31.10.2021, 09:22 | czytano: 2686

Dobry wujek - wspomnienie o Tadeuszu Kramarzu zawodniku i trenerze, wychowawcy wielu hokeistów

Kiedy zgłaszano sekcję hokejową KS Podhale do krajowych rozgrywek ligowych (1948), Tadzik Kramarz miał 12 lat. Jak wszyscy chłopcy w lecie uganiał się za piłką, w zimie zaś wywijał kulmagą na nowotarskim Ibisorze.
Dzięki wielu zapaleńcom narodził się w Nowym Targu hokej, dyscyplina jakże bliska góralskiej naturze. Uruchomienie naturalnego lodowiska w parku w 1952 roku i pierwsze zajęcia naborowe, które prowadził Jan Maciejko, wybitny krakowski sportowiec i patriota, zaowocowały rozkwitem hokejowego szaleństwa w stolicy Podhala. Najlepsi trafili kolejno w ręce trenerów Andrzeja Wołkowskiego i Tadeusza Dolewskiego i na efekty nie trzeba było długo czekać. Hokejowa „Spójnia”, a potem „Sparta” (bo tak w tamtych czasach musiał się ten klub, zrzeszony w federacji związkowej „Włókniarz” nazywać!) zaczęły dawać się we znaki ligowym rywalom.
Kuźnie talentów w „cywilnych” klubach, nie pozostawały niezauważone przez władze wojskowe i poborowy Kramarz, podobnie jak wiele innych sportowych nadziei, wylądował w 1959 roku na Torwarze, jako gracz stołecznego CWKS Legia, który dzięki takim zabiegom nie musiał troszczyć się o własnych wychowanków i przez kilkanaście lat aż do 1964 roku wygrywał mistrzostwa kraju w cuglach. Ale to właśnie wtedy nastąpiło zderzenie z góralską ciupagą, wygiętą w hokejowy kij! Tadeusz, po wyskoczeniu z kamaszów, na stałe zadomowił się w składzie coraz mocniejszego zespołu z Nowego Targu, do którego wrócił jako posiadacz mistrzowskiego tytułu ze stolicy. Ale ten wojskowy medal nie smakował tak, jak zdobyty ze swoją drużyną z szarotką na piersi. Czechosłowacki trener, Franta Voriśek, którego metody zaowocowały w 1966 roku historycznym tytułem mistrza Polski dla Podhala, dostrzegł w trzydziestoletnim już Kramarzu jednak inny potencjał; Tadeusz po zaliczeniu drugiego tytułu mistrza w 1969 roku koszulkę meczową zamienił na trenerski dres.


Od 1970 roku zaczęło się pasmo nieprzerwanych sukcesów nowotarskich juniorów, prowadzonych przez sympatycznego „Wujka”, którzy stanowili prawdziwe zagłębie hokejowych talentów. Zagłębie… no właśnie; coraz bardziej łakomym wzrokiem spoglądano na nowotarską wylęgarnię hokeistów. Nasi chłopcy broniąc się przed wojskiem, uciekali na górnicze etaty, studenckie stypendia, niektórzy zaś ku lepszym pieniądzom. Gdy miejsce Mieczysława Chmury zajął Witalij Stain, były gracz z Nowosybirska i reprezentant Sbornej, po jego radzieckich metodach szkoleniowych na lodowej tafli pojawiły się zgrzyty. Nad Dunajcem nastąpiło zmęczenie materiału i mimo nieprzerwanego pasma sukcesów musiało dojść do zmian. W trakcie sezonu 1975/76 Stain spakował walizki i wyjechał do Mińska, a miejsce w boksie drużyny zajął Tadeusz Kramarz. Jednak syberyjskie tortury dały „Szarotkom” mocną podbudowę fizyczną i w rywalizacji ze śląską koalicją górale ponownie wyszli zwycięsko.

Rok później zaczęły się lodowe góry. Oprócz ligowej rywalizacji mistrzowski zespół był zobowiązany do występów w europejskich pucharach, ale w PZHL różnie to bywało. Jesienią 1977 roku los zetknął „Szarotki” z połową hokeja z NRD, czyli Dynamem Berlin. Ostatnia, fatalna tercja sprawiła, że przegraliśmy 3:7 i rewanż w Nowym Targu stanowił nie lada wyzwanie, które niemal w przeddzień meczu stało się misją niewykonalną. Otóż sześcioosobowa grupa podstawowych zawodników uwarunkowała swoje zaangażowanie w walce o pucharowy awans sporą premią finansową. Zarząd klubu nie poddał się presji i Kramarz musiał sięgnąć po juniorów, nieotrzaskanych jeszcze na takim poziomie rozgrywek. Ku zdumieniu wypełnionej po brzegi nowotarskiej widowni, Podhale pod koniec drugiej tercji prowadziło 4:0! Niestety, zabrakło sił i do końca meczu strzelali już tylko Niemcy… Jednak w tej sytuacji remis 4:4 był honorowym wynikiem naszej drużyny i jej trenera. A Dynamo zajęło potem trzecie miejsce w Pucharze Europy!

Okazja do rewanżu trafiła się rok później, bo na odwiecznego rywala nadzialiśmy się już w pierwszej rundzie. W Berlinie naszym chłopcom gościnnie towarzyszył Slavomir Bartoń, czeski trener naszej narodowej reprezentacji, opromieniony jej awansem do grupy A. I ja tam wtedy byłem i w przeddzień meczu, z trenerami małe, niemieckie piwo piłem. Kramarz, niesamowicie przeżywający to wydarzenie, z charakterystycznymi wypiekami na twarzy rzucił pytanie: - Jak myślicie, jak jutro bedzie? Slavko, stukając się kuflem bez wahania odpowiedział: -Myslím, že to bude v pohodě, pomůžu ti!

Nazajutrz Bartoń stanął obok Kramarza w boksie zawodników, a mając rozpracowaną połowę reprezentacji NRD przekazał naszemu szkoleniowcowi caly bagaż cennych wskazówek. Po pierwszej tercji prowadziliśmy 4:1 i chociaż fanatyczna publiczność i sędziowie nie byli nam przychylni, mimo ich wysiłków Podhale wygrało 6:5! Tadeusz dziękował wszystkim ze łzami w oczach...

Po spacerku w Oslo z Manglerud Stars i dwucyfrówce w dwóch wyjazdowych meczach, a potem po odprawieniu rumuńskiej Steauy, wzrosły apetyty na sukces z mistrzem Finlandii, zwłaszcza, że kilka lat wcześniej zaaplikowaliśmy im na wyjeździe dziewięć goli, a rewanż u nas Asy z Pori oddały walkowerem. Jednak na koniec 1978 roku historia zatoczyła koło.


Jesienna ligowo-pucharowa batalia zdziesiątkowała formacje Podhala, z powodu kontuzji ze składu wypadło kilku podstawowych graczy, w tym as atutowy, Walenty Ziętara. Do Pori poleciało piętnastu zawodników, a masażysta Jasiu Joniak miał pełne ręce roboty. Port nad Zatoką Botnicką przywitał górali 40-stopniowym mrozem, a wewnątrz drewnianej hali lodowiska było minus piętnaście! Finowie przywitali nas co prawda gorąco, ale na lodzie uprzejmości się skończyły. Assat Pori stał się mocną europejską drużyną i miał wielki apetyt na europejski finał. W arktycznym klimacie dopiero w końcówce zdobyliśmy honorowego gola, przegrywając 1:7. Gospodarze osłodzili nam gorycz porażki okazyjnym zakupem zimowych kurtek w klubowych kolorach Podhala, które Kramarz wypatrzył w tamtejszym sklepie sportowym; ten element garderoby wyróżniał naszych hokeistów jeszcze przez wiele lat później...

Powrót z Pori pozostał na zawsze w pamięci naszej ekipy. W Polsce zaczęła się zima stulecia, więc noc sylwestrową 1978 spędziliśmy zamknięci w hotelu w stolicy Finlandii, bo samolot LOT-u nie przyleciał do Helsinek. Do Warszawy wracaliśmy w Nowy Rok FINNAIREM razem z...drużyną Assat Pori, lecącą na rewanż do Nowego Targu. Ten jednak się nie odbył, bo dwa dychawiczne autobusy z NZPS-u zamarzły w nocy i goście zadecydowali, że nie będą ryzykować zdrowia swojej cennej drużyny z powodu niesprawnego webasta. Finowie wrócili do Helsinek, górale pojechali do domu taksówkami, w Nowym Targu sędziowie odgwizdali walkower dla Podhala, który europejska federacja odwróciła na rzecz Finów. Assat Pori na finiszu PE wywalczył trzecią lokatę...
Tadeusz Kramarz tę eskapadę okupił grypą, a jego skłonność do nadciśnienia nie było okolicznościa sprzyjającą. Wiosną Podhale kończyło sezon w roli faworyta w turniejach finałowych; po ostatnim z nich 18 marca 1979 roku na tafli w Janowie spłonął jego kapelusz, wieńczący jego czwarty mistrzowski tytuł za sterem „Szarotek“. Na następny czekano aż 14 lat!

Tadka znałem jako człowieka skromnego, spokojnego i pełnego empatii. Swoich emocji nie okazywał zawodnikom, ograniczając się najwyżej do zwięzłych komend. Jednak trudne chwile sporo go kosztowały, toteż swój trenerski wysiłek okupił zdrowiem, które wkrótce wystawiło rachunek. Na starość los rozrzucił mu rodzinę po świecie i po cmentarzach, samotność była jego codziennością. Ale ostatnie chwile spędził przy torcie z dorosłymi dziećmi, które zjechały z USA i Wielkiej Brytanii. Odszedł w spokoju podczas snu w swój imieninowy wieczór i chyba na to zasłużył...

Coraz bardziej skomercjalizowany sport wyczynowy nie był jego żywiołem, ale historia wystawia mu wysoką ocenę za wieloletnią pracę z nowotarską młodzieżą, dla której był jak dobry wujek. To on dał solidne fundamenty pod budowę mocnego, wspaniałego góralskiego hokeja, z którym związał pierwszą połowę swego życia. Bo Wujek Kramarz był wspaniały!


W środę 3 listopada o 14:00 na nowotarskim cmentarzu zapewne zbierze się tłum hokejowych kibiców i zawodników spod znaku „Szarotki“, a do blasku zniczów niech dołączy tradycyjny ogień palonego mistrzowskiego, góralskiego kapelusza.

Cześć Jego Pamięci!

Jacek Sowa
Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
Zbyszek, Schweiz31.10.2021, 16:12
Byli chlopcy byli, ale sie mineli. I my sie miniemy po maluckiej chwili. Mit hochachtung dla Tadka.
Zbigniew Sobkowski31.10.2021, 16:07
Dziekuje Jacek za wspanialy reportaz. Znalem Tadka dobrze i pracowalismy w jednym klubie PODHALE. Wspanialy skromny czlowiek.
Zbyszek Sobkowski, byly trener narciarski.
Mayo31.10.2021, 14:05
Drobna korekta: na następny tytuł Mistrza Polski, Podhale czekało 8 lat. Tytuł w 1987. Nigdy nie było dłuższej przerwy, niż 10 lat. Aż do teraz...
p31.10.2021, 12:17
Odszedł od nas wspaniały człowiek. Zawsze życzliwy, uprzejmy, promieniujący dobrem i optymizmem. Spoczywaj w pokoju wujku Tadku.
STAŚ31.10.2021, 11:18
To, było coś !!!
Byli ludzie, tak to, byli ludzie, wychowawcy, mentorzy, takim był wujek !!!
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl