O Barbarze Kurkowiak-Grocholskiej, naszej wspaniałej narciarce alpejskiej pisaliśmy już wielokrotnie. 98-letnia dziś już mieszkanka swego ukochanego Zakopanego ma swoje traumatyczne wspomnienia z Powstania Warszawskiego.
Podczas okupacji jej rodzina mieszkała w podwarszawskich Laskach. 31 lipca 1944 roku na ramie roweru (!) ze starszą kuzynką zabrała się do Warszawy. Wiedziała już po co, ale nie zdawała sobie sprawy, jak okrutne mogą to być przeżycia. Był 1 sierpnia, godzina "W" na Powiślu, pierwsze strzały, pierwsi ranni, pierwsi zabici - była sanitariuszką...Pozostał jednak w pamięci pani Barbary wiersz, który kiedyś napisała:
SIERPIEŃ 1944
Pseudonimy - Żbik i Sarenka - wcześniej nigdy się nie spotkali...
Stanowisko niby obojętne - noc,
tym czarniejsza, że to Powstanie.
Tym czarniejsza, że niebo sierpnia, niebo gwiazd.
Pocałunki - tak nagłe, że nie wiadomo -
czy to gwiazdy spadające - czy serie z Parabellum.
Czy to miłość .....?
Rano już ich nie było...
Pod gruzami błysnęła obrączka zgnieciona -
Nie weszłaby na palec...
A - pamiętasz artylerię przeciwlotniczą w nocy -
lecące w górę złote koraliki...
jak fontanna, jak bańki w szklance.....
js/



