Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "O patelni, zemście i innych chorobach duszy".
Nokaut - O patelni, zemście i innych chorobach duszy/Fantastico Chico Blanco/Wszystkie postacie, przestawione w opowiadaniu są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe, nie mówiąc o miejscach akcji i gadżetach.
Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że polska sprawiedliwość dziejowa upomni się o siebie w dziale kuchennym znanej szwedzkiej sieciówki, nie uwierzyłbym. A jednak. Historia lubi zaskakiwać, zwłaszcza gdy bohaterem zdarzenia zostaje człowiek tak znany publicznie, że nawet jego baniak w bejsbolówce wygląda jak mem z własną osobowością.
Niech będzie, nazwijmy go Panem X. Nie z powodu dyskrecji, lecz dlatego, że jego nazwisko mogłoby wywołać chichot losu tak głośny jak trzask pokrywy od patelni, którą w feralny dzień wsunął pod pazuchę.
Pan X bowiem, facio, który przemawiał do narodu, do kamer, a niekiedy nawet do własnego sumienia, pewnego dnia dał się przyłapać na kradzieży. I to byle czego! Nie była to zuchwała kradzież jak ta w Luwrze, która dotyczyła bezcennych klejnotów koronnych z galerii Apollina w tym tiary cesarzowej Eugenii i diamentów, o szacunkowej wartości 88 milionów euro. Nie była to kradzież pereł, złota, drogocennego obrazu renesansowego mistrza, ale patelni z pokrywą i to pewnie jeszcze wyprodukowanej w chinach. Żeby ta patelnia nie była osamotniona do kompletu Pan X dorzucił zestaw talerzy, torebki strunowe, fartuch kuchenny, dwa kable USB i, jak na zbliżającą się katastrofę przystało, dwa obciążniki USB, których przeznaczenia nawet w sklepie nikt nie rozumiał, choć wszyscy udawali, że doskonale wiedzą. Wartość łupu, cztery stówy. Wartość wstydu, bezcenna. Wartość satyry, którą zaraz z tego usmażę, nie do przebicia. Wiem, przemawia przeze mnie pycha, ale jak przy takim temacie nie być zuchwałym?
Kiedy obsługa sklepu zagrodziła mu drogę, Pan X w sposób bardziej teatralny niż skuteczny, ten zaczął się tłumaczyć. Najpierw pitolił, że nie wszystko się nabiło, że kasa ma swoje kaprysy. Że on przecież chciał zapłacić, ale maszyna najwyraźniej stwierdziła, że talerze są na liście gości uprzywilejowanych. Argumentował, gestykulował, a nawet zrobił smutne oczy, które zwykle sprawdzały się na naiwnych wyborcach no i może jeszcze na kotach sąsiadów. Ale cóż! Tym razem technologia okazała się bezlitosna, a sklepowy ochroniarz jeszcze bardziej.
Policja przyjechała szybko, jakby sama patelnia nadała komunikat o przestępstwie. A że Pan X jest postacią znaną, to i chłopaki się spieszyli. Oj będzie wynik, będzie wynik! Pan X przyjął mandat jak dżentelmen, który właśnie zakończył transakcję handlową z losem. Pięć stóweczek bez oporu, wręcz z ulgą. Jak ktoś, kto pomylił egzamin na prawo jazdy z maturą. Zapłacił natychmiast i sprawa wydawała się mu zamknięta. Niestety innym dopiero się sprawa otworzyła. Dopadli go wścibscy dziennikarze. Ale Pan X, jak każdy bohater narodowej farsy, nie był człowiekiem, który odpuszcza tak łatwo. Skoro tłumaczenie, że coś tam się nie nabiło, nie trafiło do nikogo, postanowił iść na całość. Jak każdy bohater tragifarsy, postanowił nadać zdarzeniu głębszy sens. I nagle, w przypływie tego specyficznego polskiego pojęcia martyrologii, ogłosił, że tak naprawdę to wszystko w ramach reparacji za potop szwedzki. Rozwalił tym bank. Oznajmił, że to nie kradzież, tylko reparacje. Tak, reparacje. Za potop szwedzki. No i w tym momencie wszystkim zadrżały ze zdziwienia brwi. A obsługa sklepu wręcz rozejrzała się w poszukiwaniu ukrytych kamer. Pan X kontynuował:
- Szwedzi zabrali nam skarby koronne. Nasze obrazy, księgi, broń, stroje, nawet rzeczy codziennego użytku. Wywozili całe beczki! Całe flotylle! A teraz ja ma płacić za patelnię? Ja tylko odzyskuję to, co nasze, mam pełne prawo wziąć te parę rzeczy!
- Czy polski patriota ma stać bezczynnie? Czy ma biernie patrzeć, jak Szwedzi bezczelnie wystawiają nasze skarby w swoich muzeach? Ja mówię: dość! Jak oni wzięli nasze, to ja biorę ich!
Niestety, problem polegał na tym, że Szwedzi wzięli arrasy, zbroje i księgi. A Pan X brał patelnię, fartuch i kable USB. Nie wszyscy bohaterowie mają jednakowy kaliber. Informacja o incydencie rozeszła się po kraju szybciej niż promocja na danie dnia w szwedzkiej sieciówce. Media zaczęły grzać temat, choć same nie wiedziały, czy śmiać się, czy płakać. W sieci zawrzało. Oto polski patriota, obrońca tradycji, pogromca globalizacji, odzyskuje dla ojczyzny to, co jej niegdyś odebrano: naczynia kuchenne i drobnicę. Gdyby to Kafka napisał, wszyscy powiedzieliby, że może trochę przesadził, że zbyt groteskowe. A życie, jak zawsze, można mu tylko pozazdrościć wyobraźni.
Jeśli już ktoś chce prowadzić prywatną wojnę ze Szwedami, niech nie zaczyna jej od patelni. Bo nawet historia ma swoje granice poczucia humoru. Jeśli ktoś mści się za potop, niech nie zaczyna od talerzy, torebek strunowych, fartucha kuchennego i kabli USB. Róbmy to z rozmachem albo wcale. Żaden absurd nie rodzi się sam, potrzebuje ludzi, którzy go podleją. Gdy ktoś tłumaczy kradzież reparacjami historycznymi, to albo żartuje, albo powinien się leczyć. Człowiek, który kradnie w imię ojczyzny, powinien liczyć się z tym, że ojczyzna kiedyś powie o nim: nie znam typa. I wreszcie najważniejsze, patriotyzm jest jak patelnia, jeśli używasz go do wybielania swoich przewin, to się przypalisz. No i Pan X się przypalił.
Czyn Pana X, choć dostarczył nam tyle materiału do śmiechu, że gdyby to przeliczyć na złotówki, to jeszcze byśmy mu tę patelnię dołożyli w prezencie. Pozostawiając moralność w spokoju, możemy mu podziękować za jedno, pokazał, że absurd nie zna granic, a satyra naprawdę nie musi się wysilać, wystarczy patrzeć. I zapisywać. I tak oto dzielny Pan X niczego Polsce nie oddał, niczego nie odzyskał, ale za to wykonał piękny, literacki nokaut na własnej reputacji. Za darmo. A patelnia? Patelnia była niewinna. Jak zwykle.
***




