16.12.2025, 08:00 | czytano: 729

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Sylwek 2026"

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś felieton pt. "Sylwek 2026".
Sylwek 2026
/Fantástico Chico Blanco/
Pędzimy przez naszą kalendarzową rzeczywistość, a rok 2025 już niemal zdycha pod stołem i jak co roku nie pamiętamy, że poród kolejnego będzie bolał bardziej niż leczenie kanałowe bez znieczulenia. Chyli się ten rok ku końcowi jak zmordowany koń w Morskim Oku, a my, jak to my, udajemy, że poród nowego kalendarza to sprawka lekka, miła i pachnąca szampanem. Otóż nie. To poród kleszczowy, bolesny i z komplikacjami, które co roku ignorujemy z godnym podziwu uporem. I w osobistej gonitwie zapominamy, że poród nowego roku to impreza pełna huku i dymu. Kiedy rok temu pierwszy raz pisałem o corocznym porodzie nowego kalendarza, głównie dziękowałem tym, którzy nie strzelali w Sylwestra i tym, którzy porzucili swoje cztery kółka, by brnąć pieszo przez podhalańskie mgły spalinowo- fajerwerkowe. Dlatego w tym roku pozwolę sobie jedynie przypomnieć kilka starych grzechów, bo jak sądzę, rachunek sumienia dalej mamy niezrobiony. Zapominamy, że tu w turystycznym oku cyklonu, poród nowego kalendarza to nie jest zwykły maleńki zabieg, tylko prawdziwa akcja ratunkowa z dymem, hukiem i ogólnym chaosem, którego nie powstydziłaby się żadna klinika położnicza w kraju.

Moje obserwacje podsunęły mi przykrą, ale twardą tezę, że mało komu zależy, by skończyć z tym niebezpiecznym fajerwerkowym procederem. Niby wszyscy wiedzą, że to słabe, że ogniście niebezpieczne, że głośne, ale rozmowę o tym podejmuje niewielu. A ja, mając świadomość, że zaraz oberwę hejtem od miłośników ognia i handlowców huku, powiem to, co powiedziałem rok wcześniej, że żal mi tych, którzy nie potrafią przeżyć nadejścia Nowego Roku bez plucia ogniem w niebo i bez zasilania okolicy dawką decybeli większą niż młot udarowy. Bo to dzieci we mgle, byle błysk, byle huk i już euforia jak w średniowieczu przy pozbawianiu głowy skazańca. Tak, część z nas to takie dorosłe dzieci bez opieki, podjarane jak zapałka w składzie dynamitu. A konsekwencje? Ech, to już detale, którymi nie zaprzątają sobie głowy. Świadomość konsekwencji ulotniła się gdzieś razem z dymem. Producenci i handlarze błyskotek mają z tego złoto, a reszta, no cóż, ma traumę, hałas i coroczne ryzyko, że ktoś im wystrzeli w balkon, w dach albo kota w kosmos. Fajerwerki! Nasze podhalańskie igrzyska! Co roku obserwuję te same sceny: dorosłych ludzi, którzy na widok rakietki dostają orgazmu i zachowują się jakby mieli zaraz odkryć Amerykę. Tymczasem ci którzy w Sylwestra nie strzelali, ten szlachetny promil społeczeństwa, to oni właśnie zasługują na medal od burmistrza i zwolnienie z lokalnych podatków.

Nie będę mówił o straszeniu zwierząt, tych dzikich i tych domowych, bo ileż można? To temat wałkowany od lat, choć dalej nierozwałkowany na tyle, by cokolwiek z niego wynikło. Nadal nie mamy ogólnopolskiej regulacji, która by jasno określiła, kto, gdzie i czym może wystrzeliwać swoje marzenia w postaci petard i rakietek. Na szczęście niektóre miasta okazały się mądrzejsze i zastąpiły huk cichym pokazem laserów, które nikomu nie urywają palców ani poczucia godności. Chwała im za to. A reszta? Cóż... dalej żyje w przekonaniu, że Nowy Rok bez wystrzału to jak chrzest bez wody, niby można, ale po co. Wiem, wiem, zaraz ktoś powie: "Gościu, a co ci to przeszkadza? Sylwester jest raz w roku!". Oczywiście. Tak samo jak wyrywanie zęba mądrości. Tylko, że jakoś nikt nie biegnie do dentysty, żeby robić to profilaktycznie, dla zabawy. Bo nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale na Podhalu fajerwerki odpalają nie tylko o północy. One startują wcześniej. Takie próby generalne. A propos urwanych części ciała i innych nieszczęść, patrząc na minione lata, gdy w moim sąsiedztwie płonęły domy od "niewinnych" petard, pytam nieustannie co roku, czy nasze władze zrobiły wszystko, żeby to wyeliminować? I co roku odpowiadam sobie: raczej nie. Gminny zakaz strzelania w miejscach publicznych to akt prawny jakby z papieru ryżowego, dekoracyjny, ale do niczego. Egzekwowalność zerowa, a przyjezdni? No cóż, co najwyżej zdziwieni, że ktoś tu coś zakazuje. Władze sugerują, że co roku starają się coś z tym zrobić. Ale bardziej udają, że się starają, bo zakaz strzelania w miejscach publicznych to przepis jak z gumy, ciągnie się, wygina i nie da się nim niczego związać. Turysta słyszy ten zakaz, wzrusza ramionami i odpala petardę, bo przecież "zapłacił, to może". A tymczasem w okolicznych domach człowiek się zastanawia, czy na pewno kupił ubezpieczenie od nieszczęśliwego startu rakiety w kierunku strychu. Co najlepsze, wielu z tych pirotechników-amatorów nawet nie potrzebuje alkoholu, żeby odwalić coś ryzykownego. A alkohol, jak wiadomo, podnosi jedynie ich talent do poziomu, przy którym człowiek zaczyna się modlić, żeby przynajmniej strzelali w swoim kierunku. A więc tradycyjnie, między 30 grudnia a 2 stycznia: huk, huk, przerwa na siku, huk, huk, wybuch do świtu. A potem jeszcze poprawka resztkami, które nie poszły w nocy. A goście? Goście są zachwyceni. I to wszystko na tle innego hitu świąteczno-noworocznego, ruchu samochodowego, który z odcinka Nowy Targ - Zakopane robi wyprawę na ośmiotysięcznik. Z tym że w Himalajach przynajmniej masz widoki, sens istnienia i czystą atmosferę. U nas masz spaliny i wściekłych kierowców, którzy łudzą się, że "za chwilkę coś ruszy". Ale to może wcale nie jest zła wiadomość, bo dzięki temu człowiek ma czas, żeby przemyśleć sens życia, obejrzeć jakiś film na telefonie i zastanowić się, czy nie byłoby taniej i szybciej pojechać gdzieś, gdzie nie ma słynnej Zakopianki.

I jeszcze ostatnia perełka, niektórzy turyści, którzy przyjeżdżają odpocząć i nie potrafią żyć bez grilla albo ogniska odpalonego między domami. Jakby ogień był ich naturalnym przedłużeniem. Można im tłumaczyć przepisy, bezpieczeństwo, dobro sąsiedzkie, ale jeśli komuś grillowanie przy cudzym płocie sprawia przyjemność, to argumenty mają siłę mokrego zapałka. Głównie są to turyści z zaprzyjaźnionego kraju, którzy kochają ogniska jak nikt. Najlepiej rozpalić je między domami, pod blokiem, przy śmietniku. Ważne, żeby się paliło i żeby się przy tym coś polewało. Jakby każde płomienie były osobistym hołdem dla ich wschodniej tradycji. A jak zwrócisz uwagę, że może to nie jest najlepsze miejsce, to patrzą na ciebie, jakbyś im wyrwał maczugę. Niby są cywilizowani a jednak ewidentnie wyziera z nich stepowa dzikość. I znowu zaznaczę, że wiem, iż niektórym przyjezdnym wydaje się, że jak płacą za nocleg, to mają prawo palić ognisko pod oknem i grillować kiełbasę na masce samochodu sąsiada. Fajnie, tylko że istnieje coś takiego jak dobro sąsiedzkie, do którego, jakimś cudem, można by dorzucić krztynę zdrowego rozsądku.
Dlatego piszę to na chłodno, przedświątecznie, bez okularów z filtrem dramatyzowania i pozwalam sobie już dziś zaapelować bez piany na ustach, w tonie spokojnym, choć z lekkim dymkiem, żeby w tym roku zrobić choć trochę, by innym nie uprzykrzać świąt i Sylwestra. Bo zanim nam przyjdzie wprowadzać limity turystów jak w Barcelonie czy Rzymie, zanim zaczniemy stawiać szlabany i montować bramki jak na lotnisku, może po prostu zacznijmy od drobiazgów, może warto po prostu pamiętać, że tu mieszkają też ludzie, którzy nie chcą być co roku zadeptywani, zakorkowani i w najgorszym przypadku spaleni przez pijanych piromanów. Kłaniam się nisko i życzę świąt spokojnych, Sylwestra nieprzypominającego działań wojennych bez konieczności testowania wytrzymałości bębenków oraz Nowego Roku, w którym liczba palców pozostanie taka sama przed i po.

***
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl