19.11.2022, 20:00 | czytano: 3413

"Jest coś takiego w moim charakterze, że nie potrafię zawrócić". Maria Leśniak w drodze po Koronę Wulkanów Ziemi (zdjęcia)

Pico de Orizaba 5636 m.n.p.m październik 2022
NOWY TARG. - Często spotykam osoby młodsze i sprawniejsze ode mnie, mające możliwości zarówno fizyczne jak i finansowe, które wzdychając twierdzą, że się nie da. Nieprawda. Da się - mówi Maria Leśniak, która właśnie wróciła z wyprawy na Pico de Orizaba (5636 m n.p.m.) w Meksyku.
Dwa marzenia
Oba towarzyszą jej od dziecka. Pierwsze, to podróżowanie, góry, drugie - pisanie. Ale życie toczyło się swoimi torami. Studia, doktorat na Uniwersytecie Pedagogicznym, dom, mąż, dzieci, praca - dziś jest dyrektorką nowotarskiego przedszkola, prowadzi szkółkę języka angielskiego w Rabce.

Dzieci dorosły, nastał czas powrotu do niezrealizowanych marzeń. Zwłaszcza, że mąż wspiera z całych sił. I przebudziła się pani Maria do tych ukochanych gór, a potem też do pisania. Trzy książki - wspomnienia z wypraw już na koncie, kolejne w planach.

Na przekór

W 2017 roku pierwsza wyprawa - w Himalaje, zdobyta baza pod Mount Everestem i Kala Pattar (5646m n.p.m.)
- Pomyślałam sobie, że zrobię to, póki mogę - opowiada. - Tak, to było ryzykowne, przez problemy z kręgosłupem. Ale udało się.

Już przed wyprawą - która trzy lata później zaowocowała książką „W drodze” - wiedziała, że bez operacji się nie obejdzie. Wróciła, ale na operacyjny stół od razu się nie położyła. Najpierw jeszcze pielgrzymka do Santiago de Compostella. Choć w drodze chcieli nieraz podwieźć, nie skorzystała: - Powiedziałam sobie - muszę przejść każdy krok, każdy metr, muszę tam dojść sama!

Tydzień po powrocie trafiła na stół operacyjny w Sandomierzu. Udana operacja, ale i kłótnie z neurochirurgiem, który mówił, że trzeba odpocząć, uważać na siebie. Nie posłuchała - trzy miesiące po zabiegu była już na wyprawie w Gruzji, a po niej, od razu, kolejny pomysł - Kilimandżaro.

- Jak pani tam pójdzie, to proszę do mnie więcej nie przychodzić - usłyszała od lekarza. Poszła i szczyt (5895 m. n.p.m) zdobyła. To był rok 2019, wyprawa zaowocowała potem książką „Na dachu Afryki”, w której opowieści o zdobywaniu szczytu przeplatają się z tymi o ludziach, których wtedy spotkała na swojej drodze.

- Wyjście i zejście z Kilimandżaro trwało 7 dni. Było bardzo ciężko, ta końcówka wręcz taka, jakbym znalazła się w innym świecie. Brak tlenu, potworny ból głowy, nie pomagały żadne leki. Obiecałam sobie wtedy, że to koniec. Po co mi to? Mając fajne, ułożone życie, po co ja się pcham w coś takiego?

Obietnicy nie dotrzymała. Bo?

- Bo nie można się poddawać. Często spotykam osoby młodsze i sprawniejsze ode mnie, mające zarówno możliwości fizyczne jak i finansowe, które wzdychając twierdzą, że się nie da. Nieprawda. Da się. Najpierw przyszła więc pora na Syberię - okolice Irkucka, Bajkał, Buriacja. Najbardziej bała się jazdy uazami i wstrząsów, ale na szczęście kręgosłup wytrzymał. Po tej wyprawie kolejna książka - „Magia dalekiej Syberii”. Potem wyprawa na Spitsbergen.

- Było ciężko, bo nie miałam odpowiednich rękawiczek ani butów. Przecież stać mnie na to, by kupić porządne buty. A ja poszłam w swoich, do których się przyzwyczaiłam, które lubię. Strasznie tam zmarzłam - wspomina i pokazuje zdjęcie z odmrożonymi policzkami.

Jednak nie zimno wywołało największy stres. Nie doczytała, że grupa, z którą będzie podróżować po największej norweskiej wyspie, wiele kilometrów bezdrożami Arktyki będzie pokonywać na skuterach śnieżnych. Nie miała nigdy z nimi do czynienia.

- Rozpłakać się? Wycofać? - pomyślała. Nie. Siadła, pojechała, może czasem trochę zygzakiem…

Szaleństwa Marii Leśniak
Na swoje wyprawy - dwu-trzytygodniowe - wybiera się zazwyczaj dwa razy w roku. Zimą i jesienią. Ludzi, takich jak ona pasjonatów, poznaje w Internecie. Skrzykują się, kompletują grupę i jadą. Sponsorów żadnych nie ma. Poza tym - jak mówi - nie lubi drogich ciuchów, nie potrzebuje więc na nie wydawać.

Gdziekolwiek jedzie, stara się zdobyć jakąś górę. Nawet podczas ubiegłorocznego wypadu do Maroka, wdrapała się na tamtejszy najwyższy szczyt Jebel Toubkal (4200 m. npm). Nigdy nie chciała, by te jej wyprawy wpływały negatywnie na rodzinę, i to chyba się udaje. - Staram się, by tego za bardzo nie odczuli. Rodzina jest najważniejsza, nic jej kosztem, więc tak krajem nieba, krajem piekła - mówi. Ma też od rodziny to, co najważniejsze. Wsparcie.

- Mąż czasem bardzo przeżywa. Mówi, że z jednej strony powinnam, bo się realizuję i jestem naładowana pozytywną siłą, a z drugiej - że ze względów fizycznych - nie do końca. Martwi się, czasami próbuje odwieść mnie od pomysłu, ale jak już widzi, że nie odpuszczę, to mogę liczyć na niego. Pomaga mi wszystko zorganizować, a potem, podczas tych moich wypraw, kiedy się da, to dzwonimy do siebie. Gdy w Himalajach miałam chwile słabości, takie dociskanie, że chciało się płakać, telefonowałam do niego. Mówiłam - nie wytrzymam. A on - dasz radę, już tyle przeszłaś. Najnowszy pomysł pani Marii to zdobycie Korony Wulkanów Ziemi. „Odhaczyła” już dwa z siedmiu - Kilimandżaro w Afryce i Pico de Orizaba w Ameryce Północnej. Ten drugi zdobyła trzy tygodnie temu.

Pico de Orizaba

Najwyższy szczyt Meksyku (5636 m n.p.m.) i trzecia co do wielkości góra Ameryki Północnej. - Ta wyprawa nie do końca była dobrze zorganizowana - wspomina Maria Leśniak. - Brakowało właściwej aklimatyzacji, a to najważniejsze podczas wychodzenia na takie góry. I to właśnie potem wpłynęło negatywnie na wiele osób z naszej grupy. Raz tylko w ramach aklimatyzacji wyszliśmy na 4 tysiące, ale to stanowczo za mało. Potem dotarliśmy do schronu na wysokości 4200 metrów, gdzie mieliśmy się przespać przed atakiem szczytowym na Pico de Orizaba. Nie wszyscy zdecydowali się zrobić dodatkową aklimatyzację i jeszcze przed snem wyjść na 4,5 tysiąca metrów. Wychodzimy wyżej, a śpimy niżej - to podstawowa zasada.

Atak szczytowy rozpoczął się po północy. - Gwiazdy, księżyc, pogoda dopisała. Gdyby było jej wahnięcie w jakąkolwiek stronę, nie byłoby wyjścia. Pięć godzin po skałach, właściwie na czworakach, aż do linii lodowca. I od tej pory już w rakach, z czekanami, linami - relacjonuje. - Nogi bardzo bolały. W pierwszych minutach na tym lodowcu otarłam łezkę, ale że ciemno, to nikt nie widział. Potem momenty załamania, że nie wyjdę, zatrzymywanie się co dziesięć kroków na złapanie oddechu. Ale po godzinie zaczęło się iść już dobrze. Miałam w głowie ułożoną pewną historię. Czułam, że nie idę sama, czułam pomoc z góry, jakby mnie ktoś trzymał za rękę. Tymczasem niektórzy zaczęli schodzić. Z ośmiu osób - cztery zrezygnowały. Ta czwórka niestety pochłonęła nam meksykańskich przewodników, którzy musieli ich sprowadzić, z nami został tylko jeden. Powiedział, że jeśli ktoś jeszcze chce wrócić, niech schodzi z tamtą czwórką, bo później nie będzie już możliwości zawrócenia. Zostałam. Końcówka była bardzo ciężka, brak tlenu, co trzy kroki zatrzymywanie się na złapanie oddechu, czasami wręcz padanie na kolana. Mega wysiłek. Przewodnik parę razy nas zwodził, że już blisko, że już widać szczyt, tak próbował nas zmotywować. W końcu totalnie wyczerpani dotarliśmy do krateru. Mam takie zdjęcie, jak zakrywam twarz. Wzruszenie było ogromne. Jeden z uczestników był tak wyczerpany, że z wycieńczenia i braku tlenu położył się i nagle zaczął chrapać, na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością. Najgorsze przyszło jednak dopiero za chwilę, gdy przewodnik uświadomił nam, że to nie szczyt, że od krateru jeszcze jakieś 20 minut do góry. Wahałam się, ale poszłam. Mąż mnie prosił - jak będzie ciężko, masz zawrócić. Nie zrobiłam tego. Mam coś takiego w swoim charakterze, że nie potrafię zawrócić.

Zeszli wykończeni. W drodze powrotnej pocieszali się wzajemnie, że w razie czego wezwą helikopter, choć sami nie wiedzieli, czy to w ogóle jest możliwe. Wszystkim zamykały się oczy ze zmęczenia i braku snu.
Spośród ośmiu osób, Pico de Orizaba zdobyły cztery, wśród nich Maria Leśniak.

Jeszcze pięć wulkanów

Pani Marii do zdobycia pozostały jeszcze Ojos de Salado (6893) w Ameryce Południowej, Elbrus (5642) w Europie, Damavand (5610) w Azji, Mount Giluwe (4368) w Australii i Oceanii oraz Mount Sidley (4285) na Antarktydzie. Elbrus w Rosji i Damavand w Iranie na razie trzeba odpuścić, ze względu na sytuację polityczną. Jeszcze nie zdecydowała, która góra będzie następna. Ale będzie, to nie budzi żadnych wątpliwości. A po wyprawach będą kolejne - z setkami wspaniałych zdjęć - książki, które - jak mówi - przedłużają stan umysłu.

- Ich pisanie, poprawianie, trzyma mnie długo w fajnym, pozytywnym napięciu, w pozytywnych emocjach - dodaje.
„Być może w tej książce ktoś znajdzie inspirację do podjęcia różnorakich (nie tylko górskich) wyzwań, rozbudzone zostaną czyjeś marzenia. Poświęcam ją mojej Rodzinie, bez której nigdy nie pomyślałabym, że mam szansę spełnić swoje marzenia” - napisała we wstępie do pierwszej z nich - „W drodze”.

Piotr Dobosz

Zdjęcia z Syberii, Spitsbergenu, Pico de Orizaba, Kilimandżaro, Jebel Toubkal i Himalajów - bazy pod Mount Everestem. Fot. Archiwum Marii Leśniak
Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
...20.11.2022, 16:14
Jesteś super ,,babka,, .Jak długo rodzina(priorytet!) to wytrzyma?
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl