19.09.2014, 22:23 | czytano: 3114

Namiot odfrunął

Siatkarski szał ogarnął całą Polskę. Nie da się obojętnie przejść obok największej imprezy w naszym kraju. Boom dotarł więc także na Podhale. Nasi dzielni siatkarze mają także na tej ziemi mnóstwo sympatyków. Zresztą przekonaliśmy się o tym w Kraków Arenie, gdzie mnóstwo było kibiców z naszego regionu.
Kolejny dowód siatkarskiego boomu mamy w Rancholocie, gdzie na meczach biało -czerwonych gromadzą się tłumy kibiców. Po spotkaniach z Iranem, Brazylia i Rosją, namiot odfrunął. Gdyby te drużyny grały pod namiotem w Rancholocie, to poczułyby jak to jest być w piekle. Rozpoczyna się, jak na stadionie, od odśpiewania Mazurka Dąbrowskiego, a potem panuje niezwykła, podniosła atmosfera i niesamowity doping, który niesie się po lotnisku, a który poniósł biało –czerwonych do zwycięstw.
- Czuję się tak jakbym był Atlas Arenie w Łodzi – powiedział Piotr Pagacz, trener nowotarskich siatkarzy. – Przypomniała mi atmosfera, którą przeżyłem w Kraków Arenie podczas meczu z Rosją. Jest dreszczyk emocji, gęsia skóra na ciele, gdy śpiewa się Mazurka Dąbrowskiego. To jest coś wspaniałego jak siatkówka potrafi łączyć ludzi. Ludzie trzymali w rękach biało – czerwone szaliki, wnosili okrzyki, napędzali siatkarzy do walki o każdy punkcik. Na meczu z Rosją zabrakło miejsc siedzących w namiocie. Ludzie stali. Po meczu rzucali się w objęcia. Byli tacy, co płakali ze szczęścia, bo emocje sięgały zenitu.

Nie ma się co dziwić. Polscy siatkarze raczą nas dreszczowcami. Tak było z Iranem, kiedy wydawało się, że nasi rozniosą Irańczyków i nagle zrobiło się 2:2 w setach. Wtedy w niejednej głowie przypomniało się powiedzenia „nie chcesz wygrać w trzech setach, przegrywasz w pięciu”. Na szczęście ta maksyma nie sprawdziła się.

W trzeciej fazie mistrzostw trafiliśmy do grupy śmierci. Na zespoły z najwyższej półki, które w ostatnich latach nie schodziły z podium wielkich imprez. Horror przeżyliśmy z Brazylią, aktualnym mistrzem świata i wicemistrzem olimpijskim. Po wysokiej przegranej w trzeciej partii mało kto wierzył, że oskubiemy kanarki. A jednak! Nasi się podnieśli z kolan. Pokonanie „canarinhos” – nawet jeśli w tie-breaku – to wielki sukces Polaków, którzy jako pierwsi zadali taki cios mistrzom świata. To był magiczny tie-break. „Nakręceni” nasi zaczęli od wysokiego „C”, ale „canarinhos” nie odpuszczali. W końcówce rywale grali punkt za punkt, a wszystkie piłki były kierowane do Mariusza Wlazłego, a ten nie zwalniał ręki. Po ataku Karola Kłosa i trzeciej piłce meczowej była weryfikacja wideo, po której oszaleliśmy z radości. To był niezwykły mecz, który być może przejdzie do legendy.

Ale to jeszcze nie dawało nam miejsca w wielkiej czwórce. Na naszej drodze stanęła Rosja. Miał być dreszczowiec i pięć setów zażartej walki o każdą piłkę, a tymczasem, dwa potrzebne nam sety do awansu, zdobyliśmy nadspodziewanie szybko i łatwo. Rosja wygrała kolejne dwa sety, ale w ostatnim wróciliśmy do wyjściowego ustawienie (bez Winiarskiego) i wygraliśmy 3:2.
Po raz piaty w historii biało –czerwoni zagrają w czołowej czwórce, 40 lat po tym jak zdobyli jedyne w historii złoto. Wtedy też drużynę Huberta Wagnera okrzyknięto mistrzami piątego seta. Nie mamy nic przeciwko, by nasi siatkarze do końca wygrywali po pięciosetowym boju i historia z Meksyku oraz Montrealu powtórzyła się.

Stefan Leśniowski

Zobacz więcej na

Może Cię zainteresować
komentarze
kibic20.09.2014, 08:55
zabrakło dopisku "artykuł sponsorowany" :D
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl