Zapowiadany z ogromnym rozgłosem w mediach społecznościowych, ogólnopolski protest organizacji pro-zwierzęcych na Palenicy Białczańskiej zakończył się niespodziewanym i bardzo nietypowym patem. Kilkunastu zdeterminowanych działaczy, którzy z transparentami w rękach, wielojęzycznymi banerami i ostrymi żądaniami dymisji na ustach pojawili się na punkcie startowym słynnego szlaku, zastało tam jedynie głuchą pustkę. Wozacy zastosowali sprytny, taktyczny fortel i tego dnia po prostu nie przyprowadzili swoich zwierząt do pracy, całkowicie odcinając drugą stronę od możliwości bezpośredniej konfrontacji, prowokacji czy wywołania medialnego skandalu w tłumie gapiów.
W miejscu, gdzie turyści czekają, aby wsiąść na fasiągi ciągnięte przez konie na trasie Palenica Białczańska - Włosienica panował dzisiaj cisza. Furmani zostawili na pustym placu manewrowym tylko jeden, samotny, zaparkowany fasiąg. Widniał na nim ogromny, przygotowany wcześniej baner z niezwykle wymownym oświadczeniem:"Dziś nie kursujemy. Nie z obawy przed protestem. Ale dla bezpieczeństwa turystów, spokoju naszych koni i uniknięcia niepotrzebnej, wyreżyserowanej eskalacji emocji."Zaskoczeni i wyraźnie skonsternowani obrońcy praw zwierząt z Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt (DIOZ) oraz ruchu "Dla Zwierząt" próbowali obrócić tę sytuację na swoją korzyść i ogłosić chwilowy sukces.
- Przyjechaliśmy tutaj dzisiaj, żeby zaprotestować przeciwko transportowi konnemu do Morskiego Oka i żądać jego całkowitego zlikwidowania. Jak widzicie państwo, nie ma tutaj dzisiaj wozaków, furmanów. Dlaczego? No zastanawiamy się. Jest to dla nas bardzo miłe zaskoczenie w sumie, bo okazuje się, że być może trzeba codziennie organizować protest kolejny, żeby po prostu konie nie jeździły. Dzisiaj konie odpoczywają i my się z tego cieszymy. Natomiast nie poprzestaniemy na tym. Będziemy walczyć do ostatniego momentu, aż konie nie przestaną kursować na tej trasie - mówiła Joanna Marcinkowska, jedna z liderek zgromadzenia i profesorka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu.
Radykalizm i całkowity brak przestrzeni na jakiekolwiek ustępstwa ze strony organizacji pro-zwierzęcych wybrzmiał tego dnia pod Tatrami z pełną mocą. Działacze wprost zadeklarowali, że nie interesują ich wypracowane w ubiegłym roku porozumienia, podpisane listy intencyjne ani wdrażane przez Tatrzański Park Narodowy busy elektryczne. Dla nich jedynym akceptowalnym scenariuszem jest natychmiastowy, totalny zakaz.
- Kompromisy, kompromis tak zwany zgniły, został osiągnięty w zeszłym roku, podobno między ministerstwem a Tatrzańskim Parkiem Narodowym. On nie został zrealizowany w całości do tej pory. Miało kursować bodajże szesnaście busów elektrycznych do Morskiego Oka. Są trzy czy cztery, a chyba z tego, co mi się wydaje, tylko dwa są w tej chwili sprawne. Nasze zdanie jest ostateczne, kompromisów nie ma, kompromisy były. Tu już się walczy o to chyba dziesięć lat, jak nie dłużej. Do 1989 roku ludzie mogli chodzić pieszo, a po 1989 co? Nogi mu ucięło? Jak się jeździ w góry, to się powinno chodzić pieszo - mówiła Krystyna Pietruszka, wiceprezes DIOZ.
Protestujący nie przebierali w słowach, kierując najcięższe działa w stronę najwyższych urzędników odpowiedzialnych za sytuację w TPN, żądając ich natychmiastowego usunięcia ze stanowisk.
- Pani ministra klimatu i środowiska powiedziała, że konie są elementem krajobrazu kulturowego Podhala, a więc zostaną na tej trasie jako właśnie taki element, bez którego turyści nie wyobrażają sobie Podhala. Według nas są to słowa absolutnie skandaliczne, zwłaszcza kiedy wypowiada je osoba odpowiedzialna za ochronę środowiska i przyrody w tym kraju. Co więcej, pan Szymon Ziobrowski stwierdził, że rezygnujemy z wykorzystania konia jako środka transportu, a przechodzimy na wykorzystanie konia jako atrakcji turystycznej. Zmieniła się nazwa, ale wykorzystujemy konia w taki sam sposób. Czy to jest okej? To też są karygodne słowa. Także będziemy żądać dymisji pana dyrektora oraz pani ministry. Pan dyrektor dwanaście lat jest tutaj, o dwanaście lat za długo już. Czas na nowego pana dyrektora, empatycznego, który kocha zwierzęta i przyrodę - grzmiały aktywistki.
Co najbardziej zdumiewające, obrońcy praw zwierząt kategorycznie odrzucili wszelkie argumenty naukowe oraz oficjalne, coroczne badania weterynaryjne prowadzone m.in. przez dr. wet. Marka Tischnera. Przypomnijmy, że podczas ostatnich, lipcowych badań przed bieżącym sezonem letnim 2026 r. lekarze dopuścili do pracy aż 280 koni, wycofując zaledwie trzy osobniki z powodów zdrowotnych. Dla DIOZ te dane medyczne są jednak całkowicie bezwartościowe, co wprost wykrzyczała Krystyna Pietruszka:
- Nas badania w ogóle nie interesują. Absolutnie. Tutaj nie trzeba lekarzy, specjalistów weterynarii. Tu żadnych specjalistów nie trzeba, żeby wiedzieć, że konie są w okrutny sposób wykorzystywane i one po prostu tu jeździć nie mogą. One są dzisiaj zdrowe, jutro padają. Gospodarka Polski nie padnie bez fasiągów, ale konie padają i my na to nie pozwolimy. Nas nie interesują badania tak zwanych specjalistów inspekcji weterynaryjnej. Ten koń jest teraz zdrowy, a za chwilę padnie u góry czy zjeżdżając na dół. Nas takie sprawy nie interesują i nas nikt nie przekona. Ja też ratuję konie. Mam w swoim ośrodku konie i wyobraźcie sobie panowie, że chodzę do nich, mówię do nich, przytulam je i żaden z nich mi jeszcze nigdy do ucha nie powiedział, że chce ciężko pracować. Ponoć górale kochają bardziej konie od swoich bab. To baby też mogą ciągnąć. Jestem jak najbardziej za. Albo niech górale jeżdżą rikszami. W Indiach ludzie pracują na rikszach i wożą ludzi. To może jak górale chcą, żeby nie dyskryminować osób niepełnosprawnych, to niech zakupią rikszę, niech tam popedałują troszeczkę do góry. Ekologicznie, dla zdrowia, dla kondycji - mówił ktywistka.
- Mogliśmy kupić bilety przez internet. Żona nawet kilometra nie może ujść, a teraz się okazuje, że w ogóle nie możemy. Przyjechaliśmy na darmo na Morskie Oko. Obojętnie czym chcieliśmy się przejechać, nie będę wyszczególniał, ale no to jest po prostu nie fair. Jakiś transport powinien być chociaż zastępczy, nie? Pierwszy raz w życiu przyjechaliśmy tutaj i teraz jeszcze chyba będziemy musieli wrócić do domu. Uważam, że jednak to od dawien dawna było i jednak koń to jest ta atrakcja, prawda? Tak uważam. Zresztą nie tylko ja, bo chyba większość tak uważa. To nie znaczy, żeby zabrać po prostu też i transport konny - żalił się zdenerwowany turysta, który musiał zrezygnować z planowanej wycieczki życia.
W tłumie gapiów dochodziło do ostrych spięć słownych, a zwolennicy i przeciwnicy fasiągów przekrzykiwali się nawzajem.
- Te konie nie powinny tak pracować. To nie jest dla nich naturalne. One od zawsze się męczyły. Przecież one ciężko pracują dzień w dzień. A jak ludzie chcą iść w góry, to niech idą na swoich nogach krótszą wycieczkę zrobić, a nie konie. Żal mi tych zwierząt najzwyczajniej w świecie, one nie wyglądają na szczęśliwe. One nie mają żadnej radości - argumentowali turyści z Gdyni, pani Anna i pan Adam.
Kontrargumenty drugiej strony opierały się jednak na tradycji, zdrowym rozsądku i biologii koni pociągowych.
- Jeśli są w warunkach jakichś wiadomo, takich dostatnich, że mogą się napić, gdzieś tam coś zjeść, jakoś załatwić, to ja osobiście nie mam nic przeciwko. Wydaje mi się, że to też była taka wizytówka. Jeżeli chodzi o moje zdanie, konie są stworzone do tego, żeby ciągnąć, żeby fizycznie pracować. Każdy hodowca twierdzi, że jeżeli koń nie pracuje fizycznie, wcześniej umiera. My ciężko pracujemy jako ludzie, więc zwierzę też. Wiadomo, że nie wolno ich przeciążać, ale w granicach rozsądku. Pracowały kiedyś w polach, pomagały ludziom. To normalne. Jako praca fizyczna koni, no to od dawien dawna tak było i tak powinno zostać - tłumaczyli z kolei Karolina, Radek, Paweł i Anna, turyści z centralnej Polski.
Nad całym tym chaosem, falami pretensji, żalami zawiedzionych rodzin i transparentami protestujących od samego początku czuwały potężne, niespotykane przy takich akcjach siły policji. Do zabezpieczenia zaledwie kilkunastoosobowej pikiety komenda wysłała aż 11 w pełni obsadzonych radiowozów, co dobitnie pokazuje, jak potężne, wręcz wybuchowe emocje tliły się tego dnia.
em/r
















