10.08.2021, 09:14 | czytano: 3452

Tatrzański autobus nie zawiezie nas w Tatry

Umowę na połączenia Bukowina Tatrzańska - Dolný Kubín podpisano w 2019 roku.
LIST. "Aż cztery lata trwały prace nad uruchomieniem transgranicznej linii autobusowej Województwa Małopolskiego i Kraju Żylińskiego, która miała połączyć szlaki górskie w polskiej i słowackiej części Tatr Zachodnich. Na kilka tygodni przed uruchomieniem połączeń okazało się jednak, że tatrzański autobus nie zawiezie nas w słowackie Tatry" - pisze Jakub Łoginow z Inicjatywy obywatelskiej "Polska - Słowacja - autobusy".
"Na kilka tygodni przed uruchomieniem połączeń okazało się jednak, że tatrzański autobus nad którym pracowano od 2017 roku nie zawiezie nas w słowackie Tatry, a jedynie z Suchej Hory do Trsteny, gdzie będzie skomunikowany z pociągiem do Dolnego Kubina, o dziwo z pominięciem Oravic, Zuberca i Doliny Rohackiej. Województwo Małopolskie jest tym zaskoczone, z tego powodu nadal nie odbyła się inauguracja linii, która według urzędników jest już praktycznie gotowa do startu. Kraj Żyliński tłumaczy ten blamaż faktem, że marszałek Witold Kozłowski poprosił ich o autobus do Dolnego Kubina, co Słowacy zrealizowali, a nic nie mówił o tym, że tatrzańska linia ma dotrzeć na szlak górski.
Syndrom oblężonej twierdzy. Urzędnicy z Małopolski przez rok nie rozmawiali ze Słowakami, bo są nieśmiali i krępują się kontaktów społecznych, w tym rozmowy telefonicznej z Żyliną

Transgraniczna linia tatrzańska funkcjonowała z powodzeniem już w zeszłym roku, była jednak uruchomiona jedynie w formie pilotażowej po to, by sprawdzić, czy połączenia z Podhala do słowackiej Doliny Rohackiej to dobry pomysł. Pilotaż się sprawdził, zapadła więc decyzja o kontynuacji i rozwoju tych połączeń. Autobusów transgranicznych nie mógł się nachwalić wicemarszałek Łukasz Smółka (PiS), ale również marszałek Witold Kozłowski chwalił Eurolinię Tatry jako świetny projekt, służący rozwojowi współpracy polsko-słowackiej.

Połączenia, uruchomione dzięki decyzji Łukasza Smółki, spotkały się z pozytywnym przyjęciem od prawa do lewa, były chwalone nie tylko przez pasażerów, ale również przez praktycznie całą opozycję (PO, Lewica, Hołownia). W świetle nadchodzących już za dwa lata wyborów sejmikowych, „autobusy transgraniczne Łukasza Smółki” wydawały się być idealną sprawą dla budowy pozytywnego wizerunku wicemarszałka, który dzięki temu projektowi zaczął budzić sympatię również w kręgach bardzo dalekich od PiSu. Wydawało się, że skoro pilotaż się udał i cieszy się takim poparciem, tego się nie da zepsuć i może być tylko lepiej. Stopniowy rozwój połączeń, kolejne linie (wokół Babiej Góry, z Zakopanego do Popradu i Podbańskiego, może linia Kraków – Poprad), a wraz z tym polityczny sukces wicemarszałka – tego nie dało się zepsuć.

A jednak! Sposób, w jaki „transgraniczne dziecko” Łukasza Smółki było traktowane przez podległych mu dyrektorów Michała Pierzchałę i Pawła Obrzuta może być w przyszłości opisywany w podręcznikach politologii jako wzorcowy przykład niesubordynacji podwładnych wobec przełożonego. Łukasz Smółka, zajęty sprawami szpitali i straży pożarnej, zaniedbał osobisty nadzór nad transgranicznym projektem. Szczegółowa historia urzędniczej niekompetencji, lenistwa i odrzucania uwag ekspertów jest tak pełna bareizmów, że aż trudno uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Przy czym nie jest jeszcze za późno, by to wszystko odwrócić. Do wyborów jeszcze dwa lata, wystarczająco by marszałek Smółka wyciągnął konsekwencje wobec podwładnych, posłuchał w tej sprawie fachowców i stworzył całkiem sprawną sieć autobusów transgranicznych, na co wciąż jeszcze jest czas i możliwości.

Pilotażowa linia Łukasza Smółki została uruchomiona i w pełni sfinansowana przez Województwo Małopolskie, które płaciło również za słowacki odcinek. Małopolscy urzędnicy mieli jednak pretensję do Słowaków, że nie partycypują w kosztach połączeń. Okazało się jednak, że urzędnicy z Urzędu Marszałkowskiego… zapomnieli poinformować o uruchomieniu połączenia Słowaków, a Kraj Żyliński przez cały 2020 rok nie zorientował się, że przez ich terytorium kursuje już autobus, nad którym rok wcześniej pracowali. Brzmi jak absurd? Owszem. W obu państwach w 2019 roku doszło bowiem do zmiany dyrektorów odpowiedzialnych za transport, w Małopolsce nowym dyrektorem został Michał Pierzchała, jego zastępcą Paweł Obrzut (ten akurat już wcześniej pracował nad tym projektem, nigdy jednak nie był jego entuzjastą). Pozostaje tajemnicą, dlaczego w obu przypadkach nie przekazano informacji o stanie prac nad projektem następcom. I dlaczego nowi dyrektorowie z Krakowa i Żyliny przez prawie cały 2019 i 2020 rok nie wpadli na pomysł, by się ze sobą spotkać.

Wyjdziesz na Rysy lub Kasprowy, zejdziesz na słowacką stronę – i nie masz jak wrócić

Pilotażowe połączenia funkcjonowały od listopada 2019 do końca grudnia 2020 na trasie: Bukowina Tatrzańska – Zakopane – Dolina Kościeliska – Dolina Chochołowska – Chochołów – Sucha Hora – Vitanova – Oravice – Zuberec – parking Rohacze-Spalena – Zuberec – Habovka – Oravsky Podzamok – Dolny Kubin. Mimo pandemii, latem i jesienią 2020 linia cieszyła się dużą popularnością. Po raz pierwszy od wielu lat ludzie mieli możliwość wyjść z Oravic lub Zuberca na graniczne szczyty Grześ, Rakoń lub Wołowiec, zejść do Doliny Chochołowskiej i tego samego dnia wieczorem wrócić do domu autobusem. Turyści od wielu lat proszą o stworzenie połączeń autobusowych, które umożliwią takie transgraniczne wycieczki, ten sam problem występuje również przy wycieczkach na Bystrą, Kasprowy Wierch, Rysy i Babią Górę. W 2020 roku z linii transgranicznej korzystali głównie polscy turyści, którzy przyjeżdżali nią do Doliny Rohackiej – obecnie nie da się dotrzeć z Polski w tę część Tatr transportem publicznym, mimo że minister Adamczyk stara się rozwijać połączenia kolejowe do Zakopanego (przynajmniej na poziomie deklaracji), a więc siłą rzeczy transport publiczny na miejscu jest niezbędny.

Mimo popularności linii transgranicznej, Kraj Żyliński dowiedział się o niej dopiero w listopadzie 2020 – w rok od jej uruchomienia i na miesiąc przed zakończeniem okresu próbnego. Z powodu braku kompetencji społecznych (nieśmiałość, chęć ukrycia się w zaciszu gabinetów) żaden z urzędników urzędu marszałkowskiego włącznie z dyrektorami Pierzchałą i Obrzutem nie wyszedł z inicjatywą, by do swoich słowackich kolegów choćby zadzwonić czy skontaktować się w inny normalny sposób. Obaj dyrektorowie (Michał Pierzchała i Paweł Obrzut) sprawiają zresztą wrażenie osób, które może i mają wiedzę merytoryczną, ale boją się kontaktów z innymi, nieznajomymi ludźmi. Paraliżująca nieśmiałość i maniera chowania się za urzędowe pisma szczególnie przejawia się w przypadku współpracy transgranicznej ze Słowacją, gdzie kluczowe są właśnie kompetencje społeczne i raczej ekstrawertyczne usposobienie. Dążenie do osobistych kontaktów ze słowackimi kolegami, wręcz dopytywanie kiedy będzie można się spotkać i omówić dany temat – to w polsko-słowackich projektach absolutna podstawa. Niestety, introwertyczni urzędnicy departamentu transportu bronili się przed takim kontaktem rękami i nogami, dążyli do tego by jedyną formą kontaktu były suche anonimowe pisma, efekty są takie jak widzimy.

W listopadzie zeszłego roku urzędnicy zostali poproszeni przez stronę społeczną (inicjatywa „Polska – Słowacja – autobusy) o powrót do polsko-słowackich rozmów, tak by połączenia mogły powrócić najpóźniej 15 czerwca 2021, z dniem otwarcia szlaków górskich. Urzędnicy z Kraju Żylińskiego i Województwa Małopolskiego zapewniali jednak wówczas, że do lata jest sporo czasu, a na razie jest koronawirus i nie ma potrzeby przyspieszenia rozmów w tej sprawie. „Nie ma powodów do obaw, zdążymy, jest mnóstwo czasu” – mówiła wówczas pani dyrektor Gabriela Tisoňová.

Do rozmów doszło dopiero w lutym 2021. Z inicjatywy marszałka Łukasza Smółki odbyła się wideokonferencja na temat powrotu połączenia na nowych zasadach. – Województwo Małopolskie zaproponowało stronie słowackiej wspólne przeprowadzenie przetargu unijnego. Nadal stoimy na stanowisku, że jest to najlepsze rozwiązanie, gdyż wyłoniony wówczas operator obsługiwałby całą trasę bez przesiadek, a koszty połączenia byłyby pokryte wspólnie przez oba regiony proporcjonalnie do długości odcinka. Strona słowacka jednak nie zgodziła się na polską propozycję i zaproponowała, by każdy region uruchomił swoją linię autobusową, kończącą się na granicy Chochołów – Sucha Hora. Obie strony zobowiązały się do takiego skoordynowania rozkładów jazdy, by zapewnić płynny i bezproblemowy przepływ pasażerów na granicy – poinformował Dawid Gleń, rzecznik prasowy Województwa Małopolskiego.

Kiedy linia w tym formacie miała wrócić? Podczas lutowych rozmów nie ustalono konkretnego terminu, jednak oczekiwania społeczne były takie, by linia ruszyła wraz z początkiem sezonu turystycznego w Tatrach. Ten zaczyna się co roku 15 czerwca. Wówczas na Słowacji otwierane są szlaki turystyczne w Tatrach, co roku zamykane na zimę 1 listopada. Czerwcowy termin był jak najbardziej realny, od połowy lutego było cztery miesiące na załatwienie wszystkich formalności.

Tak się jednak nie stało, tym razem opóźnienia zdaniem Słowaków są jednak z winy Małopolski, czemu urząd marszałkowski zaprzecza. – W czerwcu poprosiliśmy Polaków o spotkanie, do tej pory nie ma odpowiedzi” – poinformował nas w połowie lipca Kraj Żyliński.

Ostatecznie linia ma ruszyć dopiero w sierpniu, chociaż nikt nie potrafi podać dokładnej daty. – Trwa uzgadnianie przystanków – informował pod koniec lipca rzecznik Dawid Gleń. Jak się okazuje, wszystkie polskie gminy bez problemu udzieliły stosownych zgód, problem robił jedynie Urząd Miasta Zakopane, który zresztą nie po raz pierwszy blokuje lub opóźnia rozwój komunikacji transgranicznej.

Jednak ostatecznie nawet Zakopane po kilku miesiącach obstrukcji wydało w połowie lipca wszystkie potrzebne zgody. Dlaczego wobec tego linia jeszcze nie wróciła, mimo że Małopolska i Kraj Żyliński twierdzą, że wszystko jest w porządku?

Kontrowersyjna przesiadka w polu pośrodku niczego. Nie ma tam nawet wiaty ani tak potrzebnej toalety

Na tym jednak nie koniec problemów. Zamiast wygodnego połączenia bezpośredniego pasażerowie będą zmuszeni przesiadać się ze słowackiego autobusu na polski w najmniej dogodnym miejscu – na granicy Sucha Hora / Chochołów. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że przesiadka będzie się odbywać pośrodku pola, z dala od zabudowań, gdzie nie zbudowano nawet wiaty przystankowej ani toalety. Mimo, że od niemal pół roku wiadomo już, że trzeba w tym miejscu zorganizować przesiadkę, Województwo Małopolskie i Kraj Żyliński nie podjęły starań, by zorganizować tam infrastrukturę dla obsługi podróżnych.
Dlaczego Kraj Żyliński nie zgodził się na zorganizowanie wspólnego przetargu na obsługę linii? – Mamy już podpisaną umowę z przewoźnikiem Arriva Liorbus na 10 lat na kompleksową obsługę całego terenu Kraju Żylińskiego. W umowie nie ma zapisanych linii transgranicznych, więc nie możemy ich uruchomić. Jedyne co możemy zrobić, to przedłużyć nasze linie do granicy i tam skomunikować je z polskimi połączeniami – tłumaczy Kraj Żyliński.

Eksperci zajmujący się transportem autobusowym nieoficjalnie przyznają, że fakt zawarcia umowy o kompleksową obsługę Kraju Żylińskiego nie wyklucza możliwości zawarcia oddzielnej umowy na obsługę dodatkowych, transgranicznych połączeń. O interpretację przepisów zapytaliśmy też słowackie Ministerstwo Transportu, ale jeszcze nie dostaliśmy odpowiedzi.

Pasażerowie to dla urzędników kłopot. Ciągle czegoś chcą, na przykład tego, by po czterech latach prac, autobusy transgraniczne w końcu jeździły

Ze sposobu, w jaki urzędnicy z Krakowa i Żyliny podchodzą do sprawy autobusów transgranicznych, niezadowoleni są zwłaszcza pasażerowie, którzy w zeszłym roku korzystali z tatrzańskich autobusów. Niektórzy z nich specjalnie przełożyli urlop w górach na sierpień, gdy dowiedzieli się, że połączenia wrócą z opóźnieniem. Na stronie na Facebooku poświęconej połączeniom transgranicznym nie ma dnia, by ktoś przez Messenger nie pytał adminów, kiedy autobusy wrócą i kiedy będzie można podróżować na szlak górski w sąsiednim państwie, jaki będzie rozkład jazdy i inne szczegóły. Mowa o założonej w 2013 roku stronie kampanii społecznej „Polska – Słowacja – autobusy”, od której cała sprawa autobusów transgranicznych się zaczęła. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że strony i grupy poświęcone autobusom transgranicznym śledzi wiele osób, ale nie ma wśród nich urzędników z Kraju Żylińskiego ani Małopolski. Jak to jest, że z Facebooka do celów zawodowych korzysta cały świat, strona „Polska – Słowacja – autobusy” jest kluczowa dla tematu autobusów transgranicznych, a wśród aż 9000 osób które ją obserwują są wszyscy, tylko nie urzędnicy odpowiedzialni za transport transgraniczny?

Cztery lata pracowano nad autobusem, który połączy polskie i słowackie szlaki górskie. Gdy po tak długim czasie powstanie, nie zawiezie nas w góry, bo urzędnicy tego nie dopilnowali


Wygląda jednak na to, że pasażerowie czekający na sierpniowe otwarcie połączeń poważnie się nimi rozczarują. Wszyscy włącznie z urzędnikami z Województwa Małopolskiego byli bowiem przekonani, że linia powróci w dotychczasowym kształcie, czyli że od sierpnia powstanie słowackie połączenie Sucha Hora – Oravice – Zuberec – Rohacze/Spalena i dalej do Dolnego Kubina, skomunikowane na granicy z polską linią Sucha Hora – Dolina Chochołowska – Zakopane – Bukowina Tatrzańska. Województwo Małopolskie zaplanowało swój autobus zgodnie z poprzednią trasą. Dopiero przez przypadek, dzięki interwencji dziennikarskiej autora tego artykułu niedawno się okazało, że Kraj Żyliński wcale nie zamierza utworzyć autobusu na trasie Sucha Hora – Oravice – Rohacze, a jedynie… wydłuży o kilkaset metrów trasę autobusów Trstena – Sucha Hora tak, by dojeżdżały do granicy i były skomunikowane z polskim autobusem.

Urzędnicy z Żyliny tym samym opracowali trasę, która umożliwi dogodny dojazd z Podhala do Dolnego Kubina, z przesiadką na granicy i następnie w Trstenie. Byli przy tym bardzo z siebie dumni, że zadanie o które poprosił je w lutym marszałek Witold Kozłowski wypełnili wzorcowo i w błyskawicznym tempie.

Polscy urzędnicy oraz pasażerowie są decyzją Słowaków zaskoczeni, gdyż cały czas od 2017 roku rozmowy toczyły się na temat stworzenia siatki połączeń, które umożliwią przede wszystkim swobodną wędrówkę po szlakach górskich w Tatrach. Tymczasem przygotowana przez Kraj Żyliński linia nie spełni tego zadania, jedynie umożliwi mieszkańcom Orawy dojazd do Zakopanego i w polskie Tatry. Będzie jednak zupełnie nieprzydatna dla polskich turystów, którzy nadal nie będą mieli jak dojechać w słowackie góry. Nie będzie to możliwe nawet z przesiadkami lub będzie zajmować tyle czasu, że nikt z tego nie skorzysta.

Fatalne nieporozumienie, spowodowane introwertyzmem marszałkowskich urzędników odpowiedzialnych za transport. Każdy kontakt społeczny to dla nich koszmar, przez nieśmiałość kilku osób sypie się cały projekt. Pomóc mógłby psycholog, ale nikt o tym nie myśli

Dlaczego zatem Kraj Żyliński nie uruchomi linii zgodnie ze wcześniejszą trasą? „Nikt nas o to nie poprosił. Polskie autobusy będą skomunikowane z naszą linią do Trsteny, tam będzie można się przesiąść na autobus do Dolnego Kubina” – tłumaczy rzeczniczka Kraju Żylińskiego. Jak się okazało, na lutowej wideokonferencji małopolski marszałek rzeczywiście nie doprecyzował, że prosi o to, by słowacka trasa biegła przez Oravice i Rohacze. Poprzednia linia prowadziła z Bukowiny Tatrzańskiej do Dolnego Kubina i o takie połączenie poprosili małopolscy urzędnicy, jednak zapomnieli dodać, że powinno prowadzić starą trasą przez tatrzańskie doliny, Oravice, Zuberec i Dolinę Rohacką.

Problemu by nie było, gdyby urzędnicy z Krakowa i Żyliny nie byli introwertykami bojącymi się przeraźliwie kontaktów społecznych i gdyby się po prostu ze sobą zaprzyjaźnili, regularnie ze sobą rozmawiali, jak to jest standardem w przypadku wielu innych projektów. Dość wspomnieć o osobistych relacjach towarzyskich, jakie łączą muszyńskich samorządowców z ich słowackimi partnerami, dzięki czemu tamtejsze projekty całkiem nieźle funkcjonują (m. in. burmistrz Muszyny Jan Golba, tamtejszy samorządowiec Artur Królikowski zasłużony dla współpracy ze Słowacją, współautor połączenia kolejowego Muszyna – Poprad). Również podkarpacki radny Sejmiku Wojciech Zając (PiS) zwraca uwagę na kluczową rolę osobistych kontaktów w relacjach transgranicznych. Radny Wojciech Zając od lat z dużym zaangażowaniem działa na rzecz współpracy polsko-słowackiej, ma w tym dużo sukcesów, zna się na transgranicznej współpracy jak mało kto. Nie da się realizować polsko-słowackich przedsięwzięć bez osobistego zaangażowania, spotkań, rozwijania swego rodzaju kuluarowej dyplomacji opartej o transgraniczne znajomości czy wręcz przyjaźnie pomiędzy urzędnikami z obu stron granicy – zgodnie przyznaje każdy, kto „zjadł zęby” na współpracy transgranicznej.

Tutaj jednak tego kluczowego czynnika brakuje, a osoby które są autentycznie zaangażowane w sprawy polsko-słowackie są odsuwane od projektu transgranicznych autobusów. Temat jest natomiast powierzany urzędnikom, którzy mają do tego projektu nieukrywaną awersję, w lepszym wypadku chłodną biurokratyczną obojętność (np. Michał Pierzchała i Paweł Obrzut). Po przeciwnej stronie „barykady” są radni wojewódzcy PiS Jan Piczura i Grzegorz Biedroń, którym na relacjach polsko-słowackich autentycznie zależy i którzy dbają o to, by projekt nie umarł. Gdzieś pośrodku jest marszałek Kozłowski i Smółka, odgrodzeni od ekspertów z zakresu połączeń transgranicznych urzędniczym murem, którzy wierzą ślepo w zapewnienia swoich urzędników, że „się nie da” i że „Urząd Marszałkowski robi wszystko dobrze, a źli ludzie z zewnątrz to krytykują”. Każde poruszenie tematu, że już od czterech lat powinny kursować transgraniczne autobusy a ich nie ma, jest w Urzędzie Marszałkowskim odbierane jako atak, reakcją jest syndrom oblężonej twierdzy. Propozycje spotkania, by porozmawiać o przełamaniu impasu i życzliwie doradzić Marszałkowi, co z tym wszystkim można zrobić, są odbierane przez marszałka z trudną do zrozumienia nieufnością. Nieśmiali urzędnicy nie tylko boją się kontaktów społecznych, ale też z góry zakładają złe zamiary osób, które zainicjowały temat autobusów transgranicznych. Najlepiej, gdyby temat w ogóle zniknął, by nikt o nic nie pytał, by raz na zawsze zlikwidować połączenia, by nie było żadnych kontaktów społecznych poza koleżankami i kolegami z urzędu. Anonimowi urzędnicy nadal będą mogli udawać, że ich nie ma, a „problem” niechcianej przez nich współpracy ze Słowakami, tak potrzebnej Małopolanom, w ten sposób „sam się rozwiąże”.

– Nie mamy wpływu na trasę słowackiego autobusu. Nadal stoimy na stanowisku, że najlepszym rozwiązaniem byłby wspólny przetarg europejski na obsługę linii na trasie łączącej szlaki górskie i będziemy do tego namawiać Kraj Żyliński – komentuje tę sytuację małopolski rzecznik. Jeden z niewielu, z którym w tej sytuacji da się normalnie rozmawiać, kto nie chowa głowy w piasek i nie udaje że go nie ma, kto normalnie odpisuje na maile i odbiera telefony. Niby oczywistość, normalna praktyka w relacjach zawodowych z dziennikarzem. Niestety, takie normalne standardy komunikacji nie są w Urzędzie Marszałkowskim powszechne".

Jakub Łoginow, Inicjatywa obywatelska "Polska - Słowacja - autobusy"
www.facebook.com/polskaslowacja
komentarze
zainteresowany10.08.2021, 17:22
Ale ani pani Paluch ani Piczura nie pomogli!!!!!!
Transportowiec10.08.2021, 17:15
Inicjatywa bez sensu. Gdyby te kursy były opłacalne to prywaciarze sami by się zajęli tematem. Łoginow niech założy firmę transportową i zacznie obsługiwać linie - jak top jest takie super przedsięwzięcie.
Oserwator zza Buga10.08.2021, 17:11
Łoginow niech pierwsze porówna jak funkcjonuje administracja za wschodnią granicą, skąd ten autor pochodzi, a później wylewa pomyje na kogo się da. Pamiętam jego artykuły o przywróceniu kolei między Nowym Targiem a Trsteną. Był zagorzałym przeciwnikiem tras rowerowych. Teraz jest ich orędownikiem. Ten człowiek sieje zamieszanie - fałsz, obłuda...czy to przypadek? Ponadto, krytykując i atakując swojego byłego pracodawcę (Marszałka Województwa), daje świadectwo o sobie i swoim poziomie intelektualnym. Kompletne dno - muł i wodorosty.Więc Panie Łoginow jak Pan chcesz naprawiać funkcjonowanie samorządów w Polsce, zacznij od tych sobie bliższych, gdzie pisma pisze się cyrylicą.
To już nie pierwszy raz,10.08.2021, 13:49
że Marszałek województwa małopolskiego Witold Kozłowski przeciwstawił się ustaleniom. Nie przychyla się do postanowień Komisji, ignoruje ich decyzje i zarządza po swojemu, samodzielnie. Pytam, to po co Ci radni wojewódzcy, komisje, skoro Pan Marszałek i tak postanawia po swojemu, nie licząc się z opinią innych. Chciało by się jeszcze coś dopisać, ale..............,
unikaj10.08.2021, 12:22
Panie Marszałku Smółka - unikaj Loginowa
to człowiek który "zna się na wszystkim"
Jak taki człowiek mogł zostać radnym Królewskiego Miasta Krakowa?
Unikaj /.../
ocena z Orawy10.08.2021, 12:01
Następny lanser Łoginow
pogonić go i to szybko
tak jak zrobili to Słowacy
z terenu10.08.2021, 11:45
Święta prawda to im najlepiej wychodzi jak do tego czasu!!!! O tak lansowanie przede wszystkim działanie to mało istotne sprawy......
Staszek10.08.2021, 11:26
Artykuł zbyt długi by go ""strawić "
robota na 10210.08.2021, 11:05
To są radni to bezradni i tyle odebrać diety .nagrody - to się wezmą do uczciwej roboty .Pozdrawiam ozięble nierobów .
Burok10.08.2021, 10:34
I tu się kłania cywilizacja . Do takich rzeczy wystarczy dwóch prywatnych przedsiębirców , jeden polak , jeden słowak i za 1/10 tej wydanej kasy zrobią tak samo , albo dwa razy lepiej . Wszędzie gdzie wchodzą urzędnicy jest jak jest
Czego się można było spodziewać ?!10.08.2021, 09:31
Bo nasi posłowie lubią się tylko lansować w mediach. Zamiast działać, pozują do zdjęć, jak nie w jakiejś gazecie to TV, byle tylko wszyscy widzieli
Zobacz pełną wersję podhale24.pl