Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Żal za przyszłością, która nie nadeszła".
Nokaut. Żal za przyszłością, która nie nadeszła/Fantástico Chico Blanco/Dym z palonego jałowca i woń starego oleju przekładniowego wypełniały pomieszczenie skrywające gigantyczny zegar wieżowy, który górował nad nowotarskim rynkiem. Przy drewnianym stole, wciśniętym pod miarowo pracujące, mosiężne koła zębate, siedziało towarzystwo utkane z ludzkich niespełnień, z ludzi, którzy aktualnie nie mieli swojego miejsca na ziemi. Każde "tik-tak" wstrząsało ich napełnionymi do połowy szklanicami i jedynym kieliszkiem, a potężne wahadło regularnie świszczało tuż nad ich głowami. Mężczyzna siedział na rogu stołu, obracając w palcach aluminiową kulkę utoczoną ze sreberka po szwedzkiej czekoladzie królewskiej - mały zbitek skrywający tajemnicę. Był zupełnie łysy. Naprzeciwko prężyła się kobieta o skórze naciągniętej tak mocno, że jej uśmiech przypominał pośmiertny grymas. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak ofiara przedawkowania ozempiku lub nieudanych operacji plastycznych, na które przecież nigdy nie było jej stać; żywy okaz tęsknoty za utraconą młodością. Mężczyzna schował kulkę do kieszeni i spojrzał na jej wysuszone ciało z zachwytem zmysłowym, a jednocześnie podszytym okrucieństwem.
- Masz ekologiczne kształty - wychrypiał, a jego głos ledwo przebił się przez zgrzyt przekładni.
Kobieta poprawiła nerwowo kołnierzyk bluzki. W jej oczach błysnęła resztka dawnej próżności.
- Talię osy? - upewniła się, siląc się na kokieteryjny ton.
Mężczyzna uśmiechnął się. Trzymał się w życiu twardej zasady, że lepiej wypalić najgorszą bzdurę, niż zamilknąć w kluczowym momencie. Tym razem wypalił szczególnie kiepsko.
- Myślałam raczej o bobrze - padła nacechowana brakiem szacunku i bezkompromisowa odpowiedź.
Wnętrze zegara na moment zamarzło, a potężne wahadło jakby zawisło w bezruchu. Kobieta wreszcie drgnęła, przez co jej chudość wydała się jeszcze bardziej drastyczna. Ujrzała jego wzrok. O dziwo, nie było w nim kpiny. Nie chodziło o przeszłość, złośliwość czy jakąś dawną urazę. To był czysty, żywy, atawistyczny żal za przyszłością, która nie nastąpiła, bo nastąpić nie mogła. W jego oczach zobaczyła ich oboje: zestarzałych, uwięzionych w tej wieży, podczas gdy ta sama niepokojąca aluminiowa kulka toczy się po podłodze, zwiastując wiek pozbawiony miłości. Oto erotyka neurozy, obsesyjne pożądanie i pełna cierpienia miłość. To zmysłowość podszyta strachem przed końcem świata, karmiąca się wewnętrznymi sprzecznościami. Poczuła, jak pod jej pergaminową skórą przebiega dreszcz podniecenia. Opuszką palca powiodła po krawędzi kieliszka jedynego jaki mieli, z którego sączyła gęsty, tani ajerkoniak.
- Świnka - szepnęła. - Bóbr przynajmniej buduje coś trwałego... - dodała po chwili, patrząc mu prosto w rozszerzone źrenice. - A my co wybudowaliśmy? Zegary, które odliczają nam minuty do śmierci?
- Wybudowaliśmy ciszę pomiędzy uderzeniami - odparł ponuro, zachowując trzeźwość umysłu, i przysunął się bliżej. - Bóbr potrafi gryźć drzewo całą noc, żeby poczuć, że żyje, a ja ciągle gryzę się w język, patrząc na ciebie. Kobieto, twój brzuch jest jak wyschnięte koryto rzeki, w której dawno utonęły moje marzenia.
- Bo twoje chęci zawsze miały jedynie zapach stęchłej piwnicy. Bezruch, brak działania - syknęła, ale nie cofnęła ręki. - Chciałeś mnie mieć jak trofeum stawiane na kominku, nie jak kobietę, którą należy kochać. A teraz nagle patrzysz na mnie, jakbyś widział własną śmierć.
Wtedy z cienia wyłonił się Waldek, człek przerdzewiały od choroby na niespełnioną miłość, którego ciało wygięło się w dożywotni, bolesny ukłon. Potknął się o własny cień przemieszczający się po deskach podłogi i wyrżnął łbem w mosiężną dźwignię, wywołując przedwczesny gong. Usiadł na podłodze, próbując rozmasować bolące miejsce.
- Przepraszam, że zakłócam ten intymny dialog - wykrztusił, a jego głos brzmiał jak tarcie suchych liści. -Ale wasza miłość skamle tak głośno, że zagłusza nawet tryby tego cholernego mechanizmu. Śmierć, o której mówicie i tak po nas idzie, nie ma przed nią ucieczki, ale na litość boską, nie musicie od razu częstować jej ajerkoniakiem. Dajcie człowiekowi zdechnąć w spokoju, bez tego waszego neurotycznego bębnienia w niespełnione, puste łona.
Na dole tymczasem, na nowotarskim rynku, ten nagły, potężny dźwięk o godzinie trzynastej trzynaście wywołał natychmiastową epidemię podejrzliwości. Stary kościelny z głównej parafii odruchowo przeżegnał się lewą ręką, rzucił kadzielnicę w żar i krzyknął, że idzie koniec świata, ruscy albo znowu podnieśli podatki. W oknach kamienic w ułamku sekundy pojawiły się dziesiątki głów. Baby nerwowo przeliczały dudki ukryte w kredensach, a młodzież zaczęła głośno kłócić się o to, przez kogo zerwała się ta cała zawierucha. Wydawało się, że całe Podhale na moment zamarło, węsząc w tym fałszywym tonie jakiś spisek albo przynajmniej diabelską sprawkę. W wieży mężczyzna (ten od aluminiowej kulki) splunął na pracujące tryby i mruknął pod nosem:
Nie podał powodów, dla których to powiedział.
Świat wokół nich butwiał i rodził się w bólach na nowo. Dawne kłamstwa przestały działać, a przetrwanie w tym teatrze wymagało porzucenia starych nawyków. Para zrozumiała to, ale nie od razu. Pierwszą lekcją stała się rozmowa bez słów pułapek oraz oddech zgrany z rytmem wahadła, chroniący serca przed pęknięciem. Musieli też opanować dotyk na tyle delikatny, by nie zerwać chirurgicznych szwów i dość mocny, by wyczuć pod nimi tętno strachu. Dawne cyniczne żarty zastąpili milczeniem, połykając własny jad, zanim zatruje ich do reszty. Najważniejszym sprawdzianem była jednak pokora i codzienne, żmudne łowienie chwil spokoju w huku trybów, bez oglądania się na utraconą młodość. Mężczyzna i kobieta zbliżyli do siebie dłonie. Ich palce splotły się w układzie przypominającym zazębienie kół mechanizmu. Srebrna kulka na stole nagle samoczynnie rozleciała się z cichym szelestem, uwalniając ze środka zielonego świerszcza. Owad skoczył prosto w ciemność nocy, pomiędzy wskazówki zegara, a oni uśmiechnęli się po raz pierwszy naprawdę pogodzeni z tym, że jutro trzeba będzie zacząć wszystko od nowa, uczyć się świata jak obudzeni ze śpiączki. I w tej groteskowej pokorze, zagłuszani przez szloch Waldka, o którym na chwilę zapomnieli i rytmiczny łomot machiny, odnaleźli swój ostateczny, cichy spokój.
Minęło kilka miesięcy. Jesienny, gryzący szron zmieszany ze smogiem pokrył dachy Nowego Targu, a w wieży zegarowej nastał przejmujący chłód. Tryby pracowały teraz spokojniej, z ciężkim, tłustym stękiem, spowolnione zgęstniałym od mrozu smarem. Mężczyzna i kobieta wciąż tam byli. Siedzieli w puchowych śpiworach na starych deskach, idealnie zgrani z miarowym kołysaniem wahadła. Nowe sztuczki opanowali do perfekcji. Kiedy rano dłonie kobiety grabiały z zimna, ogrzewał je własnym oddechem, nie wypowiadając ani jednego złośliwego słowa o jej suchej, papierowej skórze. Ona z kolei przestała zerkać w pęknięte lusterko. Jej nowym nawykiem stało się szukanie własnego odbicia wyłącznie w jego zmęczonych oczach. Stali się dwoma zębami w tej samej wielkiej przekładni, szorstkimi, znoszonymi, ale bezbłędnie do siebie pasującymi.
Pewnego wieczoru, szukając kawałków drewna na rozpałkę, kobieta natrafiła na coś dziwnego. Pomiędzy dwiema potężnymi osiami leżała pożółkła, poplamiona olejem koperta. Był to tajemniczy list, który Waldek porzucił albo zgubił podczas swojego spektakularnego upadku. List, którego nigdy nie wysłał. Rozpostarli papier na kolanach. Pismo było koślawe, pełne kleksów, błędów i histerycznych wykrzykników.
"Do mojej jedynej Marysi, której nigdy nie poznam!" - głosił nagłówek. "Piszę, by cię ostrzec: jeśli kiedykolwiek na mnie spojrzysz, moja miłość pęknie jak bańka mydlana. Kocham cię tylko dlatego, że cię nie ma i nigdy cię nie spotkałem. Gdybyś się pojawiła, musiałbym zacząć żyć, a życie jest zbyt brudne dla mojego czystego cierpienia. Błagam, zostań na zawsze moim najpiękniejszym marzeniem i rozczarowaniem!".
Treść listu stanowiła przykład psychologicznej groteski, w której Waldek wyrażał masochistyczne przywiązanie do własnego cierpienia. Jego słowa drastycznie kontrastowały z postawą pary uczącej się bliskości. Mężczyzna i kobieta spojrzeli na siebie w milczeniu. W tym chorym wyznaniu zobaczyli lustro, w które sami patrzyli przez lata. Goniąc za idealną przeszłością i idealną talią osy, uciekali przed realnym dotykiem drugiego człowieka. Mężczyzna powoli złożył papier i wrzucił go do małego, żeliwnego piecyka. Płomień błysnął jasnym, fioletowym światłem, na moment oświetlając ich blade twarze.
- Dobrze, że kiedyś tak fatalnie palnąłem z tym bobrem - mruknął cicho, przytulając ją mocniej do boku. - Gdyby nie to, nasze życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej.
- Dobrze - szepnęła, opierając głowę na jego ramieniu. W tym samym momencie nad ich głowami zegar zaczął wybijać północ. Tym razem idealnie o czasie.
***
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.




