Sesja Rady Miasta, która odbyła się 25 września, zamiast konstruktywnej debaty przerodziła się w wielogodzinne kłótnie i wzajemne oskarżenia. Wiceprzewodniczący Marek Donatowicz nie krył rozczarowania postawą części radnych, podważając sens modlitwy rozpoczynającej obrady.
Radni przez kilka godzin ustalali porządek obrad, przekrzykując się i zarzucając sobie kłamstwa. Atmosfera sesji - transmitowanej publicznie - wzbudziła zażenowanie nawet wśród samych samorządowców.- Mam taką przykrą refleksję. Obserwując obrady, porządek obrad kilka godzin, sprawozdanie burmistrza też. Modlimy się przed sesją, a potem kłamiemy. Jaki to ma sens? - mówił wiceprzewodniczący Marek Donatowicz. - Ludzie się z nas śmieją. Tylko taka tradycja ta modlitwa i nic za sobą nie niesie? Nie może być tak, że przy kamerach, ludziach my kłamiemy. To nie może tak wyglądać, to jest żenujące. 4 godziny to 3 punkty. Ja widziałem, jak te panie się uśmiechają, to była żenada. Mnie już diabli tu biorą - wyznał.Wypowiedź Donatowicza otwiera szerszą dyskusję o kulturze pracy samorządu i wizerunku radnych w oczach mieszkańców. Padają pytania: czy takie zachowanie godzi w powagę rady? Czy po modlitwie, mającej być symbolem powagi i skupienia, wypada wdawać się w głośne kłótnie i wzajemne oskarżenia? A może - jak sugerują niektórzy - lepiej byłoby zrezygnować z modlitwy, skoro pozostaje tylko pustym rytuałem?
Czwartkowe obrady, choć formalnie dotyczyły bieżących spraw miasta, pokazały, że problemem samym w sobie staje się styl prowadzenia dyskusji i brak wzajemnego szacunku. Mieszkańcy, obserwując transmisję, mogli odnieść wrażenie, że radni bardziej skupiają się na wzajemnych zarzutach niż na rozwiązywaniu realnych problemów.
em/s





Wpis na temat VAT, dworów szlacheckich - nijak się ma do tematu artykułu. Moderator.