16.08.2020, 16:58 | czytano: 951

Co dziś się mówi i pisze o Bitwie Warszawskiej. Jak zaznaczana jest jej setna rocznica

zdj. Podhale24
Brytyjski lord Edgar Vincent D’Abernon nazwał Bitwę Warszawską „18. przełomową”, czy też „18. najważniejszą bitwą w historii świata”. Napisał to jednak kilkanaście lat później w swojej książce wspomnień, jakby dowartościowując swój udział i znaczenie Bitwy Warszawskiej, której się przyglądał, bo żadnej pomocy Polsce i Polakom nie udzielił.
- To co się stało, to kompletna kompromitacja. Nie ma obiecywanego muzeum, nie ma łuku triumfalnego. Widać, że setna rocznica zaskoczyła wszystkich, niczym zima drogowców. To temat do dociekań, dlaczego ta rocznica jest obchodzona tak po macoszemu, choć była doskonałą okazją do zbudowania nowej, ważnej narracji dla Polski – mówi w rozmowie z portalem DoRzeczy.pl Rafał A. Ziemkiewicz.
Z kolei Stanisław Michalkiewicz celnie wskazuje, że "zaprzepaszczona została okazja światowej promocji Polski w setną rocznicę zwycięstwa w wojnie bolszewickiej. Bo ustawienie w Warszawie pomnika w kształcie śruby, czy nawet rekonstrukcje historyczne 15 sierpnia, to nie jest żadna promocja". I dalej pisze: "promocja Polski przy okazji setnej rocznicy tego zwycięstwa, powinna być skierowana na poinformowanie o tym zagranicy.... Europa, jak i reszta świata, zwłaszcza ta jego część, która na własnej skórze komunizmu nie doświadczyła i właśnie próbuje z nim eksperymentować, powinny się o tym dowiedzieć".

Gdyby choć wyprodukować spoty przypominające Francuzów, którzy wyposażyli "błękitną" armię Hallera, która w kwietniu 1919 roku dotarła do Polski w sile 68 tysięcy doskonale wyszkolonych i uzbrojonych żołnierzy.

Innego rodzaju spot mógłby przypomnieć Czechom wrogie działania, skierowane przeciwko Polsce. Nie przepuścili przez swój kraj pociągów z polskimi żołnierzami oraz pociągów z amunicją wyprodukowaną dla Polski na Węgrzech.

Nic takiego się nie stało. Zostanie kupa piachu na stadionie narodowym w Stolicy.

Wróćmy do historii.

Abp Aleksander Kakowski, metropolita warszawski, napisał list do proboszczów, którzy byli na miejscu w swoich parafiach, w którym podkreślił, że nie wolno im dezerterować, a jeśli ktokolwiek opuści swoją parafię, to z miejsca zostanie przez niego suspendowany. To były silne i jednoznaczne słowa, które miały mobilizować kapłanów, oddalać od nich lęk i tchórzostwo, tak żeby byli z wiernymi i trwali z nimi mocni w wierze – mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Jan Żaryn.

Zadaje pytanie: z kim toczyliśmy wojnę w latach 1919-1921? Z Rosją bolszewików czy może również z Niemcami, których kilkadziesiąt tysięcy znalazło się w szeregach armii czerwonej? A może także z Brytyjczykami i Francuzami, którzy mieli własną wizję geopolityczną, w której nie przewidywali miejsca dla niepodległej Polski?

Profesor Żaryn przypomina: Bolszewicy to jednak także ówczesna międzynarodówka komunistyczna, czyli jaczejki znajdujące się w różnych częściach Europy, które zarówno w 1919 jak i 1920 roku potrafiły wzmóc ogień rewolucyjny po I Wojnie Światowej na terenach, gdzie panowało masowe bezrobocie, bieda, głód, które razem promowały postawy roszczeniowe i strajkujące.

Wskazuje na przykład strajku dokerów gdańskich, w trakcie którego uniemożliwiano dostarczenia amunicji i innego sprzętu Polakom walczącym z armią czerwoną.

Zapomniano o szturmie modlitewnym w polskim Kościele oraz zaangażowaniu ówczesnego papieża Benedykta XV, czy Przewodniczącego Episkopatu Belgii kard. Mercier w intencji Polski walczącej z nawałą bolszewicką.

Według profesora Żaryna świętowanie tylko jednego dnia - 15 sierpnia jest nieporozumieniem. Wojna rozpoczęła się od zajęcia i opanowania Wilna w kwietniu 1919 roku z rąk bolszewickich

Na początku 1920 roku Polska wspierała Łotyszy także zagrożonych bolszewickimi atakami na terenie Pribałtiki.

Piłsudski z punktu widzenia polskiej racji stanu nie widział powodu, żeby kontynuując walki z bolszewikami i tym samym przyczynić się do zwycięstwa strony „białej”, która nie była zainteresowana niepodległą Polską.

Potęguje się kult Piłsudskiego, zapominając o generale Hallerze, Wincentym Witosie, czy Ignacym Daszyńskim i Romanie Dmowskim.

Jerzy Wolak na Pch.24 przypomina jak to Józef Piłsudski w stanie krańcowej apatii, złożywszy na ręce premiera rezygnację ze stanowiska naczelnika państwa i naczelnego wodza już 12 sierpnia, czyli w momencie nie całkiem jeszcze krytycznym, opuścił stolicę, by – jak twierdzą nieprzychylni mu – szukać pocieszenia w ramionach konkubiny, czy też, aby – jak utrzymują jego zwolennicy – rzucić na stos swój życia los, osobiście prowadząc słynne uderzenie znad Wieprza.
Jerzy Wolak sięga też po trzy przykłady z lata 1920 roku. Oto już na początku sierpnia naczelny dowódca Armii Czerwonej, Siergiej Kamieniew w porozumieniu z komisarzem ludowym do spraw wojskowych Lwem Trockim wydał dowódcy frontu południowo-zachodniego Aleksandrowi Jegorowowi rozkaz przekazania trzech armii tegoż frontu zbliżającego się właśnie do Lwowa pod komendę prącego na Warszawę Tuchaczewskiego. Jednak sprawujący funkcję komisarza politycznego frontu Józef Stalin, niechętny Trockiemu i zazdrosny o wojenną sławę Tuchaczewskiego sprytnie opóźnił wykonanie tego rozkazu, wskutek czego czerwona konnica rozpoczęła przegrupowanie dopiero 13 sierpnia, czyli za późno.

Tego samego dnia 13 sierpnia zginął pod Dubienką major Wacław Drohojowski, przy zwłokach którego czerwonoarmiści znaleźli supertajną mapę z wyrysowanym planem działań polskich wojsk. Tuchaczewski jednak, zgodnie z sowiecką mentalnością, uznał dokument za mistyfikację, mającą wprowadzić go w błąd celem wymuszenia na nim niekorzystnych przegrupowań, i orzekłszy, że nie z nim takie tanie numery zignorował go.

A 15 sierpnia, podczas zaciętych walk nad Wkrą, polski pułk ułanów pod dowództwem majora Zygmunta Podhorskiego, wykorzystując nagle wytworzoną lukę we froncie wpadł do Ciechanowa, by znaleźć w nim pozbawiony jakiejkolwiek osłony sztab jednej z armii sowieckich i jedną z dwóch bolszewickich radiostacji. Zdobycie jej umożliwiło przestrojenie warszawskiego nadajnika na częstotliwość wroga i rozpoczęcie skutecznego zagłuszania – czytanym bez przerwy tekstem Pisma Świętego – czerwonych nadajników z Mińska, gdzie stacjonowało dowództwo Armii Czerwonej, wskutek czego jej oddziały nie były w stanie odbierać rozkazów Tuchaczewskiego.

ERRATA:

Brytyjski lord Edgar Vincent D’Abernon nazwał Bitwę Warszawską „18. przełomową”, czy też „18. najważniejszą bitwą w historii świata”. Był on wysłany na czele politycznej części misji alianckiej do Warszawy w końcu lipca 1920 roku. Problem polega na tym, że napisał to kilkanaście lat później w swojej książce wspomnień, jakby dowartościowując swój udział i znaczenie Bitwy Warszawskiej, której się przyglądał, bo żadnej pomocy Polsce i Polakom nie udzielił.

Przestudiowałem w archiwum w Londynie zapiski lorda D’abernona i raporty wysyłane bezpośrednio przez niego w lipcu i sierpniu 1920 roku do brytyjskiego premiera Davida Lloyda George’a. Początkowo, bo później się to zmienia, były one pełne pogardy i poczucia z jednej strony wyższości, a z drugiej zmarnowanego wysiłku lorda D’abernona i jego współtowarzyszy w Warszawie.

„Po co pomagać tym Polakom? Przecież oni do niczego się nie nadają. Oni nie tylko nie obronią się przed bolszewikami, ale nawet nie zasługują na jakąkolwiek pomoc”, tak mniej więcej brzmiały notatki lorda D’Abernona. Jego zdaniem Europa zaczynała się od Niemiec i to dopiero Niemiec warto bronić.

Trzeba oddać lordowi D’Abernonowi, że był zdecydowanym antybolszewikiem i chciał bronić Europy przed czerwoną zarazą, ale powtarzam – dla niego Europa zaczynała się od Niemiec. To właśnie Niemcy były dla niego pierwszym krajem w obronie którego mogą stanąć Brytyjczycy. Wszystko na wschód od Niemiec to „barachło” i „niewolnicy” i nieważne kto tam będzie rządził, bo to nie są problemy zajmujące cywilizowanego człowieka.

Tak wygląda z bliska widziana prawda o osiemnastej najważniejszej bitwie świata. Lubimy czasem się pompować tym stwierdzeniem, bo przecież tak napisał angielski lord. W rzeczywistości ten lord pisał coś zupełnie innego w przededniu Bitwy Warszawskiej.

Dopiero kiedy zobaczył on polskie, samotne zwycięstwo, przy którym Wielka Brytania zrobiła co mogła, żeby Polsce zaszkodzić, wtedy dopiero lord D’abernon zmienił zdanie. Zrobił to jednak po to, żeby podźwignąć własną rolę, że był przy tej wielkiej bitwie i tym wielkim zwycięstwie.

Tak właśnie narodziło się to pojęcie, do którego specjalnie wiele osób na Zachodzie nie przywiązuje większej wagi.

Powyższy tekst stanowi fragment rozmowy z 11 maja 2020 roku, jaką z prof. Andrzejem Nowakiem przeprowadził Tomasz D. Kolanek.

oprac. PS
Zobacz pełną wersję podhale24.pl