19.07.2025, 08:50 | czytano: 4275

Nowotarżanin w maluchu. "Dobra karma wraca"

Tomasz Rajski (z lewej) w rajdowym maluchu. Zdj. Tomasz Rajski
Tomasz Rajski, były hokeista Szarotek rozmawia z nami po powrocie z Wielkiej Wyprawy Maluchów dla Dzieci.

- Co teraz robi niegdyś główny bramkarz Podhala?


- O, już nawet nie pamiętam, kiedy skończyłem grać, to już jakieś 12-13 lat. A dziś prowadzę firmę Job Job zajmującą się budowaniem serwisów dla hoteli od recepcji po gastronomię i serwisy sprzątające.

- To daleko od lodu...


- Totalnie. Firmę otworzyłem w 2011 z Przemkiem Piekarzem, też byłym hokeistą. Potem nasze drogi operacyjne się rozeszły. Praca taka, że cały czas związany jestem z podróżami...

- Właśnie, a propos podróży - jak się hokeista znalazł w maluchu?


- Jestem osoba, która aktywnie uczestniczy w biznesie poza Nowym Targiem. Mnóstwo ludzi poznaję na konferencjach biznesowych. Jestem też w hokejowej reprezentacji artystów polskich, która kilka razy w roku wspiera charytatywnie różne inicjatywy.
I podczas jakiejś konferencji Rafałem Sonik powiedział mi, że jest taka inicjatywa jak Wielki Rajd Maluchów. I poczułem, że to coś dla mnie. Bardzo chciałem w to zaangażować mój zespół Job Job i partnerów, z którymi na co dzień współpracujemy. Bo zrobienie czegoś fajnego, wyznaczenie dobrego celu także scala zespół!

- Ale czy każdy może się zgłosić i wystartować?


- Nie! Rok temu musieliśmy wygrać licytację uczestnictwa. Miejsca są ograniczone. Samo przygotowanie to złożony proces, wiele procedur, żeby to w ogóle wypaliło. Byłem w szoku widząc jak do doskonale logistycznie jest przygotowane.

- I trzeba było zapłacić za swój udział?


- Tak i to niemałe pieniądze. Bo to nie było tak, że zbieraliśmy na organizację rajdu. Nie! Każda ekipa przystępując do niego musiała sobie sama zapłacić za udział, koszty paliwa, jedzenia, hotele itp. To co uzbieraliśmy podczas rajdu w całości trafi na potrzeby dzieciaków.

- Trudno sobie wyobrazić organizację wyprawy złożonej z setki psujących się maluchów...


- Oczywiście, podczas rajdu wiele rzeczy może się wydarzyć łącznie z tym, że w każdym momencie, każdy samochód może nawalić. Mój był niemal codziennie w serwisie. Na szczęście to drobne rzeczy, jakiś problem z pedałem gazu, wycieraczkami, które trzeba było uruchamiać przewiązaną szmatką, odpalanie rozrusznika za pomocą kija...

- I jak to ogarnialiście?


- Jechały z nami dwa serwisy - dzienny i nocny. Ten pierwszy zbierał zepsute auta po drodze na lawety, te transportowały je na dwie wielkie lory. Lżejsze usterki mechanicy naprawiali na tzw. koordynatach, czyli miejscach, gdzie wszyscy się spotykali co parę godzin. I tam rozwiązywano bieżące potrzeby. W razie czego jechały z nami karetki, dwa motocykle, które kierowały ruchem. Jechaliśmy bocznymi drogami, poznawaliśmy Szwecję "od zaplecza".

- Nakarmić taką ekipę chyba też nie jest łatwo?


- Mieliśmy fajną firmę, która obsługiwała nas, jeśli chodzi o jedzenie. Bo przecież to niemożliwe, by nagle w trzysta osób zwalić się na jakąś stację benzynowa i kupić sobie hot dogi. Wszystko było świetnie zorganizowane. Nawet taka prozaiczna czynność jak tankowanie...

- Stacja benzynowa była zablokowana na parę godzin?


- Nie, to było świetnie zorganizowane. Podjeżdżaliśmy dziesięcioma samochodami pod jeden dystrybutor, przewodnik brał pistolet, tankował po kolei wszystkie samochody, wystarczyło je przepychać po kolei, nawet nie trzeba było silnika odpalać. Po czym przewodnik płacił za całość i jechaliśmy dalej.

- Czyli to nie było tak, że jechaliście wężykiem stu aut paraliżując ruch w całej Szwecji?


- Nie, podróżowaliśmy grupami po dziesięć maluchów. Każda z nich miała swojego przewodnika, wszyscy mieliśmy radia, każda grupa osobny kanał w razie, gdyby ktoś się zgubił lub coś nieprzewidzianego się wydarzyło.

- Jak wyglądał zwykły dzień w maluchowej wyprawie?


- Pokonywaliśmy dziennie 300-600 km w zależności od trudności trasy. Wyjazd najpóźniej o 8, a przyjazdy były różnie - raz o 19, innym razem o 23. To trwało między 12-16 godzin. Nie było łatwo. Przecież siedzieliśmy w rozgrzanych, blaszanych puszkach bez żadnych udogodnień. Ale godziliśmy się na dyskomfort w dobrym celu.

- Kilkanaście dni podróży w zespole, w którym były różne osobistości, gwiazdy to też zapewne niełatwe wyzwanie?


- Nie było żadnych podziałów, mimo, że jechały różne, często znane osoby. Ale przez to, że każdy wsiadał do podobnego malucha, wszyscy mieliśmy takie same stroje to wszyscy byli równi. I zawiązała się atmosfera współpracy. Musieliśmy ze sobą współdziałać. I okazało się, że wszystko jest możliwe, gdy każdy trzyma się procedur.

- Atmosfera była świetna, ale liczył się cel...


- Tak. Zbieraliśmy pieniądze pomoc dzieciom, ofiarom wypadków drogowych. A potrzeby są duże. One nie były niczemu winne, to złe decyzje dorosłych za kierownicą doprowadziły do wypadków, w których one ucierpiały. Bywało, że na trasie dostawaliśmy informacje, ile dzieci tego dnia w Polsce zostało poszkodowanych w wypadkach. To dodatkowo mobilizowało, by przyłożyć się do zbiórki. Te 5-10 zł to drobna kwota, ale jeśli jest ich dużo, że można zrobić coś dla innych. Dla mnie to ważne i chętnie pomagam. W końcu może być i tak, że kiedyś i ja mogę potrzebować pomocy... A dobra karma wraca.

- Mnóstwo ludzi się w to zaangażowało?


- Wydaje mi się, że to jedna z największych imprez motoryzacyjnych, ponad 550 osób brało udział. Ala ja chciałbym podziękować przede wszystkim mojemu zespołowi Job Job, który uczestniczył w przygotowaniu wyprawy. Miałem tez dwóch pilotów - to Yevhenii Shkryl i Roman Varakuta. Oni się zmieniali co parę dni. Na ostatnie trzy dni dołączył do mnie Dawid Kotrys, nasz partner od marketingu z firmy Two Colors zajmująca się marketingiem.

- Za rok też Pan dołączy do wyprawy maluchów?


- Oczywiście. Pewnie inaczej będziemy chcieli do tego podejść, może będziemy mieli swojego maluszka, może we wzorach bardziej regionalnych? Zrobiliśmy dobry wynik -oficjalne zakończenie było w czwartek, wówczas mieliśmy zebrane 46 tys. zł i byliśmy w pierwszej piętnastce. A były tam firmy dużo większe od naszej.

Rozmawiał Józef Figura

Link do zbiórki:


Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
tyskie20.07.2025, 22:37
to ten bramkarz co wpuścił farfocla z okolic bramki przeciwnika :)
Nie wierze.19.07.2025, 15:38
Więcej wydali niż uzbierali.
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl