Zakorkowane nie tylko w weekendy ulice naszego miasta skłaniają do refleksji z lat minionych; pół wieku temu stałem się posiadaczem własnego samochodu osobowego: był nim Fiat 126p.
Mały samochodzik, który zrewolucjonizował wyboiste polskie drogi, powstał we wrześniu 1972 roku, a pierwsze jego egzemplarze wyjechały z włoskiego, jakże bliskiego polskiemu sercu miasta Cassino. Dwa miesiące później, z wielką propagandową wrzawą, zmontowano w Bielsku Białej pierwsze "maluchy" z importowanych części.Lata siedemdziesiąte, zwane też "dekadą Gierka", przyniosły skok cywilizacyjny w siermiężnym PRL-u, którego kołem napędowym była bez wątpienia motoryzacja. Przestarzała warszawa czy syrena, także i inne demoludowe wynalazki, musiały ustąpić miejsca nowoczesnym konstrukcjom z Zachodu, które coraz bardziej kręciły amatorów własnych czterech kółek.Ale nie było to zadanie ani łatwe ani tanie. W tym okresie w naszym kraju na 100 mieszkańców przypadały statystycznie 2 (słownie dwa!) samochody osobowe; w Europie zachodniej wskaźnik ten był dziesięciokrotnie wyższy (na dziś liczba ta osiąga już ponad 60, co plasuje nas w czołówce kontynentu)! Licencja na Fiata 125p miała poprawić ten wskaźnik, jednakże ten nowoczesny już produkt z Turynu nadal jeszcze pozostawał w sferze marzeń zwykłego Kowalskiego.
Jako młody żonkoś zdany byłem na przychylność teścia, który był posiadaczem dużego fiata jeszcze na oryginalnych włoskich częściach. Toteż gdy 5 lutego 1972 roku, akurat w rocznicę ślubu, gruchnęła wiadomość o uruchomieniu przedpłat na "maluchy" w Banku PKO (tym BP), wysupłaliśmy 1.300 złotych na pierwszy wkład do samochodowej książeczki; to była połowa średniej pensji w tym czasie. Cenę urzędową na Polskiego Fiata 126p ustalono na 69.000 złotych, można było go także nabyć w ramach tzw. eksportu wewnętrznego za dewizy lub bony PeKaO o równowartości 1.100 $! "Urzędowa" cena dolara wynosiła ...cztery złote, czarnorynkowa zaś sto, łatwo więc wyliczyć, że na giełdzie w Słomczynie nowy fiacik kosztował ponad sto tysięcy złotych! Cwaniakom po obu stronach ówczesnej gospodarki dano do garści solidne narzędzie do finansowej manipulacji...
Szanse na "wylosowanie" autka rozkładały się na minimum cztery lata; w najgorszym wypadku mogłoby to być nawet sześć! Pokornie jednak zdecydowałem się na odkładanie comiesięcznej daniny, łatanej groszowymi wierszówkami w "Dzienniku Polskim" i honorariami, dorabianymi po pracy (patrz album: "Szarotki kwitną na lodzie") zwłaszcza, że "w drodze" był już mój inny maluch - Wojtek, późniejszy pasjonat motoryzacyjny, co pozostało mu do dziś.
Pół wieku temu dziennikarskie poletko wyglądało nieco inaczej, niż dziś, a dobre wiadomości były publikowane w pierwszym rzędzie. W tamtych czasach propagowano różne społeczne akcje, obok bezmięsnych poniedziałków i alkoholu po 13-tej, sadzono też drzewa, zbierano makulaturę, oszczędzano. I tak, w przeddzień rozpoczęcia kampanii "Październik miesiącem oszczędności" wyruszyłem na wywiad z Tadeuszem Zapiórkowskim, ówczesnym dyrektorem banku PKO, także Posłem na Sejm PRL z ramienia Stronnictwa Demokratycznego. Ów przezacny pan był przy okazji dobrym znajomym moich rodziców, toteż rozmowa rychło skierowała się na sprawy prywatne i siłą rzeczy na oszczędzaniu, w tym także na "malucha". Nieoficjalnie dyrektorzy banków mieli śladowe rezerwy asygnat na upragnione przez społeczeństwo autko i niebawem jedna z nich trafiła w moje ręce. Cóż to była za radość po niemal dwóch latach finansowych wyrzeczeń, pozostała tylko wyprawa do krakowskiego Polmozbytu. Przy ulicy Prandoty od świtu kłębiły się tłumy szczęśliwych nabywców czterech kółek, tęsknym okiem łaknących jakiegoś kolorowego cacka w gromadzie białych i szarych samochodzików.
Zgodnie z regułami gry tamtych czasów, należało zaopatrzyć się w instrumenty, łagodzące zbójeckie obyczaje ludzi, pracujących w Polmozbytach. Oprócz kanapek i termosu z herbatą były to nie budzące podejrzeń zawiniątka, zawierające banknoty (najlepiej dolarowe), za które sprzedawca zwany kierownikiem salonu mógł sobie sprawić nowe dżinsy w Pewexie czy kupić parę flaszek francuskiego brandy. W moim przypadku, okupionym stresem i równowartością "levisów", już po kilku kwadransach stałem się szczęśliwym posiadaczem krwistoczerwonego "malucha" w wersji eksportowej (ponoć o 2 konie silniejszej) i z pompką spryskiwacza po lewej ręce. Jeszcze tylko paczka Marlboro dla ciecia przed szlabanem i dalejże Aleją Trzech Wieszczów do równie królewskiego grodu na Podhalu, aby zdążyć jeszcze do Wydziału Komunikacji z rejestracją. A numer miał: KG 7070!
Mam w zanadrzu jeszcze wiele "maluchowych" opowieści, ale wówczas miarą wartości tego autka był fakt, że gdy po powiększeniu rodziny zdecydowałem się na większy pojazd, roczny 126p wystarczył do zamiany na czteroletniego 125p.
Z wielkim sentymentem zatem dotarłem do skromnego muzeum w kolebce Fiata w Bielsku Białej, któremu nadano imię Ryszarda Dziopaka, legendy bielskiej fabryki, gdzie swoją prywatną kolekcję "maluchów" zgromadził bodaj największy znawca tych autek w Polsce, pan Antoni Przychodzień.
Już od wejścia podziw budzi wojskowa wersja 126p 650; ten trzyosiowy egzemplarz jako pojazd doświadczalny służył w latach 1979-80 w formacji powietrzno-desantowej, mógł zabrać na pokład 6 żołnierzy i nosze. Inny "wojak" jest aktualnie w renowacji; pojazd z Oficerskiej Szkoły Łączności w Zegrzu miał możliwość instalowania płóz i gąsienic, w zależności od warunków drogowych!
Specjalnie wyposażone "maluchy" produkowano na potrzeby służb; jest więc egzemplarz dla zakładowej straży pożarnej czy milicji, ciężarowy "bombel" czy auto dla inwalidy. Były wersje kabriolet i przystosowane do holowania przyczepy z Niewiadowa, w końcowej fazie przeniesiono silnik do przodu w wersji Bis. Maluch trafił nawet na znaczek pocztowy!
Podstawą produkcji Fiata 126p był jednak eksport i przez 17 lat z wyprodukowanych w Polsce ponad 3,3 miliona sztuk prawie 900 tysięcy samochodów trafiło do blisko 80 krajów świata (z tego tysiąc do Chin!).
Długo można by słuchać opowieści o małym, ale jakże wielkim fiacie w wydaniu pana Antoniego, jednak gościnność też ma swoje granice, toteż pełną wiedzę o historii autka, które zrewolucjonizowało polską motoryzację, było mi dane posiąść z wielkiej biografii tego samochodu autorstwa Przemysława Semczuka, którą kustosz tego unikalnego muzeum, zgodził się wymienić za egzemplarz albumu "Podhalańskich kółek czar".
Ech, łza się w oku kręci na wspomnienie tamtych siermiężnie motoryzacyjnych czasów, do których, jak do pierwszej miłości, zawsze chętnie się wraca ...
Jacek Sowa





Bis nie miał silnika z przodu, tylko z tyłu. Miał za to dwa mini bagażniki. Silnik z przodu miał protoryp Ryjek.