Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Widziadło spod Giewontu w różowym gorsecie".
Widziadło spod Giewontu w różowym gorsecie/Fantástico Chico Blanco/Pojawiła się nie wiadomo skąd. Nikt nie wiedział, kiedy przyszła i skąd się wzięła. Może z mgły, która spływała z Regli, jak duch zbłąkanego anioła w różowej haftowanej chuście z jarmarku i różowym haftowanym gorsecie, tak wściekle różowym, że nawet flaming by się zarumienił. Może z dymu po grillach, w których przypalały się sumienia i karkówka. Mówili o niej różnie, że to zjawa, że to fatamorgana, że to duch Podhala zmęczony sezonem. Widziano ją na Krupówkach, w karczmach, a nawet na targu pod Gubałówką. Ale wszyscy byli zgodni co do jednego, miała na sobie wściekle różowy gorset, chustkę i różowe kierpce, które tłukły się jak wyrzuty sumienia. Jakby wywróciła regionalny stragan na lewą stronę. Chodziła po ulicach Zakopanego z wdziękiem spóźnionej turystki. Zaglądała w witryny, w których odbijało się wszystko, oprócz twarzy miejscowych. Czasem siadała na ławce pod oscypkiem z silikonu i patrzyła, jak słońce topi Tatry w tłuszczu chciwości i jednocześnie zalewa nieustannym deszczem obłudy. Była głodna, nie ciałem, ale duszą. Zjawę nazwano po prostu "Widziadłem". Mówili, że pożera dusze. Nie wszystkie. Tylko te, które same się proszą, te tłuste od pogardy i słodkie od żądz. A tych, jak wiadomo, tu nie brak. Jedni mówili, że przywędrowała z Tatr, inni, że z galerii handlowej ze stolicy. Byli tacy co twierdzili, że zjawa cuchnie kadzidłem i rozlanym winem. Inni, że unosi się wokół niej zapach fałszywych promocji i taniego seksu. Pewne było jedno, miała plan. Pożerała dusze. I to z apetytem, jakiego nie powstydziłby się żaden grillowy turysta.
W mieście pachniało benzyną i zachwytem z zarobionych dudków. Tłumy odpływały w rytm grzmiących silników, zostawiając po sobie pustkę, smród, bród, dziury w asfalcie i echo chichotu pogardy. W sezonie Zakopane przypomina patelnię, na której ktoś smaży tłum przybyszów w klapkach, oscypki na ruszcie i sumienia na wolnym ogniu. Ulice są pełne spalin, decybeli i ludzi, którzy zgubili gdzieś maniery. Turyści ciągną gdzieś stadami, jakby na mszę z darmowymi smakołykami, a miejscowi witają ich uśmiechami sklejanymi na ślinę i zaciskają zęby, żeby komuś przypadkiem w pysk nie dać. Kiedyś jeszcze w tym całym galimatiasie tliła się jakaś góralska duma, coś jakby zapach siana po deszczu. Ale teraz? Teraz nawet Bóg, gdyby zszedł na Krupówki, dostałby mandat za parkowanie na poboczu, bo to "swój". Gdyby jednak był "obcym", to może by się mu upiekło. Taki rodzaj wazeliniarstwa, żeby się czasem nie pogniewali. A niech się gniewają i tak jest ich zbyt wielu! I wreszcie sezon się kończy, a po wszystkim zostają puste butelki, smog i echo rozmów, które brzęczały monety. Ile, za ile? I pieprzenie o paragonach grozy! Ulice pustoszeją, śmieci plątają się jak wspomnienia, a wiatr niesie echa turystycznych rozmów o niczym. Po sezonie Zakopane przypomina, nie przymierzając, kobietę po balu, porzuconą i wykorzystaną przez przypadkowego kochanka. Rozmazaną, z rozpiętym gorsetem, ze spojrzeniem, które udaje, że nic się nie stało. I w górach znowu słychać ciszę. To cisza pełna zadyszki po miesiącach nieustannego handlu duszami, przypłacona udarami, zawałami i nerwicami.
Na Kościeliskiej mieszkała Kaśka, góralica, jak się patrzy. Prosta, twarda, a do tego przedsiębiorcza. Handlowała wszystkim, od oscypków po dusze turystów, choć te drugie taniej, bo mało kto już miał coś w środku. Jej sąsiadem był Charles, który przyjechał tu z misją zrobienia interesu życia. Kupił od pewnego górala kawałek budowlanej ziemi, postawił pensjonat "The Highlander?s Dream" i wierzył, że lokalni go pokochają, bo płacił gotówką. Sympatii jednak nie zyskał, ale za to dostał nagrodę za najlepszy plakat z owcą w szkockim stroju i nikt nie miał serca mu powiedzieć, że góry już dawno zeszły na dół, cokolwiek by to znaczyło.
I właśnie wtedy zjawiła się ona, zjawa w różowym gorsecie. Początkowo tylko mignęła Kaśce w oknie, jakby przymierzała się do życia po życiu. Ale z każdym dniem zaczynała nawiedzać nie tylko dom, lecz i jej duszę. Kaśka przestała spokojnie spać. Zjawa, a jakże, nawiedziła również Charlesa, przez co stracił rachubę i zaczął mylić się w rachunkach. Wkrótce ich małe biznesy, wcześniej kwitnące, zaczęły więdnąć. A zjawa szeptała im w snach: "Liczycie zyski, a nie grzechy. Gardzicie swoimi, żeby podlizać się obcym. Żrecie gościom z rąk a plujecie w twarz sąsiadom. Ja jestem tylko waszym odbiciem". I rzeczywiście, zaczęli się odbijać w tej zjawie niczym w brudnej szybie, pełnej hałasu, aut na zakorkowanych drogach i dumy zakopanej głęboko pod warstwą grilla i selfików.
W tym miejscu, żeby nie pokpić fabuły wypada nadmienić, że Kaśka i Charles dosyć szybko się spiknęli. Połączyła ich głównie miłość do mamony a istotne jest to jedynie dla obrania właściwej perspektywy dalszej części opowieści. I nie ma co opisywać jak do tego doszło, bo nie o tym jest ta historia.
W ciepły niedzielny poranek, kiedy jeszcze pachniało sobotnim kebabem przyszła do nich zjawa. Wdarła się do pensjonatu bez ostrzeżenia i bez litości.
? Dzień dobry ? powiedziała, wachlując się paragonem. ? Widzę, że tu się dobrze żeruje.
Kaśka próbowała udawać, że jej nie ma, ale zjawa miała wzrok jak ukraiński dron, widziała wszystko, nawet to, czego człowiek w sobie nie chce zobaczyć.
? Gardzicie sobą, żeby się przypodobać obcym ? syknęła zjawa. ? Żujecie chciwość i połykacie wstyd a z ust wypada wam resztka duszy, którą później wrzucacie na grilla.
Charles próbował coś powiedzieć, ale wydał tylko dźwięk przypominający skrzypienie kasy fiskalnej z typowym angielskim akcentem. Kaśka chciała się przeżegnać, lecz jej ręce same ułożyły się w znak rabatu oznaczający obniżenie ceny. Zjawa zaśmiała się i rozlała się po ścianach jak różowa mgła z waty cukrowej. A potem znikła. Minęło parę miesięcy i zjawa znowu do nich przyszła. Tym razem w nocy. Znowu nie pukała. Po prostu weszła, jak rachunek sumienia po świętach. Miała w oczach światło neonów i chłód zimowego deszczu.
? Liczycie monety, a nie błogosławieństwa ? powiedziała głosem, który pachniał kadzidłem i mszalnym winem. ? Gardzicie swoimi, bo łatwiej sprzedać ich niż siebie.
Zjawa pochyliła się nad nimi, uśmiechnęła się różowo i cicho z czułością kata rzekła:
? Ja jestem waszą chciwością, waszą pogardą, waszym "byle do września, a później byle do maja i kolejnych długich weekendów". Karmię się wami, bo sami mnie stworzyliście. Jestem i zawsze będę z wami. Stworzyliście mnie z własnej małostkowości i strachu, że jak nie będzie turysty, to nie będzie was.
I znikła, zostawiając po sobie tylko lekki zapach róży, wstyd i niepokój, który nie mieścił się w żadnej głowie.
Któregoś dnia znowu usiadła przy stole u Kaśki i Charlesa.
? No i co teraz? ? spytała Kaśka, której głos drżał jak liście jesionu w czasie halnego.
? Teraz ? powiedziała zjawa ? zjecie, coście sami naważyli.
I znikła, zostawiając po sobie tylko zapach dymu z grilla.
Od tej pory Kaśka zaczęła częstować turystów prawdziwym oscypkiem, a nie gumową i pełną emulgatorów atrapą z hurtowni. Charles użyczył część działki pod łąkę dla owiec. A zjawa? Zjawa znikła. Może przeniosła się do innych. Jednak, gdy gasną światła, jej cień wciąż tańczy w witrynach sklepów.
Od tamtej nocy coś się zmieniło. Zakopane zaczęło się zmieniać. Oscypki topniały jedynie na widok prawdy i zaczęły pachnieć jak dawniej, prawdziwie. A na Krupówkach ktoś napisał sprayem: "Nie sprzedawaj duszy za dolary, nawet tym ze stolicy." Turyści wreszcie zamilkli w kolejkach, jakby się wstydzili, że coś we śnie usłyszeli a dla niektórych było to doświadczenie niemal mistyczne. Tylko zjawa czasem krążyła po ulicach, nucąc coś. Wieczorem, gdy słońce schodziło za Giewont, ktoś widział różowy cień na tle nieba. Ktoś inny słyszał muzykę, coś pomiędzy Rachmaninowem a góralską nutą. Smutną, ale piękną i nikt nie wiedział, skąd dobiega. Może z wnętrza miasta, które na chwilę przypomniało sobie, czym jest dusza. Ludzie mówili, że to koniec świata. A może tylko koniec sezonu? Bo w Zakopanem wszystko do tej pory było na sprzedaż. Miłość, honor, a nawet dusza. Niektórzy mówią, że zjawa wciąż się pojawia, czasem w witrynach sklepów, czasem w odbiciach szyb samochodów, które jadą za szybko i strzelają w wydechów. Inni dowodzą, że to duch Podhala, który przypomina nam, że świętość to nie jest gadżet do sprzedania. Jeszcze inni twierdzą, że to tylko widziadło, które się przegląda w nas samych i nic nikomu nie może zrobić. A może to nie zjawa jest straszna, ino to, co w człowieku się zjawia, kiedy przestaje być sobą. Kto duszę sprzeda dla paru złotych i kilku lajków, temu wcześniej czy później zjawi się rachunek z różową pieczęcią i podpisem widziadła. I niech was Bóg błogosławi, ale nie na fakturę.
***




