21.11.2021, 17:13 | czytano: 3421

Jacek Sowa: Podhalańskich kółek czar… Uwaga, jedzie Polak!

na zdj. Wiktor Polak
"Lata 70-te i 80-te to czas wielkiego zainteresowania sportem samochodowym, kiedy to na międzynarodowych trasach królował Sobiesław Zasada, zaś na krajowych brylowali kierowcy Automobilklubu Krakowskiego, wśród nich samorodny brylant z Nowego Targu – Wiktor Polak" wspomina w 17. odcinku cyklu '"Podhalańskich kółek czar", Jacek Sowa.
„Dzidek” - tak rówieśnicy nazywali filigranowego urwisa, syna właściciela kaflarni z Ceramicznej, Stefana Polaka. Ojciec, prawnik z wykształcenia, był nad wyraz wyrozumiały dla wyczynów Witka, które miały przeważnie ciąg do czterech kółek. Tenże, nie mając jeszcze 10 lat, pod nieobecność rodzica wsiadał do ojcowskiej warszawy (a do tego bynajmniej nie potrzebował kluczyków!) i woził kolegów po sąsiednich ulicach oraz okolicznych płotach. Pan Stefan, rad nie rad, wyraził zgodę na kurs syna na prawo jazdy, ten podszedł do egzaminu dwa miesiące przed ukończeniem 16 roku życia (takie były wówczas wymogi), więc go pogoniono i zdał egzamin śpiewająco dopiero 3 września 1965 roku. Kiedy już legalnie wsiadł za kółko, silnik biało-czerwonego Triumph Heralda (zakupionego wcześniej za pekaowskie dewizy) rzadko miał czas wystygnąć.
Grzały się doń także miejscowe licealistki, jednak Witek najwięcej czasu spędzał po szkole w Moto-Serwisie przy Szaflarskiej, punkcie zbornym miejscowych samochodziarzy, pijących kawę i nektar motoryzacyjnych opowieści z brodatych ust tutejszego autoguru – Andrzeja Kostrzewy. Pan Andrzej szybko dostrzegł u młodego Polaka potencjał kierowcy i zabrał go na Rajd Rzeszowski, gdzie nie chciano Dzidka dopuścić do startu, bo przecież nie miał licencji. Autorytet mocno usadowionego w automobilklubowych realiach Kostrzewy spowodował, że Witek wystartował w rajdzie poza konkursem i …wygrał w swojej klasie! Wynik ten poskutkował przyznaniem licencji i już nic nie mogło młodego nowotarżanina powstrzymać od jazdy. Jeszcze tego samego roku zaliczył prestiżowe rajdy Wisły i Dolnośląski, ale to wszystko, na co było stać rodzinnego triumpha i portfel.

Ojciec postawił twarde warunki: masz skończyć studia, a potem możesz sobie jeździć, ale za swoje. W 1971 roku Wiktor odebrał dyplom inżyniera, a pensja stażysty (w przeliczeniu jakieś 18 USD) mogła mu wystarczyć co najwyżej na ładny breloczek do kluczyków. Wybrał się więc do wuja do Australii, gdzie zarabiał 270 dolarów tygodniowo, toteż już po pierwszej wypłacie kupił używanego Morrisa, aby po roku wrócić do Polski z pokaźnym jak na owe czasy kapitałem.

Znajomi pukali się w czoło, gdy zamiast inwestować w „kamienice”, Wiktor kupował części do auta, które potem rujnował na rajdowych trasach. Wtedy zakumplowali się z krakusem, Krzysztofem Czarneckim, któremu udało się przeżyć z Polakiem parę lat na fotelu pilota; w 1976 wygrana w Rajdzie Jesieni i drugie miejsce w klasie w Rajdzie Stomilu (a szóste w generalce) zapoczątkowała pasmo sukcesów Witka na rajdowych szlakach.

Polak i Czarnecki

Kolejne lata to starty w sześciu ważnych imprezach krajowych, w których plasował się zawsze w pierwszej dziesiątce w klasyfikacji generalnej; w1977 w Rajdzie Polski, zaliczanym do punktacji MRS zajął czwarte miejsce w klasie na zwykłym PF 125p. Rok później przesiada się na Renaulta 12 Gordini i zwieńczy sezon zwycięstwem w klasie IV/8 w międzynarodowym Rajdzie Warszawskim. W 1979 na tym samochodzie wygrywa generalkę wyścigów górskich.

Potem jednak zaczynają się kłopoty sprzętowe, trzykrotnie nie kończy rajdu, próbuje sił w Ładzie 1600 ze Stawowczykiem, Osiowskim (MRS Rajd Polski – 22. gen.) i Burzyńskim (RWarszawski – 18. gen.). Gdy w 1981 roku na rajdzie w Rumunii padł silnik w dwulitrowym Polonezie, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, pojechał na Zachód i za 500 dolarów + cło kupił trzy Talboty Sunbeam; jeden rajdowy (NSG 2461), drugi treningowy a trzeci na części… Tym francusko-angielskim cudem wybrał się na Rajd Wisły i wygrał klasę, będąc ósmym w generalce.

Na starcie do wyścigu górskiego Polak na Renault 12 Gordini

Trenując do kolejnego rajdu w okolicach Dąbrowy Tarnowskiej, żołądek kandydata na nowego pilota nie wytrzymał presji i Witek poprosił jego siostrę, aby chociaż pomogła mu przy zapisie trasy. Dziewczyna spisała się na medal i tak ujawnił się talent jednej z najlepszych pilotek rajdowych tamtych czasów, Małgorzaty Bajorskiej, z którą Wiktor Polak zanotował na Talbocie swoje najlepsze lata na rajdowych trasach.

Rewolucją był także stosowany przez nich opis trasy; ich itinerer nie zawierał informacji typu „lewy, trója, pół” co oznaczało: zakręt w lewo pół gazu na trzecim biegu. Witek preferował precyzyjne składanie auta w zakręt na pełnym gazie, unikając w tym czasie manipulowania biegami. Pytany o to, odpowiadał: - Na wyścigu musi być pełny gaz, inaczej nie wygrasz! O dziwo, przyczyną kilku nieukończonych rajdów były głównie awarie techniczne sprzętu (głównie polskiego!), raz czy dwa zdarzyło się tylko wylecieć z trasy.

Jego jazda była niezwykle widowiskowa, czym zaskarbił sobie sympatię kibiców, niezależnie od miejsca, które zajmował w generalce. Gdy Dzidek stawał na linii początkowej OES-u (odcinka jazdy specjalnej) na kilkukilometrowej trasie dawał się słyszeć podniecony szept: - Uwaga, jedzie Polak! I Polak jechał, sporo dokładając rywalom. Jeszcze na początku kariery tylko o kilka sekund przegrał na oesie ze słynnym latającym Finem, Rauno Aaltonenem, ale wygrywając o prawie minutę z Marianem Bublewiczem, późniejszym wielokrotnym mistrzem Polski.
Lata 1982 – 1986 to jego najlepszy okres startów: Rajd Wisły - 6, 4 i 5, Krokusy – 2, Elmot – 2 x 3, Krakowski – 2, MRS Rajd Polski – 8. (!!!). We wszystkich tych rajdach „Dzidek” nie schodził poniżej drugiego miejsca w swej klasie 1600 na wiernym, wspaniałym Talbocie; w 1984 zostaje mistrzem Polski w tej klasie! Sukcesy Polaka dostrzeżono w warszawskim Ośrodku Badawczo Rozwojowym i zaproponowano mu fotel fabrycznego auta, głównie jednak po to, aby nie stanowił konkurencyjnego zagrożenia dla kierowców z Żerania. Miał po prostu dojechać do mety i podzielić się uwagami! Przedwojenna konstrukcja fiatowskiego silnika w tym aucie nie nadawała się do jazdy wyczynowej, toteż niepokorny góral nie mógł pogodzić się z tym nieporozumieniem; wyniki na topornym polonezie, nawet jeśli do niego wsadzono turbinę, nie mogły być zadawalające. Chociaż jako fabryczny kierowca OBRSO z Żerania był jedynym ze stada polonezów, który ukończył Rajd Wisły 1986…

Motoryzacyjny klimat (a raczej jego brak) zniechęcił Wiktora Polaka do szukania dalszych przygód na rajdowych trasach, które zresztą sprowadzono do siermiężnych realiów tamtejszych czasów. Talboty przeszły do historii, on sam zaś zaskarbił sobie sympatię i przyjaźń całej rajdowej elity. Błażej Krupa nigdy nie zapomni tej chwili, kiedy zdefektowany stał na poboczu drogi, kiedy zatrzymał się koło niego tylko jeden wóz rajdowy. Był to Polak, który nie baczył na ewentualną stratę czasu, kiedy kolega potrzebował pomocy. Na co dzień, przed czy po rajdzie, „Dzidek” był duszą towarzystwa, choć płyny wysokooktanowe wolał wlewać do baku.

Talbot Polaka NSG 2461

A propos oktanów; w tamtych czasach w CPN-ie sprzedawano dwa rodzaje paliwa, zwykłą 78 tzw. „wachę” i super 94, która nijak nie trzymała parametrów. Ciekawostką było, że kierowcy zza wschodniej granicy przywozili ze sobą całkiem dobrą benzynę, na miarę naszej dzisiejszej 98-ki. Chłopaki dogadali się szybko, a Rosjanie chcieli Wiktorowi przywieźć od razu całą cysternę; ten przerażony poprzestał na dwóch beczkach, które skrzętnie zakopał w ogrodzie na lepsze czasy…

Ówczesne realia sportu samochodowego były na drugim biegunie wobec dzisiejszych. Jeździło się głównie za swoje, sponsorem bywał często …ojciec, a nagrodą za wynik w rajdzie był co najwyżej komplet opon. Bezpieczeństwo w kokpicie zapewniały pasy i kask, o klatkach i innych szykanach nie było mowy. Jazda rajdowa zakrawała na szaleństwo, ale co wciąż podkreśla Witek, bez szaleństwa nie byłoby takiej frajdy! - To było dwadzieścia lat mojego życia, nie żałuję ani chwili, tak, jak nie żal mi ani jednej wydanej na to złotówki; wydałem wszystko, co miałem…

Wiktor Polak łącznie w latach 1965-1986 brał udział w 44 rajdach, w tym 34 zaliczanych do Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski, z czego 6 ukończył na podium. Brawurowo i widowiskowo przejechanych odcinków specjalnych nikt nie policzył, ale ci, którzy je oglądali, wspominają do dziś: - Polak, ten to jeździł!

Nasz bohater wiedzie dziś nieco spokojniejsze życie w podhalańskim zakątku, w miarę (?!) przepisowo jeździ Skodą Fabią i czasem lubi powspominać stare, dobre czasy. Co i my też czynimy…

Jacek Sowa
Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
Pinki23.11.2021, 21:48
Nie Dzidek, tylko dziadek Jacku. Nie wiem jakie jest źródło tej "ksywki" (nie lubię tego słowa), ale znam ją od jego serdecznego kolegi i mojego również Adama B. i od ówczesnej dziewczyny Dziadka, mojej koleżanki ze szkoły i z Liceum (dzisiaj mówią "z Goszcza" co mnie wkurza). Wszystko to nie zmienia faktu, że ponieważ byliśmy wtedy młodzi i piękni, to ten świat mimo całej sierżmięnności komunistycznej wspominamy dobrze.
Pozdrawiam.
P.S.
Może jeszcze kiedyś się spotkamy, to wtedy ustalimy szczegóły. No i dowiesz się, kto ja jestem.
Jacek Sowa22.11.2021, 20:12
Do ek: proszę o kontakt, najlepiej mailowy, jest pod felietonami. Pzdr.
ek22.11.2021, 16:20
Jacus, jesli czytasz komentarze- chetnie dorzucilbym cos w temacie Witka, ale nie eiwm czy bywasz w NT, wchodzi w gre bezposrednia rozmowa, popzdrawiam,
ski22.11.2021, 07:18
obecny adres /podhalańskiego zakątku/ nie znany redakcji
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl