Jak co wtorek, prezentujemy na Podhale24 kolejne opowiadania Andrzeja Finkelstina z tomu pt. "Nokaut".
Charles. Opowieść, prawie z mchu i paproci/Fantástico Chico Blanco/
Smutny Charles. Ilustracja wykonana przez AI
Prolog
To nie jest opowieść z czasów Kochanowskiego, jednak ma metrykę starszą niż niejeden z czytelników mojej prozy. Może ciut zalatuje kurzem poprzedniego stulecia, ale to kurz z charakterem.
1. Wnętrzności Charlesa
Charles, zwany Małym, choć był raczej niski niż mały, najbardziej cenił trunki lodowate. Nie z powodu subtelności smaku, lubił po prostu, jak mu zęby cierpną i drętwieją nerwy twarzy. Lubił tak bardzo, że wydeptał ścieżkę do lodówki. Była to jakby droga krzyżowa alkoholika. Niestety, sowiecka lodówka wyzionęła ducha, a razem z nią zdechła nadzieja na rausz. Stał przed nią jak pielgrzym przed zamkniętą kaplicą cudów, chociaż cudów tu raczej nie było. Była tylko próżnia. Charles jęknął jak mucha uwięziona w słoiku i nie zamknąwszy drzwi opadł sfrustrowany na paskudny fotel z epoki PRL, ustawiony naprzeciw lodówki.
- Ja pierdolę... Co jest grane, k**wa jego mać? - ryknął do pustki, jakby mogła mu coś odpowiedzieć, pozostawiając w powietrzu mgłę z drobinek śliny. Lecz pustka, jak wiadomo, jest bezduszna. Usłyszał więc tyko ciszę.
Ludzie w różny sposób reagują na zatrucie alkoholowe. Charles należał do tej grupy, która reagowała kiepściutko. W jego żołądku rozbrzmiewał jazgot piekielnych skrzypiec, w ustach zaś szarańcza przekleństw. Wyglądał jakby był wypluty przez wieloryba i cuchnął jakby go już zaczął trawić. Kiedy człowiek czuje się jak worek z kiszonką, jedynym celem życia staje się kibel. I oto Charles, na czworakach, niczym żółw, pełzł ku oazie ulgi. Trasa, którą pokonał wydawała się nie do przebycia a w jego odczuciu trwała zbyt długo. Użył całej mocy by nie pozbyć się zawartości trzewi zbyt wcześnie. Raz nawet przełknął ją z powrotem. Nerwowy grymas wykrzywił mu zmizerniałą twarz a nieustające pieczenie w przełyku nie dawało o sobie zapomnieć. Gdy dotarł, poddał się a odruchy przejęły dowodzenie. Rzygał jak lament po przegranych wyborach, lecz mimo wszystko był to moment szczęścia. Takiego szczęścia, jakie czuje pasożyt wędrujący po grzbiecie dopiero co zdechłego zwierzęcia, niby źle, ale przynajmniej swojsko i ciepło. Otarł usta rękawem i wyszedł z mieszkania z impetem godnym narciarskiego skoczka.
- Jakież piękne jest niebo po zachodzie słońca - westchnął z poetycką czułością.
A było już grubo po północy i piękne rozgwieżdżone niebo wcale się tym nie wzruszyło. Okrył się swoim czarnym prochowcem, wyjął z wewnętrznej kieszeni staromodne okulary i zataczając się jak statek po zderzeniu z górą lodową, ruszył do całodobowego po nową flaszkę. Bo jeśli Bóg jest miłością, to z pewnością alkohol jest jej kuzynem. Tak przynajmniej widział to Charles.
2. Charles i (nie)przyjaciele
Charles nie był złym człowiekiem, tyle, że skrzętnie to ukrywał. Był w tym bardzo przekonujący. Z powodu swoich słabości nie miał zbyt wielu przyjaciół. Dręczyła go samotność. A duszę miał wrażliwą jak porcelana. Dlatego to alkohol był jego mentorem, terapeutą i kochanką w jednym. Niestety, żadna z tych ról nie była odwzajemniona. Pił i stawał się tym, kim być nie chciał. Wrakiem z ambicjami, Don Kichotem bez konia i wątrobą w strzępach. Gdy był w fazie podporządkowania piciu zdarzały się mu depresje, stany lękowe i halucynacje. Różnie mu się w życiu układało. Najczęściej jednak nie najlepiej. Wóda zniszczyła wszystko, co cenił i kochał. Współżycie z nim było niczym wspinaczka z obciążeniem na ośmiotysięcznik bez butli tlenowej. Pozostał jednak wierny niektórym ideałom. Dziwna ambiwalentna moralność. Najbardziej nienawidził zdrady. Zdrada jest, bowiem symptomem, że coś nie gra. W jego przypadku, ten symptom posunął mu żonę. Co tak naprawdę się stało, że naraz stracił przyjaciela i kobietę życia?
Zdradził go Lucjan, przyjaciel, z którym Charles dzielił wszystko. Tajemnice, flaszki i jak się okazało, żonę. Z tym, że ta ostatnia nie była częścią ich przyjacielskiej umowy. Zdradzili go więc obydwoje. Charles nie umiał wybaczać. Umiał wprawdzie zapominać, ale tylko na tyle, by po jakimś czasie znów sobie przypomnieć. Została mu więc gorzała. Wierna, zimna i nigdy nie kłócąca się o nieważne sprawy.
3. Apoteoza Charlesa
Na wapiennym głazie, który przypominał matkę naturę w przykucniętej wersji, w jaskrawym świetle jesiennego słońca Charles usadowił się jak filozof po kilku flaszkach. W zamyśleniu, w dumnej pozie na wzór mitycznych postaci, rozgrzebywał patykiem piasek między podeszwami swoich kłapci. A obok, na wapiennej półeczce stała jego ostatnia butelka z nadzieją, z której Charles namiętnie, raz po raz wysączał wysokoprocentowy płyn schlebiając nim swojemu podniebieniu. Przy pomocy scyzoryka starannie obciągał młodą korę z kija i wyrzynał geometryczne wzory. Zachodzące słońce odbijało się na pomarańczowo w pożółkłych białkach jego oczu. Okulary gdzieś posiał. Wełniany kapelusz z wystrzępionym rondem nie zasłaniał mu pola widzenia, ponieważ hebrajskim zwyczajem opadał mu na kark, odsłaniając czoło. Znowu sięgnął po butelkę. Niestety, zbyt niedbale. Upadła, rozbiła się i uwolniła ducha dalszych wydarzeń.
Zrozpaczony zsunął się z kamienia i z nabożeństwem upadł na kolana przed rozlanym płynem, jakby to była jakaś relikwia, święte krople. Ciecz leniwie wchłaniała się w pory kamiennego podłoża i wolno odparowywała, pozostawiając po sobie zapach dojrzałych owoców, miodu, wanilii i karmelu, doprawiony nutami imbiru, cynamonu i gałki muszkatołowej. Piękny.
- Wyrycie na nagrobku napisu "dureń" będzie kogoś drogo kosztować. Na szczęście nie mnie - powiedział z niepokojącą ironią, która mogłaby rozbebeszyć każdego.
Spojrzał w niebo, pocałował plamę po whisky, jakby to była święta Madonna i wziął do ręki fragment rozbitego szkła. Bez namysłu przeciął nadgarstek i z godnością posępnego samuraja zamknął oczy. Pod powiekami ukazała się mu czerwona ognista kula. Schylił, głowę by odsunąć oczy z linii padającego światła. Zrzucił z głowy kapelusz i ponownie z czcią ucałował, niemal już całkiem suchą plamę po whisky.
- Wybacz Boże, jeśli w ogóle istniejesz - szepnął.
A całe to zdarzenie było skrajnie niedorzeczne.
4. Lucjan, syn winy
Lucjan próbował sobie przypomnieć jakąkolwiek modlitwę z czasów, kiedy jeszcze się modlił, ale nic konkretnego nie przychodziło do głowy. Od dawna był ateistą. Z oczywistych więc względów, jego mózg nie działał w religijnym trybie. Z zakamarków pamięci wydobył jednak fragment psalmu dwudziestego drugiego i w końcu wydusił:
- "Pasterzem moim jest Pan..." - a potem już tylko biała karta i luka w pamięci.
Może i Pan był jego pasterzem, ale Lucjan już dawno porzucił swoje stado. Zabrakło mu także "Amen", a może wcale nie był pewien, czy chce chwalebnie skończyć modlitwę. Zimowe słońce kłuło go jak wyrzut sumienia. Zdjął okulary od mediolańskiego stylisty - jedyny luksus, na jaki było go stać - i spojrzał na nagrobek. Mimo wczesnego marcowego przedpołudnia mróz był trzaskający. Najbliższa ziemi gwiazda iskrzyła milionami lśnień odbijając się w gładkim dywanie śnieżnego puchu. Podrażniony mocnym pulsującym światłem wzrok odmawiał posłuszeństwa. Eksplozja świetlnych wulkanów wywołała, pod zaciśniętymi powiekami bolesne skurcze. Wykuty naprędce i niechlujnie na kawałku granitu napis był ledwie czytelny, choć zrobiono go zaledwie przed kilkoma miesiącami. Lucjan wyprostował się, poprawił okulary i rozejrzał wokoło, chciał sprawdzić czy nikt go nie obserwuje, ponieważ wzruszył się i pociekła mu łza. Zaś treść napisu na nagrobku uznał za groteskową.
Zapalił papierosa. W głowie miał wizje gwiezdnych tryptyków, szmaragdowych portali i obłoków duszy. Takie tam pierdoły wywołane mocną nikotyną i powidokami. Zaciągnął się ponownie i zupełnie odpłynął. Nieujarzmiona tratwa życia dryfowała spokojnie po spienionych grzbietach obłoków istnienia. Palcami marzeń uchwycił drążek czasu i skierował ją do rzeczywistości. Poczuł lekkie zawirowanie jakby zahaczył dnem o grunt. A potem dopadła go tylko jedna myśl: trzeba go pomścić. Z krainy dziwnych myśli, z błogiego uczucia ekstazy, ze stanu medytacji wyprowadziła go nieczysta, odziana w piekielne szaty, myśl o zemście. Postanowił pomścić Charlesa. Zdradzonego przez siebie przyjaciela.
5. Zemsta będzie miała kaliber
Lucjan patrzył, jak się zbliża. Nie "ona", nie "coś", tylko dostawa whisky. Z nerwów aż odgryzł sobie koniuszek języka. Smak krwi? Idealny aperitif. Splunął. Niewielki fragment języka z brunatno czerwoną śliną wylądował na podszybiu samochodu. Syczał z bólu i złości, plując krwią. Wyłączył silnik. Sięgnął ręką na tylne siedzenie. W dłoni poczuł mrożący chłód stali. Wziął karabin i wyszedł z wozu nie zamykając drzwi. Stanął w rozkroku, jak postać z filmów. Łokcie oparł na masce auta. Obłoki pary z nosa i ust osiadły na stali karabinu tworząc satynową powlokę. Widoczność była idealna, dobra gęstość powietrza i mróz były sprzyjające. Pociemniało mu w oczach.
- To za Charlesa! - wrzasnął i pociągnął za spust.
Karabin grał marsz pogrzebowy. Łuski tańczyły w śniegu, a alkohol - wróg ludzkości i przyjaciel Charlesa - ginął. Zabójcza seria wyrzucona z M4-wórki zagłuszyła wszystkie okoliczne dźwięki. Gorące łuski pocisków kalibru 5,56 mm ginęły miękko w śniegu, wtapiając się w lód pod jego warstwą. Lucjan trzymał za spust dopóki starczyło naboi. Polało się. Zniszczył całą dostawę whisky.
Była to zemsta symboliczna. Jak oblewanie benzyną pojedynczej reklamy piwa. Była to maź dziwności, którą sam rozlał, która rozpierdalała moralną głębią. Jednak to tylko jedna z setek dostaw. Zostało mu jeszcze wiele, wiele pracy. Lucjan, już spokojny, jakby właśnie odprawił rytuał voodoo z M4, usiadł w fotelu kierowcy i dopowiedział sobie zaległy psalm:
- "Kij Twój i Twoja laska: to one mnie pocieszają..." - mówił cicho, jakby rozmawiał z duchem Charlesa, który zapewne teraz trzymał w ręku kieliszek i siedział na eterycznej chmurze z etanolu.
Epilogu nie będzie. Bo życie rzadko ma zakończenie. Zwłaszcza sensowne.
***




