszy wędkarskich a z jego uszu delikatnie sączył się gęsty, czarny, przechodzony olej silnikowy. Patrzył przed siebie szklanymi oczami wypchanego drapieżnika i rytmicznie naciskał pedał gazu, zmuszając setki ludzkich nóg pod podłogą raz do szaleńczego galopu, to znów do zwalniania.

- Bilecik do kontroli, panie kochany - wycharczał bezruchem warg, choć przecież nikogo nie kontrolował. - Albo jedziemy, albo wysiadka przez przednią szybę.

Zrozumiałem, że muszę skasować bilet. Zakręciło mi się w żołądku. Czułem, że zaraz będę miał sraczkę. Okazało się jednak, że w tym pojeździe tradycyjny papierowy kartonik nie miał żadnej wartości. Pod ścianą wisiał żeliwny, staroświecki kasownik z wielkimi, rdzawymi zębami. Nad nim widniała instrukcja: "Skasuj poczucie winy. Za brak aktualnego wstydu mandat w wysokości dożywotniego optymizmu". Wyciągnąłem z portfela moją najgłębszą, skrzętnie ukrywaną kompromitację z czasów szkoły średniej, moment, w którym udawałem, że nie znam własnego ojca, bo przyszedł po mnie do szkoły w obciachowej, dzierganej na drutach brązowej baretce. Wepchnąłem to wspomnienie w tryby kasownika. Urządzenie chrupnęło z obrzydzeniem, a na moim nadgarstku pojawił się fioletowy tatuaż z napisem: "Zniżka dla tchórzy i moralnych bankrutów".

Wtedy z tyłu autobusu rozległ się metaliczny dźwięk rozrywanej blachy. Tłum z zamazanymi twarzami natychmiast rozstąpił się z pełnym trwogi sykiem. To była ona. Jakim cudem? Przenikła przez ścianę z blachy i ortalionu, jakby fizyka była dla niej jedynie sugestią. Na głowie miała wielką konduktorską czapkę obleczoną własną skórą (która została jej po odchudzaniu), wyglądającą tak, jakby wyrosła bezpośrednio z jej czaszki. W dłoni trzymała monstrualny kasownik przypominający chirurgiczne nożyce do cięcia kości. Podeszła do mnie. I znowu ja. Jej wzrok ponownie przewiercił mnie na wylot, niszcząc resztki mojej i tak już nędznej pewności siebie. Zasadniczo nie miałem jej już od dawna. Spojrzała na mój fioletowy tatuaż, po czym chwyciła mnie za palec wskazujący lewej dłoni.

- Bilet skasowany, ale brak dopłaty za bagaż. Bagaż emocjonalny i moralny - powiedziała głosem, od którego zdrętwiały mi zęby. Te, które jeszcze miałem.
Zanim zdążyłem zaprotestować, zacisnęła kleszcze na małym palcu mojej lewej ręki i bez wysiłku go odcięła. O mało nie zesrałem się ze strachu. O dziwo, wcale nie bolało. Z rany nie popłynęła krew - zamiast niej wysypała się garść drobnych, aluminiowych monet. Czemu nie srebrnych albo złotych? Nie rozumiem.

- Teraz jesteś rozliczony - stwierdziła, chowając mój palec do skórzanej torby konduktorskiej, w której coś ewidentnie jeszcze żyło i drapało w ścianki. - Następny przystanek: Zasłużone Wyrzuty Sumienia. Proszę przygotować się do opuszczenia strefy komfortu.

"Jakiego komfortu?" - pomyślałem.

Autobus-stonoga zatrzymał się z chrzęstem łamanych kości na przystanku docelowym. Okazała się nim gigantyczna, betonowa poczekalnia, przypominająca wnętrze mojego własnego, dawno niewietrzonego pokoju z lat dziecięcych, ale powiększonego do rozmiarów dworca centralnego. Zamiast ławek stały tu rzędy starych, rozkładanych wersalek - dokładnie takich samych, na jakiej kiedyś sypiałem. Siedziały na nich manekiny ubrane w repliki moich ślubnych garniturów.

- Przystanek końcowy: Zasłużone Wyrzuty Sumienia - ogłosiła kobieta-konduktor, wypychając mnie kolanem przez otwarte drzwi.

Wylądowałem na zimnej, kleistej posadzce ze skamieniałej ze starości wykładziny. Na środku poczekalni, przy masywnym biurku, siedział urzędnik o twarzy mojego pierwszego szefa, w okularach z grubych szylkretowych plastików, lecz z tułowiem przypominającym ogromną, tłustą muchę. Na mój widok zaczął zacierać ręce i wertować starą księgę zatytułowaną "Katalog Szans Bezpowrotnie Zmarnowanych".

- Nareszcie - zabrzęczał z aprobatą. - Czekamy na pana od lat. Proszę usiąść i przygotować się na wieczność czytania własnych niespełnionych obietnic. Bez prawa do przerwy na kawę.

Gdy odwróciłem się z żalem, autobus już odjeżdżał. Przez brudną tylną szybę widziałem, jak kobieta macha do mnie moim własnym odciętym palcem, układając usta w ten sam paraliżujący uśmiech, przed którym uciekałem przez całe dorosłe życie.

***

W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Może Cię zainteresować
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl