30.12.2021, 18:55 | czytano: 1763

Jacek Sowa: "Rysy na pucharze". Odc. 3: "Szarotki rozsypane po lodzie"

"I tak nadszedł dzień prawdy, ćwierćfinałowy mecz o Puchar Europy; jeszcze nigdy nowotarskie Szarotki nie zaszły tak daleko" - pisze w kolejnym odcinku cyku "Rysy na pucharze", Jacek Sowa.
Przedostatni poranek roku w Pori był mroźny i zasnuty wilgotną mgłą, spowijającą zatokę. Po śniadaniu wyjazd na lodowisko na niezbyt intensywny rozjazd, choć przenikliwe zimno w hali skłaniało raczej do żwawego poruszania się po lodzie. Kilku chłopaków zdążyło już złapać katar, więc trudno było mówić o entuzjazmie w zespole. Rytm dnia był trochę przyspieszony, mecz przewidziano na godzinę 17-tą, toteż przy deficycie czasowym nie było dane ruszyć na zakupy; obiecaliśmy im na to całą sobotę.
Na dwie godziny przed meczem byliśmy już na lodowisku, jednak na tafli ćwiczyła jeszcze szkółka jazdy figurowej, toteż rozgrzewkę zaczętą na ciasnym i przegrzanym korytarzu trzeba było skrócić co najmniej o kwadrans; coś się tam Finom w grafiku popieprzyło. Temperatura w hali niezmiennie oscylowała grubo poniżej dziesięciu kresek na minusie, co jednak nie przeszkadzało gospodarzom, ani skromnej, około dwutysięcznej widowni na drewnianych trybunach; niewiele, jak na 75-tysięczne miasto mistrza Suomi… Gorąca herbata w papierowym kubku po krótkiej chwili była lodowata, więc Jasiu Maser przytargał do boksu cały termos, ale ciepłego napoju wystarczyło tylko na pierwszą tercję.

A i energii w tej pierwszej tercji na tafli wystarczyło na dziesięć minut, potem było już coraz gorzej. Nasza obrona trzeszczała w szwach, mimo przenikliwego zimna Paciana zwijał się jak w ukropie, któryś z chłopaków w dodatku złapał kontuzję i na przerwę schodziliśmy przy 0:3. W szatni Wujek mruknął do Maziorza – Staszek, przebieraj się.. i na drugą tercję drugi trener pojawił się na tafli.


W kolejnej odsłonie było już trochę lepiej, nasi próbowali bez skutku atakować, ale stracili jeszcze dwie bramki. W ostatniej tercji przy stanie 0:7 kwestią były tylko rozmiary porażki, którą na kilkadziesiąt sekund przed końcem osłodził gol Jaskierskiego. Czyli, raczej, żegnaj Europo…


Minorowe nastroje złagodził miły gest Finów (zapewne usatysfakcjonowanych wynikiem meczu!) w postaci wieczoru spędzonego w saunie i wizytą na basenie, okraszoną grą w waterpolo. Tym razem scania nie czekała pod budynkiem i do hotelu prawie kilometr wracaliśmy per pedes. Niektóre nasze orły nie wzięły czapek, ratowaliśmy ich szalikami; wyglądali jak pewna armia wracająca spod Moskwy…

Sobota wstała słonecznie uśmiechnięta, choć mróz aż skwierczał za oknem: minus 29*C! Podhalańska młodzież rwała się na shopping do pobliskiego domu towarowego (bo wtedy jeszcze nie znano pojęcia galerii handlowej), coś na kształt nowotarskiego DH „Gorce” przy Sobieskiego. Rzęsiście oświetlone stoiska, nad którymi unosiły się dyskretne dźwięki wszechobecnej Abby, mogły przyprawić o ból głowy, zwłaszcza sklep z zabawkami. Mając pięcioletniego syna musiałem dokonać wyboru przy zakupie resoraków, których ceny oscylowały między 5$ a 25$!
Medytacje przerwały podniecone głosy Dziubka i Mąki, którzy wypatrzyli na odzieżowym błękitne kurtki z żółtymi ściągaczami z napisem „hockey”; było ich parę, ale tylko w małych rozmiarach. Jako dyżurny tłumacz pospieszyłem do ichniejszego menedżera z obłudną sugestią, że chcemy kupić takie kurtki dla …całej drużyny. Boss łyknął temat i poprosił o dwie godziny na ściągnięcie towaru, widać jednak, że temat był gorący, bo po trzech kwadransach wjechało pół setki „naszych” kurtek. Mąka, stary wyga handlowy, zasugerował możliwość potargowania się o hurtową cenę za sztukę, które na stoisku wynosiła równowartość co najmniej dwóch fajnych resoraków. Skrzyknęliśmy całą drużynę i wszyscy zgłosili akces do tej historycznej transakcji, niektórzy nawet po parę sztuk. Jak się okazało, oprócz otrzymanego od Finów kieszonkowego, prawie każdy miał dolarowe zaskórniaki, jednak przed przystąpieniem do negocjacji cenowych postawiłem warunek, że nikt nie śmie takiej „klubowej” kurtki opędzlować konikom spod nowotarskiego dworca!

W dobrej cenie kupiliśmy wszystkie i to był bodaj największy sukces naszych hokeistów w Pori. Mój synek i tak ucieszył się z tańszego resoraka, a kurtka zachowała się do dziś!


Cdn.

Jacek Sowa
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl