Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś "Walizka".
Nokaut _ Walizka /Fantástico Chico Blanco/Mam na imię Icci. Chociaż, zasadniczo sprawa jest o tyle skomplikowana, że tak miałem na imię, kiedy zaczynała się historia.
Znalazłem walizkę. Stała pod ławką na dworcu, jakaś taka samotna, jakby ktoś ją porzucił z rozmysłem. Stała i w niewyjaśniony sposób mnie przyciągała. Była z twardego bydlęcego juchtu w karmelowym kolorze, elegancka z lekko przetartymi rogami. Super hipsterska. Wyglądała jakby dużo widziała, ale nie była jeszcze sfatygowana. Oczywiście, nie zabrałem jej ot, tak. Byłaby to kradzież. Zbadałem pobieżnie kwestię, czy aby ktoś jej nie szuka. Ale nie szukał jej nikt. Tylko gołąb z pstrokatym brzuchem kręcił się obok, jakby wiedział więcej niż powinien.
Zabrałem ją. Nie była lekka. Ściskając w dłoni jej gładką od częstego uchwytu rączkę, poczułem ten rodzaj podniecenia jakie towarzyszyło mi podczas otwierania gwiazdkowego prezentu. Ten stan ekscytacji, który zarezerwowany jest dla ludzi otwierających cudze listy czy sprawdzających historię nie swojej przeglądarki. Było to wreszcie coś na kształt niezaspokojonego pragnienia i gorączkowej ciekawości, identycznej jak podczas licytacji kontenera z niewiadomą zwartością. Co mnie podkusiło, że przywłaszczyłem sobie cudzą własność? Nie wiem. Może to, że wydawała mi się tajemnicza. A jakaś niewytłumaczalna i niezgodna ze zdrowym rozsądkiem siła omamiła mnie i uwiodła. Nie zrobiłem przecież tego z chciwości ani ze złej woli. Nie jestem taki. Tak czy owak, nie ma dla mnie usprawiedliwienia.
Usiadłem więc z nią na ławce, jakbyśmy byli parą od lat. Nie wiedzieć czemu, poczułem się podobnie jak podczas świąt Bożego Narodzenia. Tam wprawdzie wiedziałem, czego się mogę spodziewać ale lubiłem te chwile. Tymczasem tu i teraz mam niespodziankę. Wielką niewiadomą. Serotonina skąpana w dopaminie bombardowała mój układ nerwowy. Ciekawość sięgnęła zenitu. Niecierpliwość mnie aż rozsadzała. Wreszcie po kilku minutach wahania i lekkim pociągnięciu z piersiówki, otworzyłem ją.
- Ku**a!
W środku była głowa. Ludzka.
- Po cholerę mi to było! - Jęknąłem zdruzgotany.
Stan dobrego samopoczucia został odrąbany. Miła ekscytacja i podniecenie odpłynęły. To też bez wahania pociągnąłem kolejne dwa, tym razem wielkie łyki z niezamkniętej jeszcze piersiówki. Ku**a!
Głowa. Z brodą. Ryżą. Patrzyła na mnie z wyrazem takiego wyrzutu, jakbym to ja oddzielił ją od reszty ciała albo przynajmniej zagłodził jej ukochanego warana lub przejechał kota. Albo wszystko to naraz. Nieważne! Ku**a! Przez chwilę myślałem, że to jakaś rzeźba, czy może wyjątkowej jakości artystyczny efekt żartu albo jakiś performance. Ale potem mrugnęła. Wciąż niedowierzałem temu, co rejestrował mój umysł.
- A więc to ciebie wybrała. - Powiedziała głowa, głosem niskim i głębokim, z lekkim akcentem, który kojarzył się z bałkańskim.
Posrany gwałtownie zamknąłem walizkę i rozglądnąłem się czy ktoś mnie nie widzi. Bo jeśli to są jakieś jaja i ktoś mnie nagrywa z ukrytej kamery, być może i ośmieszę się ale przynajmniej nie popadnę w tarapaty. Gorzej jeśli to nie jest performance, ktoś gościa ukatrupił, zdekapitował łeb i zostawił go w walizce a ja teraz z powodu własnej głupoty muszę się z nim bujać.
Siedziałem przez chwilę nieruchomo skuty strachem, udając jednocześnie, że nic się nie stało. Ludzie przechodzili obok. Jakaś starsza pani spojrzała na mnie z uznaniem. Pomyślała pewnie, że wróciłem z delegacji albo wczasów. Och, gdyby wiedziała, że bagaż ten nie służy, ani do podróży służbowej, ani wakacyjnej. Nie wiedziałem, co robić. Kto by to zresztą wiedział?
Walizka zaczęła drżeć. Jakby coś w niej próbowało się gimnastykować, lub tańczyć. Odsunąłem się. Jednak nie na długo. "Przywibrowała" w moim kierunku.
- Jakie, ku**a ciało i jakie sumienie? Co ty pierdolisz?
Rozglądnąłem się, czy aby ktoś tego nie słyszał. Na szczęście nikogo w tym momencie nie dostrzegłem. Jednak w tym, co powiedziała głowa było sporo prawdy. Nie od dziś miałem wrażenie, że sumienie się mi gdzieś zawieruszyło. Pogubiłem się i nie wiem nawet kiedy i gdzie.
- Czego chcesz? - Zebrawszy sią na odwagę, zapytałem.
- Dwóch aspiryn. - Odparła konkretnie głowa. - Migrena mnie morduje.
- Co takiego? - Zapytałem zdezorientowany.
- Łeb mnie napier***a! Nie rozumiesz?
- A nie boli cię coś innego? Na przykład szyja. - Zawiesiłem się na chwilę. - No w miejscu cięcia, albo zerwany rdzeń kręgowy, czy tam, co tam? - Zgadałem niedorzecznie, nie wiedząc co powiedzieć.
Na tym oczywiście nasza pierwsza rozmowa się nie skończyła. Rozmawialiśmy ale postanowiłem nie wchodzić z głową w jakąkolwiek polemikę a po jakimś czasie przestałem się odzywać. I najwyraźniej zbaraniałem, bo zamiast porzucić upiorne znalezisko, zabrałem walizkę z zawartością do domu. Po drodze głowa recytowała nekrologi z pamięci i śpiewała "Wlazł kotek na płotek", tyle że od tyłu, co było bardziej niepokojące niż śmieszne. Nie mogłem jej uciszyć. W mieszkaniu postawiłem ją w szafie. Miałem nadzieję, że sprawa się rozwiąże sama. Przez kilka dni próbowałem udawać, że nic się nie stało i omijałem szafę z daleka. Ale potem znalazłem na lustrze wiadomość napisaną pastą do zębów: "Daj mi ciało albo biorę twoje." Przeraziłem się. Wpierzyłem się w kłopoty nie do odkręcenia. Była to kara za ciekawość i przywłaszczenie cudzej własności. Tymczasem chciałem, jak każdy, jeszcze pożyć. W kolejnych dniach zacząłem więc szukać ciała. I tak oto nakręciły się kolejne zdarzenia, których próbowałem za wszelką cenę uniknąć. Ale lawina już poszła.
Wpierw próbowałem wyłgać się jakimś manekinem z wystawy. Ale to oczywiście nie przeszło. Dostałem od głowy zjebę. Potem kombinowałem z dogorywającym sąsiadem spod dwójki, pasowałby idealnie, ale miał jeden mankament. Był umierający a głowa chciała ciało pełne życia. Zaś ja nie chciałem nikogo życia pozbawiać. Znalazłem się w zafajdanej karawaniarskiej dupie. A głowa mnie cisnęła i nie odpuszczała. Skutecznie mnie osaczyła mnie i zaczęła mną manipulować. Nie pomyślałem wtedy, żeby ją zabić. I nie wiem, czy by to coś dało, no i byłaby to ostateczność, ale zawsze byłby to ruch w kierunku rozwiązania problemu.
Wycieńczony tym wszystkim do inmetu zrobiłem coś, czego nie poleciłbym nikomu, zaproponowałem głowie swoje ciało. Od razu się zgodziła. I teraz ku**a jak głupi ciul siedzę w walizce, to znaczy moja głowa w niej gnije. Mrok, wilgoć, smród pleśni i stęchlizny. Ale, przynajmniej mam względny spokój. Jednak narasta we mnie frustracja rozpętana brakiem mojej sprawczości. Dominuje obsesyjna potrzeba powrotu do stanu sprzed utraty ciała, wręcz nieustannie o tym myślę. Tymczasem ten, który teraz chodzi z moim ciałem, opowiada na prawo i lewo, że znalazł walizkę. I że to zmieniło mu życie. Jasne, że tak. Mnie również. Tak. Mnie też zmieniło. Na krótsze, bo stałem się krótszy o jakieś metr siedemdziesiąt i wegetuję w walizce. Teraz mym celem jest nakłonić biorcę mojego ciała, żeby zostawił walizkę gdzieś na dworcu, samotną i prowokującą, a później popracować nad znalazcą, żeby mi odstąpił swoje ciało i żeby przypadkiem nie był szkaradnym brzydalem lub kobietą, albo jednym i drugim naraz.
Miałem na imię Icci, teraz póki co, jestem bezimienną głową upchaną w hipsterskiej walizce.
***




Makabryczne, ale dobre