Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Pięć stadiów rozkładu osobowości".
Nokaut _ Pięć stadiów rozkładu osobowości(Fantástico Chico Blanco)Zaprzeczenie
Charles obudził się o piątej czterdzieści pięć, dokładnie tak jak zawsze, bo budzik miał ustawiony na Radio Wczesne Przeboje. Otworzył oczy i pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była... dynia. Nie metaforyczna. Prawdziwa. Dorodna, lśniąca, o barwie zachodu słońca nad Gubałówką w piękną pogodę. Dynia, która ? co szybko empirycznie ustalił ? była po prostu nim. Tak, była umiejscowiona na szyi. Przetarł oczy, które, o dziwo, wciąż posiadał, choć ukryte gdzieś między nierównościami dorodnej skórki i wstępnie uznał, że to po prostu skutek zbyt twardej poduszki.
- Niemożliwe - powiedział do siebie spokojnie, bo przecież Charles był człowiekiem z gruntu rozsądnym. - To na pewno alergia albo jakieś efemeryczne obrzmienie.
Spróbował podrapać się po czole. Paznokcie zapukały głucho, jakby pukał do drzwi starej piwnicy, których od lat nikt nie otwierał albo w dojrzały arbuz. Dynia odpowiedziała lekkim echem. Stanął przed lustrem. Lustro zareagowało poprawnie. Odbiło dynię. To go, nie wiedzieć czemu uspokoiło. Gdyby nic nie odbiło, byłby problem - pomyślał. Ale odbicie było, czyli istniał.
- Przejściowe - mruknął. - Każdy ma kiedyś gorszy poranek. Jedni worki pod oczami, inni rudą papkę i pestki w grubej skórce.
Umył się. Woda spływała po gładkiej skórze, zostawiając rudawą smugę nostalgii i zapach jesieni. Podczas golenia odkrył, że maszynka nie ma czego golić. Mimo to zaciął się, gdy próbował wygładzić zagłębienie przy szypule. Z rany pociekła pomarańczowa breja, gęsta jak zupa krem.
- Niedobór żelaza - uznał. - Albo przesilenie, albo ch** wie co jeszcze. Przecież każdy ma czasem gorszy dzień z cerą.
Założył kurtkę, szalik owinął wokół zielonkawego lekko wygiętego ogonka, jakimś cudem naciągnął na czerp bejsbolówkę z nazwą zespołu Grateful Dead i wyszedł do pracy. Spóźnienie przecież było gorsze niż bycie warzywem.
Gniew
W autobusie numer jedenaście, w którym miasto nie ważyło się zmieniać numeru, panował tłok. Plecaki, torby turystyczne, walizki, kijki, czekany, zabłocone buty, pot i społeczna ignorancja. Charles stał przy drzwiach, a jego głowa obijała się o poręcz, wydając dźwięk drewnianej kasetki. W swoim odbiciu w szybie dostrzegł, albo tak przynajmniej się mu zdawało, że zaczął od zaduchu więdnąć. Wpadł w wewnętrzną furię. A tu jeszcze to!
- Proszę uważać - syknęła starsza pani, wbijając nerwowo parasolkę w jego bok. - Bo mi pan walizkę wywróci.
Wkurzająca starucha! Tego było za dużo. Gniew narósł w nim jak drożdże w cieście, które i tak nigdy nie wyrośnie. W piekarni dwa przystanki dalej, gdzie jak na złość kolejka sięgała parkingu, ekspedientka spojrzała na Charlesa z kpiącym uśmiechem kobiety, która widziała już wszystko.
- Chleb dyniowy? - zapytała z sarkazmem. - Na wagę czy ...?
Charles eksplodował. Dosłownie i metaforycznie. Rzucił się na ladę, zrzucając tacę z bułkami, krzycząc, że jest obywatelem, podatnikiem i posiadaczem numeru PESEL, a nie jakimś tam dodatkiem do risotta.
- Dość waszej wegańskiej dyktatury! - ryczał, okładając ręką powietrze nad ekspedientką. - Człowiek to nie jakiś składnik do czegoś!
Targowanie się
Wieczorem po kąpieli Charles padł na kolana w łazience. Lustro zaparowało, nie widział się, ale dynia wciąż była intuicyjnie wyczuwalna.
- Dobrze - szeptał do sufitu, gdzie była plama po tym jak zalała go sąsiadka. - Panie Boże rozumiem aluzję, rozumiem lekcję. Będę jadł więcej mięsa. Będę wspierał rzeźników. Tylko spraw, żeby to było chociaż brokułem. Brokuły są teraz w modzie, mają więcej żelaza. Ale niech nie będzie to dynia, tylko nie to pospolite Halloweenowe warzywo dla biedoty, błagam.
Obiecywał wszystko. Mięso, ryby, podroby, rosół, kaszankę i flaki. Przysięgał, że przestanie czytać etykiety i będzie jadł jak człowiek, byle co, byle dużo.
- Może cukinia? - negocjował. - Jest smukła. Albo bakłażan, mam w podobnym kolorze ubrania, jakoś bym to ograł.
W akcie desperacji zaproponował nawet swoje organy wewnętrzne, konto oszczędnościowe i karnet na basen, na który ostatnio mało co chodził. Sufit milczał. Bóg najwyraźniej był na diecie albo na wczasach, albo się po prostu uwziął i nie reagował.
Depresja
Minęły dni. Dynia zaczęła mięknąć. Brak słońca sprawił, że jego cera stała się chorobliwie żółtawa. Pojawiły się plamy, zapach i pierwsze muszki. Charles siedział w ciemności, podlewany własną rezygnacją i Jasiem Wędrowniczkiem. Czuł, że ogarnia go egzystencjalna wilgoć. Nie wychodził. Nie odbierał telefonu. Listonosz zostawiał awiza a reklamowe ulotki tkwiły chaotycznie w otworze wrzutowym przepełnionej skrzynki pocztowej. Gąsienice urządziły sobie piknik na jego potylicy.
- Jaki sens ma myślenie, skoro i tak kończy się w garnku? - pytał siebie, nie oczekując odpowiedzi. - Co za różnica, czy myślisz mózgiem, czy miąższem, skoro i tak kończysz w kotle przeznaczenia?
Płakał. Łzy miały smak wywaru. Czuł, że jest gotowany powoli, przez życie, społeczeństwo i jakieś cholerne fatum. Czemu to k***a nie przytrafiło się sąsiadowi, którego tak nie lubi?
Akceptacja
W niedzielne popołudnie założył marynarkę. Krawat ledwie wcisnął na szyję. Dynia była już mocno dojrzała. Wszedł do najlepszej restauracji w mieście. Kelner spojrzał, skinął głową i podał tarkę. Bez pytań. Charles usiadł, posolił się delikatnie i zaczął ścierać własne czoło prosto do talerza. Zupa była gorąca. Idealna. Uśmiechnął się. Wreszcie czuł się przydatny. Wreszcie był częścią czegoś użytecznego - karty dań. Poddał się, przestał wierzgać i zaakceptował fakt, że stał się dodatkiem do potraw, może nie jakimś tam dodatkiem, ale dodatkiem niezwykłym, niczym białe trufle. Kelner o dziwo nie padł z wrażenia, jakby to nie był pierwszy przypadek.
***




