12.07.2021, 10:27 | czytano: 940

108 rocznica urodzin Bolesława Kupca z Poronina, więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz zamordowanego w Palace

zdj. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau
Poznajcie Bolesława Kupca. Urodził się 12 lipca 1913 roku w Poroninie. Był rzeźbiarzem. Za swoją patriotyczną postawę i opór brutalnie torturowany w katowni Podhala Palace. Został wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, drugim transportem z 20 czerwca 1940 roku wraz ze swoimi braćmi Janem, Józefem, Władysławem i Karolem.
Tam został członkiem Związku Organizacji Wojskowej, utworzonej przez rotmistrza Witolda Pileckiego.
Bolesław Kupiec po jakimś czasie został przetransportowany z KL Auschwitz ponownie do Palace. Został zamordowany 4 marca 1942 roku podczas bestialskiego śledztwa.

Jak wspominał Jego brat, Antoni Kupiec:
"Któregoś wieczoru w drugiej połowie stycznia 1940 roku, gdy zamierzaliśmy kłaść się spać, dobiegł naszych uszu warkot samochodu. Podszedłem do okna i zobaczyłem zatrzymujący się samochód - " budę " . Wyskoczyli z niego Niemcy z automatami w rękach i okrążyli dom. Upłynęło zaledwie kilka sekund, a już rozległo się łomotanie do drzwi i okrzyki : Otwierać!!!

Nie było rady, brat otworzył drzwi. Do mieszkania wpadło czterech gestapowców.
- Ręce do góry! Twarzą do ściany! - wrzasnął jeden z nich łamaną polszczyzną.

W drugim pokoju znajdowali się akurat dwaj studenci z Warszawy, Jerzy Łaski i Jan Bruner. Chcieli przedostać się przez granicę na Węgry. Skierowała ich do nas organizacja podziemna. Mieli przenocować w naszym domu, a następnego wieczoru zamierzaliśmy ruszyć w drogę.
Przyprowadzono ich z drugiego pokoju, w samej tylko bieliźnie, z podniesionymi rękami i kazano stanąć obok nas. Gestapowcy przystąpili do rewizji. Powyciągali z szaf ubrania, porozrzucali wszystkie sprzęty. W parę minut mieszkanie wyglądało jak po trzęsieniu ziemi.
Jeden z Niemców trzymając w ręce pistolet zajął się nami.
- Gdzie macie broń, bandyci!? - miotał się jak furiat.

Bolek odpowiedział, zgodnie z resztą z prawdą, że broni nie mamy. Gestapowca rozwścieczyło to bardzo. Wymierzył bratu potężny cios pistoletem w tył głowy. Bolek upadł na podłogę.
- Wstawaj, bandyto! - wrzeszczał hitlerowiec, kopiąc leżącego.

Brat zalany krwią dźwignął się z podłogi i stanął na chwiejnych nogach.
Przez jakiś czas jeszcze gestapowcy plądrowali w całym domu, zaglądali do każdego zakamarka. nie znaleźli jednak niczego, co by nas w ich pojęciu kompromitowało.
Po zakończeniu rewizji oświadczyli mnie, bratu i studentom, że jesteśmy aresztowani.
- Ubierać się! - rozkazał któryś z napastników.

Po chwili zakuto nas po dwóch w kajdany i wyprowadzono na podwórze.
Popychani przez eskortę wgramoliliśmy się do samochodu. Przed odjazdem tłumacz uprzedził, że najmniejsza próba ucieczki któregokolwiek z nas grozi rozstrzelaniem pozostałych aresztowanych.
Z Poronina, gdzie mieszkaliśmy, przyjechaliśmy do Zakopanego na ul. Nowotarską. Tu w budynku sądu mieściło się więzienie. Sprowadzono nas na dół i wtrącono do oddzielnych cel. Ta, do której trafiłem, była tak zatłoczona, że popchnięty przez Niemca wpadłem wprost na czyjeś plecy. W ciemności nie mogłem rozpoznać żadnej twarzy. Dopiero nazajutrz trochę się rozejrzałem. Było nas tu około 25. Moi współtowarzysze niedoli aresztowani zostali kilka dni wcześniej. Odnalazłem wśród nich znajomych: Stefana Schabenbecka, Stanisława Hołego i Feliksa Klapera z Zakopanego, oraz Franciszka Galicę z Poronina. Byli to ludzie schwytani podczas przechodzenia przez granicę bądź też podejrzani o pomoc przy tych przejściach. Wśród więźniów znajdowali się również oficerowie Wojska Polskiego.
Nazajutrz przewieziono mnie na śledztwo do " Palace ". Wprowadzony do dużej sali na pierwszym piętrze zobaczyłem trzech gestapowców, którzy czekali już na mnie. Nazwiska ich poznałem później. Byli to: Paul Nanen, Dumaradzki i Blaude.
Stanąłem w kącie sali. Nanen spisywał moje personalia, Dumaradzki tłumaczył na niemiecki.

- Czy wiesz, gdzie się znajdujesz? - zaczęło się właściwe przesłuchanie.
- Wiem - odpowiedziałem.
- Gdzie jest schowana broń? - padło drugie pytanie i nie czekając na odpowiedź gestapowiec już pytał, od jak dawna należę do organizacji dywersyjnej.
- Broni nie mam i do organizacji nie należę.

Na tym właściwie krótki dialog się skończył. Nanen bez pośpiechu wyszedł zza biurka i zaczął mnie mocno bić gumową pałką po twarzy, po głowie i gdzie popadło. Czułem straszny ból. Próbowałem odruchowo zasłonić głowę rękami. Nie na wiele się to jednak przydało, bo rozzłoszczony gestapowiec kopnął mnie w nogi i runąłem jak podcięty. Teraz dopiero rzucili się do bicie wszyscy trzej. Kopali, bili gumowymi pałkami i żelaznym prętem.
Kiedy po pewnym czasie kazali wstać, byłem tak skatowany, że przyszło mi to z największym wysiłkiem. Z nosa buchała krew.
Wyprowadzony do łazienki obmyłem twarz. Miałem nieśmiałą nadzieję, że może to już koniec dzisiejszej " rozmowy " . Ale gdzie tam. Musiałem wrócić do tego samego pokoju i tu usłyszałem te same pytania, po których nastąpiło znowu bicie. Trwało to wszystko kilka godzin. Dla mnie była to cała wieczność.
Wreszcie pół żywego wypchnięto mnie na korytarz i tam kazano stać twarzą do ściany. Dopiero wieczorem pod eskortą zostałem odwieziony sankami na Nowotarską.
Kilka dni minęło spokojnie, ale ja nie mogłem utrzymać się na nogach. Prawie cały czas leżałem na pryczy. Ten szczęśliwy okres odpoczynku trwał jednak niedługo.
Któregoś dnia znów usłyszałem swoje nazwisko i znów odbyłem podróż do " Palace " . Powtarzały się jak za pierwszym razem pytania, po których następowało bicie. Mdlałem. Cucili wodą i dalej bili w nieludzki sposób. Wieczorem przywieziony na Nowotarską nie mogłem już zejść do piwnicy o własnych siłach. Zawleczono mnie tam po schodach jak kłodę drewna.
Leżałem nie mogąc poruszyć ręką ani nogą. Współwięźniowie opiekowali się mną, karmili jak dziecko. Byłem cały opuchnięty, siny, bezwładny.
Trwało to kilka dni, ale kiedy mogłem już spuścić nogi z pryczy, znów zabrano mnie na przesłuchanie do " Palace " . Po staremu putano o przynależność do organizacji, o jej kierownictwo. Na wszystkie pytania odpowiadałem : nie wiem. Odpowiedzi te wywoływały u gestapowców ataki szału. Myślałem już, że nie przeżyję tortur.
Podczas jednego przesłuchania do pokoju wszedł gestapowiec w cywilnym ubraniu, krępy, o krótkiej szyi. Wszyscy poderwali się na baczność. Był to szef zakopiańskiego gestapo, największy sadysta i morderca z " Palace " Robert Weissmann. Osobiście rozstrzelał on wielu Polaków.
Z relacji podkomendnych był bardzo niezadowolony, co wyraźnie odmalowało się na jego ponurej twarzy. Ryknął coś po niemiecku. Tłumacz kazał mi się położyć brzuchem na taborecie. Jeden chwycił moją głowę między nogi, a drugi przytrzymał nogi. Weissmann gumową pałką zaczął wymierzać razy. Kazał mi liczyć każde uderzenie. Doliczyłem do 30. Spadłem na podłogę. Krew płynęła mi z ust. Dalej nic nie pamiętam.
Z omdlenia obudziłem się w szpitalu. Czułem potworny ból całego ciała. Brzuch miałem obandażowany, prawą rękę w gipsie. Nie mogłem się poruszyć. Powiedziano mi, że byłem operowany. Do dziś nie wiem na co.
W szpitalu leżałem dwa miesiące w specjalnej celi dla więźniów. Spotkałem tu mego brata Bolesława, który również leżał od kilku tygodni na skutek silnego pobicia podczas przesłuchania. Dochodził już do siebie.
Niebawem zabrano go z powrotem do więzienia. Później i ja wróciłem na Nowotarską. W celi dowiedziałem się od współtowarzyszy, że wszystkich pięciu moich braci wywieziono wraz z całą grupą innych więźniów w niewiadomym kierunku. Z niepokojem myślałem o nich. Co z nimi się stało?... Wielu ludzi w tamtych czasach hitlerowcy rozstrzeliwali - na cmentarzu zakopiańskim, w Poroninie, w Dolinie Chochołowskiej i w innych miejscach.
Czekałem i ja na swój los. Bałem się ponownego śledztwa. Codziennie rano, kiedy otwierano drzwi celi, wydawało mi się, że idą po mnie. W nieustannym strachu żyłem od lipca do pierwszych dni sierpnia. Chociaż bardzo chciałem żyć - to jednak coraz częściej marzyłem o śmierci - byle się wreszcie skończyła ta męczarnia.
Pewnego dnia wcześnie rano usłyszeliśmy ruch w więzieniu, głośne chodzenie po korytarzach, wywoływanie nazwisk. Czekaliśmy w napięciu, czy nie otworzą się drzwi naszej celi. Nie pominięto jej. Padło kilka nazwisk, w tym również moje. Dołączyliśmy na korytarzu do szeregu kilkunastu więźniów. Doszli jeszcze następni. Gdy uzbierało się w końcu 30 osób, wyprowadzono nas na zewnątrz. Przed budynkiem stał już duży ciężarowy samochód, a obok niego kilkunastu esesmanów z automatami w rękach.
W samochodzie było ciasno i duszno. Sierpniowe słońce nagrzało blachę, nawet pęd powietrza nie chłodził jej dostatecznie. Jechaliśmy z resztą nie zbyt szybko. Nie wiedzieliśmy dokąd i po co. Wyglądając przez szparę w plandece zorientowaliśmy się, że wiozą nas w kierunku Krakowa. Przed wjazdem do miasta samochód skręcił z szosy zakopiańskiej na prawo, w stronę Wieliczki.
Jeśli nie do Krakowa i nie do Oświęcimia, to dokąd nas mogą wieźć? - niepokoiłem się coraz bardziej. To samo można było wyczytać z twarzy pozostałych więźniów. Siedzieliśmy cicho, spoglądając na siebie.
W końcu przeklęty ten wehikuł zatrzymał się. Niemcy, z bronią gotową do strzału, ryczeli na cały głos.
- Aussteigen! Schnell!

Esesmani równocześnie z rozkazem " wysiadać " zaczęli nas spychać z ciężarówki, w ruch poszły kolby pistoletów maszynowych, nie szczędzono nam razów i szturchańców. Po chwili zorientowaliśmy się, że jesteśmy na dziedzińcu więziennym w Tarnowie.
Hitlerowcy często z małych powiatowych więzień zwozili w niewielkich grupkach ludzi do Krakowa lub Tarnowa i tu dopiero formowali większe, paruset osobowe transporty kolejowe i kierowali do Oświęcimia. Trafiłem i ja tam w kilka tygodni później.
Od znajomych z Podhala, którzy przebywali w obozie już od dłuższego czasu, dowiedziałem się, że bracia moi też są w Oświęcimiu i że przywiezieni zostali przed paru miesiącami z więzienia na Montelupich w Krakowie. Gorąco pragnąłem któregoś z nich spotkać. I o to gdy zostałem wysłany do robót porządkowych przy blokach, zobaczyłem najpierw Janka i Józka, a później Bolka, Karola i Władka.
Pewnej nocy w marcu 1942 roku zbudziły nas odgłosy strzałów i ruch na korytarzu. Wyjrzałem przez dziurkę od klucza i zobaczyłem, że z celi położonej w po przeciwnej stronie gestapowcy wyciągają kogoś za nogi i rzucają pod ścianę. Był to mój brat Bolesław.
Leży teraz spokojnie, ma już wszystko poza sobą - pomyślałem.

Rano ruch na korytarzu był większy niż zwykle. Spojrzałem przez otwór w drzwiach. Na korytarzu nas znajomy, Orkisz z Zakopanego, wkładał ciało brata do drewnianej skrzyni...
Podobne obrazki zdarzały się tu częściej. Podczas kilkumiesięcznego pobytu w " Palace " często wieczorami słyszeliśmy hałasy na korytarzu i krzyki kończące się zwykle strzałem z pistoletu. Nieraz ciała więźniów wynoszono z pomieszczenia, które nazywaliśmy celą tortur, gdzie umieszczano zwykle nowo aresztowanych na parę dni, by złamać ich fizycznie i psychicznie, zanim rozpocznie się śledztwo.
Gestapowcy często nocą wpadali pijani do cel i urządzali swoistą zabawę: wypędzali nas nagich na korytarz i kazali szybko biegać. Jeden z nich stał z boku i podstawiał nogę. Jeżeli któryś z biegnących upadł, gestapowcy bili go pałkami lub wręczali je więźniom, by ci znęcali się nad współtowarzyszami niedoli. Biada temu, który, zdaniem gestapowców słabo bił leżącego nieszczęśnika."

Antoni Kupiec pracował w KL Auschwitz w rzeźbiarni. Podczas pracy wspólnie z braćmi wykonywał potajemnie figurki Matki Boskiej, które były przekazywane poza obóz i ofiarowywane osobom udzielającym pomocy więźniom. W każdej był wydrążony, doskonale zamaskowany otwór, w którym umieszczano karteczkę z napisem: "Prosimy o pomoc dla naszych rodziców, którzy zostali bez opieki, gdyż sześciu synów jest zamkniętych od 19.01.1940 roku. Tę figurkę wykonał jeden z tych synów. Adr. Kupcowie, Poronin koło Zakopanego, Kasprowicza 7." Na odwrocie kartki był napis :" Tę karteczkę powierzam opiece Matki Boskiej i niech nas nadal ma w opiece."

Spośród kilkunastu figurek zachowała się tylko jedna... Umieszczony w niej gryps nie został wcześniej odnaleziony. Wyciągnął go jeden z braci Władysław Kupiec - dopiero 19 listopada 1971 roku.

Figurka została przekazana do klasztoru Ojców Franciszkanów w Harmężach.

Sebastian Śmietana
zobacz także
Zobacz pełną wersję podhale24.pl