11.06.2024, 09:03 | czytano: 416

Książka Andrzeja Finkelstina w odcinkach na Podhale24.pl (cz. XIV): "Grafomańskie wyobrażenia o walce z ideologią i coś tam jeszcze..."

Portret autora autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk Portret autora autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Andrzej Finkelstin (pseudonim artystyczny) napisał książkę, której akcja dzieje się pod koniec lat 80-tych. ub. w. w Nowym Targu, choć nie tylko. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie" to luźna opowieść o czasach, których wszystko było inne. Kolejne rozdziały co wtorek na Podhale24.pl. Dziś część XIV.
Grafomańskie wyobrażenia o walce z ideologią i coś tam jeszcze...
Dźwięk budzika postawił Wacka na równe nogi o 5:55. Nie lubił tak wcześnie wstawać, chociaż nie lubił też zbyt długo się wylegiwać. Poderwał swe ciało z werwą i wyprężył w nerwowym odruchu. Boleśnie ścisnęło go w dołku, miał wrażenie, że zaraz zmarszczy mu się tyłek od tego naciągania. Czemu tak wcześnie...? Jeszcze kilka takich pobudek i nabawię się hemoroidów. – Jęknął zachrypnięty od kilkugodzinnego nie używania głosu.

Usiadł na brzegu łóżka i przetarł ręką zaspane oczy. Znowu spojrzał na zegarek. Nie był to już radziecki budzik z okrągłą tarczą, on już bowiem wypełnił swoje zadanie dokonując żywota w milicyjnym magazynie jako dowód niewykrytej działalności wywrotowej. Ponieważ delikatny powiew wolności sprzyjał rodzącemu się importowi z kapitalistycznego świata, nowy zgrabny budzik w kształcie sześcianu firmy Braun (niestety made in Tajwan), nabyty u jubilera za złotówki zajął jego miejsce. Napędzany energią z baterii R6 bardzo dokładnie odmierzał czas swoimi fluorescencyjnymi wskazóweczkami, ślicznie pikał i nie był bynajmniej wykonany z ordynarnej radzieckiej blachy. Blachy, być może nawet z polskim rodowodem, bo oczywistością było, że w owych czasach mnóstwo surowców sowieci rabowali z podporządkowanych sobie krajów satelitarnych.

Tej nocy Wacek pogrążony był w tak głębokim i jednocześnie czujnym śnie, że najmniejszy szelest mógłby wywołać histerię. Przebudzenie z takiego snu nie bywa zbyt przyjemne. Neurotyczne pulsowanie krwi w skroniach sprawiło, że obraz mu falował. Ostrożnie przesunął się po krawędzi łóżka, jakby bał się, że spadnie i zaczął wyławiać z pamięci obrazy, które jeszcze przed kilkoma chwilami wydawały się być rzeczywistością, a których głównym bohaterem był on sam. Zegarek tymczasem zasygnalizował 6:00. Wstrząsnął nim poranny dreszcz. Kiedy już wzrok przywykł do ciemności, a obraz przestał falować, rozejrzał się po pokoju. Z ulgą stwierdził, że jest u siebie i nic z domowego otoczenia nie uległo jakiejś niewytłumaczalnej metamorfozie. Jeszcze nie zdążył wstać, a już był zmęczony.

Niezmordowana mama jak zwykle przygotowała śniadanie i kanapki na wynos, a niebiański zapach kawy z cykorią swoim codziennym zwyczajem niósł się po całym domu. Jakże niezwykłe było to ziarno, które dawało ten cudowny zapach i smak. Ten szlachetny aromat i miła woń wtłoczyły się w jego pamięć na zawsze. Zapach ten wręcz wzruszał go. Jego nozdrza do końca życia będą reagować na choćby namiastkę tego upajającego zapachu, który tak mocno zapadł mu w pamięci. Podobnie jak pierwsza miłość, zapach ten zawsze kojarzył się mu będzie z młodością, domem rodzinnym oraz najlepszą na świecie kawą. Zapach ten stworzył w jego głowie niebanalny obraz ciepła, świątecznych lampionów, wiosny, lata i swoistego bezpieczeństwa. Zawsze będzie mu poprawiał samopoczucie i łagodził stres.

Wchłonął z zapałem śniadanie popijając szklanką niesłodzonej kawy. Wyszczotkował zęby i pobiegł na dworzec PKP. Po drodze przeciął drogę uchodzącą za dwupasmówkę, minął wojskową strzelnicę, skład opałowy i podmokłe łąki na których w dzieciństwie łowił rozwielitki dla swoich rybek, a teraz już gdzieniegdzie stały domy, zaś wśród nich dom publiczny – przyczyna chronicznego bólu głowy zdewociałych tubylców, niektórych duchownych i utrapienie zazdrosnych żon. Jeden z bywalców tego żałosnego przybytku – obywatel Masłowa spod Kielc – swego czasu stwierdził, że pracujące w nim prostytutki to mizerne bidulki pozbawione urody i to najpewniej pchnęło je do wykonywania tego zawodu na peryferiach miasta, czytaj na bagnach.

W sumie Wacek przebiegł z półtora kilometra. Na dworcu przeszedł bezpośrednio przez tory omijając estakadę nad trakcją, sprawdziwszy uprzednio czy aby nie obserwuje go jakiś sokista i usiadł na peronowej ławeczce oczekując na pociąg. Zwabiony zapachem swojskiej wędliny w kanapkach, przyplątał się do Wacka biały bokser. Widać było, że pies był wygłodzony i zdezorientowany. Wackowi zrobiło się żal zwierzęcia i nakarmił go swoim śniadaniem. Nie było to do końca rozsądne, bo pies przyczepił się do niego na dłużej. Zwierzak wsiadł do wagonu i udał się za swoim nowym żywicielem do Poronina. Podstawiony skład był niemal zupełnie pusty i technologicznie nie odbiegał zbytnio od tych widzianych w westernach, dlatego Wacek nazywał go „bonanzówką”. Pies tymczasem zablokował swoim sporym cielskiem wejście do przedziału i nikt nie mógł go ominąć. Gdy tylko ktoś się do niego zbliżał, warczał ukazując groźne uzębienie. I tylko Wacek z pewną dozą ostrożności mógł mu wydać jakąś komendę nie ryzykując uszczerbku. Później przez kilka dni pies warował przed budynkiem muzeum. Chłopaki nabijali się z Wacka, że ma nowego przyjaciela. Ostatecznie jednak zwierzę znikło tak szybko jak się pojawiło i słuch po nim zaginał. Wacek przez jakiś czas łudził się, że wróci, ale niepotrzebnie. Pies zapewne przebywał tam, gdzie dostawał to co lubił, albo po prostu wrócił do właściciela. Ciekawym spostrzeżeniem w związku z tym psem, które szczególnie zapadło Wackowi w pamięci, było to, że pies panicznie bał się przechodzić przez mosty. Omijał je dołem, albo trzeba go było ciągnąć siłą.

Zaczęła się służba. Dzień, jak co dzień. Nuda i samotność. Przymusowe i pełne udawanego entuzjazmu pielgrzymki do wodza jakoś nie dopisywały. Wacek postanowił zająć się czymś co przyspieszyłoby mu ślimaczący się czas. Od dawna planował napisać zestaw opowiadań, ale zawsze „coś” mu przeszkadzało i ostatecznie nigdy na serio do tego podszedł. Dziś wreszcie spiął się i w porannej ciszy zaczął szukać natchnienia. Usiadł przy biurku, zdjął skuwkę ze swojego chińskiego pióra i zaczął pisać. Niebieski atrament szybko wchłaniał się w papier o rzadkiej strukturze pozostawiając na nim spisane grubą kreską myśli.

...W roku 1904 w Mandżurii urodził się Władimir Iljicz Uljanow, który głosił, że jest przyjacielem ludu. Tajemniczy luzak o wypatrzonym poczuciu humoru, przekombinowanych poglądach i niepojętej powierzchowności, w sercu którego nie było cienia nerwowości, uczciwości i zdrowego rozsądku. Jemu to właśnie dedykuję te kilka słów. Występuje on w tej opowieści w jako Wasyl Dżumburaki. Historia naszego wielkiego wodza Wasyla była mdła, niezbyt długa i tragiczna. Właśnie się skończyła. Zaliczył zgon przestraszywszy się własnej kołdry. Kołdra ożyła i doprawdy nie wiadomo, czy sama z siebie go zgładziła, czy też może wykonała wyrok na zlecenie Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwiliego lub kogoś zupełnie innego. Dodatkowo przed śmiercią raziła go rzeżączką; owa kołdra. Tak czy owak Wasyl zszedł.

Kołdra wprawdzie nazywała się cool killer, ale przecież nikt by jej podejrzewał o zabójstwo tylko dlatego, że miała zabójczą nazwę. Poza tym ukrywała się pod postacią pękatej pierzyny, cierpiała na zespól napięcia przedmiesiączkowego i była swarliwa. Władimir Iljicz Uljanow kupując ją liczył, że przygruchał sobie lalę z wielkimi pośladkami i pękatymi cyckami, od której będzie grzał się co noc, ale zawiódł się.

Czy jest to prawda, czy nie, dla autora tej powiastki jest bez znaczenia. Koniec i kropka, historii tej kres...

To jest kretyńskie. Kołdra wykonała wyrok? Wytargał z niebieskiego szkolnego zeszytu stronę, podarł i wyrzucił do kosza. Nie chciał już pisać kolejnych sarkastycznych wersji dla znudzonych wycieczkowiczek, bo znał ich na pamięć co najmniej tuzin. Nie były zbyt bezpieczne i zaczęły go nudzić. Chodziło mu raczej o coś, co w przyszłości będzie mógł opublikować. Chciał, żeby historia dobrze się czytała, żeby zawierała zawoalowane i przemycone uniwersalne wartości. Konieczny był również w owych czasach podtekst polityczny. Przyszły mu na myśl różne baśnie i przypowieści. Wreszcie pojawił się pomysł na zakręconą szufladową bezsilność. Wprawdzie był to zaledwie pomył na tytuł, ale od czegoś trzeba zacząć. Usadowił się wygodnie na wymoszczonym starą poduszką zydlu i zaczął pisać. Pióro ledwie nadążało za myślą.

W domu nikomu niewadzących małomiasteczkowych niedomatorów, w jednej z kuchennych szuflad mieszkały przeróżne pedantycznie poukładane sztućce i przybory kuchenne. W prawej części szufladowego plastikowego korytka było miejsce na nieząbkowane noże. Mimo, iż ostrza miały dobrze zaostrzone, życiowo były nierozumne i ograniczone, paradoksalnie wręcz tępe, chociaż bardzo dzielne. Następnie, pomieszkiwały noże ząbkowane, równie mało inteligentne jak te pierwsze, jednakże złośliwe i agresywne, na szczęście małych rozmiarów. Kolejne trzy wytłoczki w korytku zajmowały mocno spokrewnione ze sobą i niemal całkowicie bezwolne sztućce z kompletu obiadowego.

W tym momencie przerwał by dać ręce odpocząć. Wyprostował kości, odruchowo rzucił okiem przez okno i stwierdził z satysfakcją, że jest zadowolony ze swojego pomysłu. Koncepcja umiejscowienia systemowej niesprawiedliwości w realiach sztućców szufladowych wydała się mu idealną. Zagubione i zamknięte w ciasnych realiach sztućce, to jest właśnie to. Wreszcie przekroczył graniczny punkt niemocy, co wyzwoliło w nim wenę. Jego mózg niczym produkcyjna taśma fabryczna, zaczął komponować dalszy ciąg historii. Uszedł z niego wreszcie nadmiar pary, który nie pozwalał na twórcze myślenie.

W miejscu obok korytka z lewej strony gniotły się luźno rzucone dwie drewniane łyżki, wałek do ciasta, drewniana pałka, kamienna osełka, tłuczek do mięsa i nic nie znaczące w szufladowej społeczności inne drobne gadżety oraz wkulony w kąt całkowicie wyalienowany schizofreniczny dziadek do orzechów.

Wyalienowany schizofreniczny dziadek do orzechów, to jest dobre.
W mrokach szufladowego zamknięcia, nasi mali bohaterowie, często wiedli dyskusje na temat otaczającej ich rzeczywistości. Szufladowa lewica, była głównie drewniana, ale za to najinteligentniejsza. Cóż, prawica choć głupia, była ostra, stalowa i dysponowała znamienitym orężem. Zawartość innych szuflad i szafek stanowiła siedlisko całkowicie innych idei i dążeń. I jak to w życiu bywa wszędzie rozważano sprawy, na których zupełnie się nie znano. Jedno jest pewne, wszyscy chcieli żyć godnie, choć pojęcie godności nie było jasno zdefiniowane. A nawet gdyby było, mogło być różnie interpretowane. Pewnego dnia, kiedy to domownicy byli poza szufladowym domem, w leniwie upływającym mroku zamknięcia, stalowa łyżka z kompletu opowiadała nostalgicznie bajkę małej łyżeczce o nieszczęśliwej łyżkowej królewnie.

Ta nieszczęśliwa złota łyżkowa królewna pewnego razu spacerując po kuchennych zakamarkach spotkała siedzącego pod wystudzoną frytownicą starego, ubogiego mędrca korkociąga, który jak to bywa w bajkach i tylko w bajkach, był niezwykle szczęśliwy i ciągle się uśmiechał.

- Z czego tak się cieszysz ty stary zdezelowany wyrwikorku? - Zapytała gorzko i niezbyt grzecznie nieszczęśliwa łyżkowa królewna.
- Jestem bardzo szczęśliwy, ponieważ żyję tak daleko od swoich bliźnich, że nie mogą oni mnie ani po cichutku okradać, ani oszukiwać ani, za pomocą aparatu państwowego nie mogą mnie rabować w sposób jawny i bezczelny. Nie mogą mi także do znudzenia pieprzyć, że jestem dzięki nim szczęśliwy pozostawiając sprawę mego szczęścia wyłącznie mnie.
- Wielce szanowny staruszku korkociągu — przemówiła zawstydzona królewna — bardzo cię przepraszam. Co prawda wyglądasz rzeczywiście na starego zdezelowanego wyrwikorka, ale mądrości w tobie jest tyle ile urody we mnie. Ponieważ dobrze by było, żebym oprócz urody miała trochę rozumu, powiedzże mi więc jak to jest, że to co jest dla mnie przyczyną udręki, stanowi dla ciebie powód do zadowolenia.
- To proste. Powinnaś obiektywnie spojrzeć na rzeczywistość. Na pewno nie jest wygodnie żyć samotnie w tak wielkiej kuchni z dala od innych kuchennych przyborów, ale dzięki temu, że mieszkasz od nich tak daleko możesz zbudować społeczeństwo, w którym nie będzie tego wszystkiego, co zatruwa życie innym pospolitym społeczeństwom.
Tu kompletowa łyżka zamilkła.

- Czy to już koniec bajki? – Spytała zaciekawiona łyżeczka.
- Tak – odrzekła łyżka z metaliczną melancholią w głosie. – Tylko w bajkach można zbudować wszystkim szczęście.

Morał tej bajki zapadł wszystkim mieszkańcom szuflady głęboko w ich malutkie serca. Popadli w chwilowe odrętwienie i zadumę. Niemal każdy zrozumiał ją inaczej. Jedni wzruszyli się, inni wzburzyli do granic możliwości. Wszyscy jednak odczuli swoją niedolę.

Wacek z ulgą stwierdził, że z dobrym skutkiem skończył opowiadanie. Uznał, że jego treść wypełnia wszystkie założone cele. Jednak czuł pewien niedosyt. Zbyt szybko mu poszło. Trochę też było za krótkie. Zazwyczaj potrzebuje całego dnia by tyle napisać. Tym razem zmieścił się w jakichś dwóch godzinach. Skoro tak, warto by to wykorzystać. Zaparzył w kubku kawę i wyszedł na werandę by zaczerpnąć świeżego powietrza. Delikatna bryza ledwie widocznej mżawki wdzierała się niemal wszędzie. Żeby nie dać się zrosić, był zmuszony poszukać dogodnego miejsca. Znalazł je na wprost głównego wejścia do budynku. Przesunął pod drzwi drewnianą ławeczkę i usiadł lokując się pod sporym zadaszeniem.

Łyk po łyku delektował się fusiastym napojem. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk skrzypiących zawiasów bramki ogrodzenia. Spod parasola uśmiechała się pani Maria. Zapomniał, że w środy jest dzień wewnętrzny i pani Maria będzie ścierać kurze z muzealnych bibelotów oraz zmieniać Leninowi pościel. Kobieta była miłą góralką zatrudnioną w muzeum na etacie do prac porządkowych i nie tylko. Wacek często przyglądał się jak sprawnie szydełkuje lub robi na drutach. Jako, że w muzealnym budynku nie było zbyt wiele o roboty, zazwyczaj szybko kończyła pracę i siadała przy oknie wykonując swoje domowe ręczne robótki. Jej głównym zajęciem było dzierganie swetrów, które później sprzedawała na jarmarku. Dzięki temu, jak mawiała: piekła dwie pieczenie na jednym ogniu. Wacek chwilę z nią pogadał, a następnie wrócił do dyżurki. Góralka szybko wzięła się do roboty i nie przeszkadzali sobie wzajemnie. Dopiwszy reszkę kawy odstawił kubek i wrócił do pisania.

Z szufladowej ciszy i drzemki wyrwał wszystkich okrzyk.

- Bić gary, szkło i plastik! – Wykrzykiwał gardłowo, jeden z dwunastu, stalowy widelec, wychylając się ze zwartego dotychczas kolektywu.
- Ty z kompletu siedź cicho! – Zripostował drewniany wałek, największy mieszkaniec szuflady i jednocześnie lokalny mędrzec. - Płotu nie przeskoczysz, daj sobie na wstrzymanie. Widzę, że jest w tobie mnóstwo niepohamowanej złości. Zwłaszcza pod adresem tych, którzy tak umiejętnie i z takim wyczuciem klimatu społecznej głupoty budują świetlaną przyszłość sobie i przyszłym pokoleniom, kosztem nędzy szerokich mas naszego kuchennego społeczeństwa. Ale uważaj, bo możesz skończyć w zlewie pod bieżącą wodą! Zwłaszcza ty, kompletowy widelec. Sparzą cię wrzątkiem, zmyją pamięć i tyle będziesz miał.
- Jesteśmy gotowi do walki! – Przekrzykiwały się wzajemnie, w totalnym braku znajomości realiów, noże. – Jesteśmy gotowi! Ciąć, tasać i rąbać! Ciąć...
- Kiedy jesteśmy bezsilni, – ciągnął spokojnie niewzruszony wałek - to używamy mocnych słów. Szydzimy, wykrzykujemy obraźliwe określenia, zachowujemy się agresywnie. Jeśli zaś posiadamy możność i umiejętność skutecznego działania, to działamy, a działanie wyklucza bezsilność. Niestety, na razie jesteśmy bezsilni.
- Porzućmy wszelką nadzieję, bo nasza obecna bezsilność jest zupełnie beznadziejna!- Rzuciła zakręconym tekstem drewniana łyżka, próbując zaimponować drugiej drewnianej łyżce, swojej kochance i życiowej partnerce, i tak się podnieciła tym wystąpieniem, że cała się zrosiła.

Nożyk do obierania ziemniaków, naturalny flegmatyk, też chciał zabrać głos, więc zebrał się w sobie, chrząknął i wypowiedział niemal z nonszalancją zasłyszane kiedyś od ludzi słowa.

- A tak ogólnie mówiąc, jeśli ktoś głosi miłość bliźniego, a sam nie jest biedakiem, to na pewno jest hipokrytą, bo gdyby serio traktował miłość bliźniego, to musiałby postępować tak jak to zalecał niejaki Jezus... Takie ludzkie bóstwo. Głosił on: co masz sprzedaj, a gotówkę rozdaj ubogim.
- No obierak zaskoczyłeś mnie. I chociaż masz rację, ślizgasz się po temacie. – Pochwalił go wałek, jednocześnie ganiąc. - Posłuchaj uważnie, bo mówimy o bezsilności. Widzisz... – ciągnął z zacięciem akademickiego mentora - bezsilność to brak możliwości radzenia sobie z kontrolowaniem. Niechętnie się przyznajemy, że jest coś, na co nie mamy wpływu i czego nie potrafimy kontrolować. Wielu z nas, jak na przykład noże, wyznaje poczucie siły, korzysta z przemocy, panowania, podporządkowywania. Według nich uznanie bezsilności oznacza, że jest się słabym, mniej wiedzącym, nie potrafiącym i nie mającym na nic wpływu.
- Noże przecież same nie mogą nic, podobnie jak my wszyscy. No, bo przecież same nie tną. Niebezpieczne są jedynie w ręku człowieka. – Zauważył tłuczek do mięsa, chcący koniecznie wziąć udział w dyskusji.- Ja też jestem ostry i ciężki, to oznacza, że jestem bardzo niebezpieczny, ale sam nie mogę nic.
- Tłuczek ma rację, że w tym sensie nie mamy nad sobą kontroli. Choć oczywiście, po części jest to kwestią myśli i woli. Ludzie przecież nie potrafią sami latać, ale wymyślili maszyny, które unoszą ich w powietrze. Mało tego, są nawet tacy, którzy potrafią lewitować. – Przemówiła milcząca dotychczas drewniana pałka, błyszcząc analitycznym pomyślunkiem.
- Co to znaczy lewitować? – Zapytała łyżeczka.
- To jest unosić się za pomocą własnej woli w powietrzu.- Rzuciła dumna ze swej wiedzy pałka.
- A więc, jak widać nikt nie lubi stanu bezsilności, zwłaszcza kiedy ktoś lub coś wymyka się spod kontroli. Wydaje się więc, że ten, kto nie ma wpływu na swoje życie, to nieudacznik. Bezsilność kojarzy się negatywnie. Jest to wada, ułomność, feler. Każdy obawia się, że gdy ogłosi swoją bezsilność, to zostanie ona wykorzystana przeciwko niemu. Dlatego trzeba walczyć, ale walka to nie tylko agresja wobec kogoś. Walka to stały kontakt z problemem, po to by udowadniać swoją przewagę. Bezsilny nie jest w stanie niczego zdziałać, nie ma szans na to, żeby coś zmienić i żeby czemuś nadać określony kształt. Uczucie bezsilności jest istotą życia, tak jak jest nią poczucie mocy. Można, bowiem odczuwać zarówno moc, jak i bezsilność. Można odczuwać moc opanowywania świata i siebie samego, lecz równocześnie odczuwać bezsilność, kiedy się musi zapanować nad sobą samym. Sposoby obchodzenia się z uczuciem bezsilności – snuł niezrozumiale wałek niczym kaznodzieja – uwalniające od paraliżu woli są różne w zależności od sytuacji i przeżywającego i wpierw należy to dokładnie określić. By tak się stało, potrzeba stanąć oko w oko z rzeczywistością własnej bezsilności.
- Filozofujesz wałek i tyle! – Podniósł się lament znudzonych niezrozumiałym wywodem mieszkańców szuflady.
- A ja się z wałkiem zgadzam. – Zabrzęczała stalowa łyżka z kompletu, autorka bajki o łyżkowej królewnie.
- My się tym tematem tak naprawdę nie interesujemy. – Zaklekotały stereofonicznie zakochane w sobie drewniane łyżki tuląc się do siebie.
- Bić gary, szkło i plastik! – Po raz kolejny wykrzyczał głupkowaty stalowy widelec, jeden z dwunastu.
- Zagryzłbym sobie orzeszka. – Przemycił niepostrzeżenie swój tekst, tubalnym i nieco zachrypniętym głosem, zazwyczaj milczący i zamknięty w sobie dziadek do orzechów.
- Nic nie zrozumieliście! O bezmyślna sforo! – Rzekł do wszystkich z proroczym zadęciem zasmucony wałek.- Jak można obiektywnie mówić o bezsilności, kiedy samemu tak naprawdę jest się bezsilnym? Przy takim podejściu, do niczego nigdy nie dojdziecie!

Niebawem problemy mieszkańców szuflady rozstrzygnęły się same. Otóż spokojni małomiasteczkowi niedomatorzy ludzkiej rasy, wpierw użyli ich stosownie z przeznaczeniem, myjąc później (w świeżo zaimportowanej z USA) zmywarce do naczyń, co ostatecznie zmyło ich rewolucyjny zapał.

Padł wyczerpany tym skomplikowanym tekstem. Sklecenie tych kilkudziesięciu zdań wykończyło go, choć sprawiło mu ogromną satysfakcję. Nie zorientował się nawet, że pani Maria dawno już poszła. Ocknął się dopiero na dźwięk kroków na werandzie. Był to Wojtuś, który przyszedł go zmienić. Idąc na dworzec marzył o tym, by być jak (niedawno co przeczytany) Orwell. W każdym razie w swojej arogancji miał czelność, po eksplozji twórczych pomysłów, porównywać się z zakazanym w kraju autorem.
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl