Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś felieton pt. "Misja z bluesem, czyli o tym jak dwóch facetów w kapeluszach ratowało nam młodość".
Misja z bluesem, czyli o tym jak dwóch facetów w kapeluszach ratowało nam młodość/Fantastico Chico Blanco/W Zakopanem dramatycznie brakuje fantastycznego cyklu "Kino Którego Szukasz" i tych inspirujących spotkań po seansach filmowych, w czasie których omawialiśmy filmy i prowadziliśmy dyskusje o dziesiątej muzie. Dlatego dzisiaj nie będzie o moich osobistych lub osobliwych spostrzeżeniach, może również nie będzie o wielkiej sztuce filmowej, ale za to o kultowym klasyku "Blues Brothers". Dlaczego? Dobre pytanie. Otóż przeglądając portal, na którym mam przyjemność dla Państwa publikować, rzuciła się mi w oczy reklama przedstawienia z muzyką Blues Brothers z cyklu modnych ostatnio koncertów w stylu tribute show (celowo nie podaję szczegółowych danych, bo nie wiem czy mi wolno). I tak trochę się rozmarzyłem i wróciłem wspomnieniami do tego świetnego filmowego widowiska.? ? ? ?
Czterdzieści sześć lat temu, w czerwcu 1980 roku, do kin wjechał film, który wyglądał jak wypadek drogowy na skrzyżowaniu musicalu, kina akcji i kabaretu rodem z serca Chicago. "Blues Brothers" nie wszedł do kin, on wjechał poślizgiem bocznym, driftem, na syrenach, zostawiając po sobie ślady opon, rozbite sklepowe witryny i zachwyconą publiczność, która do dziś nuci muzykę z filmu. Ja byłem jedną z ofiar tego karambolu. Najpierw kino. Potem znów kino. Potem znów kino. Potem telewizor, który co najmniej raz w roku przypomina mi, że człowiek się starzeje, ale dobre filmy nie.
Ten seans ma u mnie status święta ruchomego jak "Ostatni seans filmowy", "Wielkie piękno" czy "Forrest Gump". Gdy tylko pojawia się w ramówce, rzucam pilot w kąt i wnikam w ekran telewizora by chociaż na chwilę wrócić do tamtego do Chicago. Mój syn też na tym filmie wyrósł, dziś dorosły, z filmowym bakcylem w krwiobiegu. W pewnym momencie nawet rozważałem tatuaż "Elwood" na palcach, ale powstrzymała mnie drobna wada projektu. Otóż nie mam na imię "Elwood" a rodzina mogłaby to odebrać jako zapowiedź kryzysu wieku średniego.
"Blues Brothers" Johna Landisa to osobliwy mutant: komedia, musical i kino pościgowe w jednym czarnym garniturze z krawatem i okularami przeciwsłonecznymi. Wieść niesie, że przez lata nikt nie pobił rekordu liczby rozbitych samochodów w jednym filmie. A wszystko to zrobione z twarzą pokerzysty i uśmiechem chłopca, który właśnie odkrył, że można biegać bezkarnie po kałużach.
Dwaj bracia, Jake i Elwood, zaczynają od wyjścia jednego z nich z więzienia i od razu wpadają w tarapaty. Sierociniec, w którym dorastali, ma zostać zamknięty, jeśli nie pojawi się pięć tysięcy dolców. Najpierw myślą jak specjaliści od drogi na skróty, potem dostają opierdziel od Pingwinicy siostry przełożonej, postaci, przy której strach się odezwać i najlepiej zawsze stać na baczność a następnie przechodzą na tryb legalny. W maleńkiej świątyni Triple Rock Baptist Church dopada ich objawienie. Reaktywujemy zespół, ruszamy w trasę i ratujemy sierociniec. Proste? Oczywiście, że nie. Po drodze eksplodują hotele, demolowane są galerie handlowe a pochód nazistów odkrywa, że kontakt z osłoną chłodnicy bywa orzeźwiający. Zaś bracia, po wyjściu spod gruzów, otrzepują swoje czarne marynarki, poprawiają okulary, kapelusze i jadą windą na właściwe piętro, jakby świat był tylko nieprawidłowo zaparkowanym pojazdem.
Na tym tle reżyser John Landis wstawił koncert wszech czasów. James Brown jako kaznodzieja z energią elektrowni jądrowej, Aretha Franklin w barze z subtelnością welwetu, Ray Charles w sklepie z instrumentami niczym najlepszy nauczyciel muzyki, John Lee Hooker na ulicy, Cab Calloway w finale z "Minnie the Moocher". Występy gwiazd nie są tu tylko pustymi ozdobnikami, to nie jest lista z odhaczeniem nazwisk, każdy z nich dokłada cegłę do tej wspaniałej bazyliki bluesa i soulu. Nawet drugoplanowe mrugnięcia okiem do widza są na miejscu, jak chociażby ten chudziutki urzędnik w finale to Steven Spielberg czy policjant Frank Oz, a "Cwał Walkirii" puszczony w pościgu brzmi jak flirt z Coppolą.
Bracia Blues są przy tym jak śnieżna lawina. Nie przejmują się światem, to świat ma z nimi problem. Mają "misję od Boga", co daje im święte prawo do łamania wszystkich przepisów ruchu drogowego w imię dobra nadrzędnego. I tu działa magia. Film opowiada historię o porządnych intencjach, kompletnie nieporządnych typków. O tym, że czasem, żeby zrobić coś przyzwoitego, trzeba przejść przez skrzyżowanie w największym ruchu na czerwonym świetle i zrobić totalny bałagan.
Była jeszcze kontynuacja z 2000 roku, elegancka, ale bez iskry. Jak powtórzyć cud? Lepiej go nie powtarzać. Oryginał wystarczy na kilka pokoleń seansów. I dobrze. Bo "Blues Brothers" to film o tym, że kultura wysoka i niska mogą jechać jednym radiowozem, jeśli tylko mają dobry silnik. O tym, że muzyka potrafi wyciągnąć człowieka z dołka, nawet jeśli po drodze wyciąga pół galerii handlowej z zawiasów. I o tym, że misje od Boga bywają bardzo ludzkie, bo przecież ktoś musi zapłacić rachunek za sierociniec.
Gdy dziś wracam do tych pościgów, nie widzę już tylko kraks. Widzę obietnicę, że w chaosie można znaleźć rytm. A jeśli nie, zawsze można założyć kapelusz, poprawić krawat i udawać, że to część planu.
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
***



