Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Nokaut 4_ Czyli anatomia nieśmiertelnego słupka i nieugiętego gospodarza".
Nokaut 4_ Czyli anatomia nieśmiertelnego słupka i nieugiętego gospodarza/Fantástico Chico Blanco/Gdyby ktoś kiedyś chciał napisać poradnik o tym, jak nie zwariować na własnym podjeździe przed domem w Zakopanem, nasz bohater mógłby być jego patronem. Otóż człowiek absolutnie sympatyczny, taki z gatunku tych, co to nawet psom życzą dobrego dnia. I w tym miejscu mała dygresja, może to psom bardziej się ten dobry dzień należy, bo one są takie prawdziwe, asertywne i kłamią jedynie w kwestii smaczka. A jednak życie postanowiło zrobić z naszego bohatera kolekcjonera absurdu, concierge?a i zarazem kustosza pewnego nieszczęsnego słupka drogowego, a właściwie to dwóch słupków.
Zaczęło się dosyć niewinnie. Od schodów. Schodów, które przypadkowi mistrzowie parkowania z uporem maniaka demolowali, jakby próbowali zdobyć je taranem albo mieli osobisty uraz do stopni jako tworu architektonicznego. Nasz bohater naprawiał je po każdej samochodowej torturze, aż wreszcie powiedział do żony: "dosyć!". Nie chodziło oczywiście o to, żeby żona nie parkowała na schodkach, bo ona nie prowadzi samochodu, ale jakby to rzec, po prostu do niej się zwrócił, bo akurat była pod ręką.
Kupił więc w markecie budowalnym dwa gumowe słupki, takie urocze konusy w czerwono białe pasy i postawił przed wyjściem na schody, żeby kierowcy z wyobraźnią rozmiaru orzeszka laskowego wreszcie się zatrzymywali. Niestety, ktoś słupki regularnie wywracał. A potem odrzucał dalej, ciskał, jakby trenował do olimpiady w konkurencji "rzut byle czym". Aż, w końcu słupki zniknęły. Zupełnie. Ostudziło to wiarę bohatera w ludzkość, ale nie w słupki. Kupił więc nowy, tym razem jeden, podpisał go niezmywalnym pisakiem niczym matka chrzestna kartkę z weselnymi życzeniami, po czym przytroczył do obrzeża stalową oblekaną linką. Następnego ranka stwierdził brak słupka. Pozostał jedynie odgięty haczyk, jak fragment smutnej pępowiny po porwaniu noworodka.
Faceta olśniło, że wandale nie są byle kim. To musieli być doświadczeni użytkownicy siłki, operujący przeważnie w nocy, w absolutnej ciszy i dzięki wyrobionym mięśniom potrafiący wyrwać hak z obrzeża. Ich talent niszczycielski można porównać do zawodowców, takich, co to w telewizji pokazują w programach "Zbrodnia i coś tam, coś tam".
Rozwiązanie? Przyszło szybko! Gospodarz wykombinował, że musi zainstalować mocniejszy hak. Bo jak człowiek od lat walczy z bezsensownymi sabotażystami, to zaczyna kombinować jak frontowy inżynier.
Słupek wrócił. Przywiązany lepiej, solidniej, wydawało się wręcz, że na śmierć i życie. Tyle, że od tej pory wandale przestali być zwykłymi ludźmi, zamienili się w zrozpaczonych poszukiwaczy sensu terminatorów zaprogramowanych przez jakiś zbuntowany Skynet. Przychodzili nocami, kopali w słupek, szarpali go jak skrzywdzony pies przyczepiony do budy przez nieludzkiego sąsiada. Ale linka była silniejsza i hak mocniejszy, więc słupek się jedynie odkształcał i wywracał a później przy pomocy wiernego gospodarza powracał na swoje miejsce, niczym bokserski sparingpartner. Wtedy, żeby dopełnić czarę goryczy, nasz gospodarz wpadł na pomysł, wypełnienia słupka kamieniami.
Aż w końcu nasz nieugięty gospodarz nie wytrzymał. Wziął wiertarkę, wiercił otwory w podjeździe tak nerwowo jak dentysta po zbyt mocnej kawie, zainstalował kołki rozporowe i dokręcił słupek na cztery śruby. Teraz słupek nie tylko stał, ale po prostu istniał, jak pomnik Marka Aureliusza w Rzymie. Z takim majestatem i pewnością, że nawet lokalne psy zaczęły go omijać z szacunkiem, czego wcześniej nie robiły. Od tej pory nikt go nie już ruszył. Żaden wandal, żaden pijak, żaden nieoświecony mięśniak nieodróżniający chamstwa od demokracji.
Nasz bohater, nieugięty gospodarz, dumny, choć trochę zawstydzony faktem, że tak długo bawił się w grę "kto kogo?" ze słupkiem i jego gwałcicielami, w końcu zrozumiał, że dojrzały człowiek nie walczy z wandalami, tylko z własną naiwnością. Morał? Czasem, żeby uchronić schody, trzeba zabetonować w ziemię własne poczucie absurdu. A do to tego wystarczy młotowiertarka pożyczona od kumpla i zwykłe kołki rozporowe, najlepiej takie, których nie ruszy ani wandal, ani inna głupota świata.
***




