21.07.2026, 10:30 | czytano: 4206

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Człowiek w trybie ON/OFF. Hardware na Krupówkach, czyli binarny Charles szuka rozumu"

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Człowiek w trybie ON/OFF. Hardware na Krupówkach, czyli binarny Charles szuka rozumu ".
Człowiek w trybie ON/OFF. Hardware na Krupówkach, czyli binarny Charles szuka rozumu
/Fantástico Chico Blanco/
Znam człowieka, którego Pan Bóg ulepił chyba za karę w piątek o piętnastej, tuż przed fajrantem, a zamiast duszy wmontował mu używany procesor ze szrotu. Na imię ma Charles. Tak, Charles - nie żaden Karolek czy, nie daj Boże, Jasiek. Rodzice pewnie naczytali się zagranicznych katalogów komputerowych tuż przed poczęciem i z tej całej technologicznej ekscytacji wyszedł im żywy kalkulator, który na co dzień egzystuje w trybie czysto zero-jedynkowym. I żeby to chociaż wynikało z faktu, że chłopak siedzi w tych całych iteach i kroi "stolyce" na gruby hajs za udoskonalanie internetu. Nie. On po prostu cierpi na organiczny brak tolerancji dla wszystkiego, co nie jest tabelką w Excelu.

Dla Charlesa świat ma tylko dwa stany skupienia: albo działa, albo nie działa. Trzecia droga istnieje wyłącznie w przemówieniach polityków przed wyborami. W jego domu nie uświadczysz letniej wody ani nastrojowego półmroku. Poranek to czysta architektura biologicznej maszyny. Algorytm jest prosty: Kawa = 1 - pije; Kawa = 0 - idzie dokupić. Żarówka w kuchni albo napieprza po oczach jak reflektor na przesłuchaniu w SB, albo panuje tam ciemność egipska jak w Zakopanem po dwudziestej drugiej, gdy zgasną neony na Krupówkach. Nie ma u niego czegoś takiego jak "trochę", nie ma "jakoś to będzie", nigdy nie bywa letni. Kiedyś lekarz w przychodni, patrząc na te jego zesztywniałe zwoje mózgowe, rzucił luźną diagnozę: "Panie Charles, mniej stresu, trzeba czasem odpuścić". Ten humanoid zrozumiał to tak dosłownie, że na obiedzie w knajpie na półtorej minuty przestał oddychać. No przecież logiczne: skoro życie generuje zbyt dużo procesów w tle, to trzeba zamknąć system. Jakaś baba zaczęła wtedy drzeć japę, że chłop zszedł na zawał, ale Charles po ocuceniu stwierdził tylko ze stoickim spokojem, że to był rutynowy, acz niezbyt udany restart procesora.

Koledzy z pracy ochrzcili go mianem Rain Mana, choć moim zdaniem bliżej mu do starego telewizora Rubin - jak obraz skacze, to nie rozmawiasz z nim o uczuciach, tylko walisz z góry pięścią w obudowę albo wyciągasz wtyczkę z gniazdka. Pamiętam, jak parę lat temu jeden taki domorosły filozof z Nowego Targu, chyba po przedawkowaniu kodeiny albo taniego prosecco, palnął do Charlesa, że współcześni młodzieńcy są jak świeże, chrupiące bułeczki, ale on za to jest jak wyrafinowany, czekoladowy cr?me br?lée. Charlesowi tak wtedy wykręciło procesor od tej poetyckiej metafory, że zaciął się na amen. Ruszył przed siebie bez słowa, polazł nad Dunajec, wlazł w lodowate nurty niezbyt głębokiej wody i stał tam zanurzony po pas, żeby schłodzić przegrzany rdzeń. Nie wiadomo, czy kręgowy, czy raczej przedni joystick sterujący. Było po lekkim deszczu i o mało co prąd nie porwał go do Waksmundu. A przecież chłop nie jest reaktorem w Czarnobylu, tylko zwykłym facetem z krwi i kości, któremu w fabryce zapomnieli wgrać sterowniki do empatii, choć hormony zostawili. Po tym incydencie uznał, że najlepiej rozmawia się samemu ze sobą. Przynajmniej poziom intelektualny rozmówcy jest stabilny, czas się oszczędza i nie ma ryzyka, że ktoś wyskoczy z tekstem w stylu "Drill, baby, drill".

Największy cyrk był z nim jednak w knajpach, gdzie koledzy zapraszali go dla hecy. Tam, gdzie normalny człowiek udaje, że wybór między flakami a kwaśnicą to najważniejsza decyzja jego nędznego żywota, Charles potrafił doprowadzić obsługę do stanów lękowych. Podchodzi kelner, uśmiechnięty jakby przed chwilą dostał napiwek w euro i pyta:

- Najpierw coś do picia czy podać kartę dań?
- Tak - odpowiada Charles.

Patrzy wtedy na człowieka tym swoim wzrokiem mordercy-księgowego. I nagle okazuje się, że w normalnym świecie, opartym na kompromisach i niedomówieniach, ktoś, kto odpowiada zgodnie z zasadami logiki formalnej, uchodzi za niebezpiecznego typa. Nawet samochodem Charles jeździ binarnie: albo gaz do dechy, albo hamowanie z piskiem opon na środku pustego skrzyżowania, bo przecież stał tam znak "ustąp pierwszeństwa".
A jednak, proszę ja was, ten nasz poniekąd upośledzony emocjonalnie i genetycznie geniusz znalazł kobietę. Niemożliwe? A jednak. I to nie byle jaką, bo działającą w pełnym, dzikim spektrum barw. Używała słów-kluczy, na widok których w głowie Charlesa od razu pojawiał się niebieski ekran śmierci. Mieszały się mu pojęcia: "może", "zobaczymy", "a co, jeśli". No po prostu pełna umysłowa anarchia. Kiedy po roku wspólnego użerania się postanowiła sprawdzić, czy pod tym pancerzem bije w ogóle jakieś serce, zapytała cicho:

- Charles, jak bardzo mnie kochasz?

Ten zawiesił się na bite trzy minuty. W kawiarni zapadła taka cisza, że było słychać, jak topnieją lodowce w Antarktydy. W końcu Charles wykrztusił jedno słowo:

- Prawda.

W świecie komputerowych nerdów był to komplement ostateczny, coś jakby sam Pan Bóg przybił mu pieczątkę jakości w akcie urodzenia. W jego głowie wybrzmiało to jak absolutny szczyt miłosnego wyznania i deklaracja ostateczna, powyżej której wyższa forma uznania po prostu nie istniała. Tymczasem w świecie żywych ludzi randka zakończyła się błędem krytycznym, płaczem i fochem, którego zasięg odczuły nawet sąsiednie powiaty. Ale libido, choć słabo zbadane i rzadko używane, jakoś tam działało, a miłość na Podhalu bywa twardsza niż zdrowy rozsądek. Dziewczyna została.
W końcu Charles uznał, że czas na procedurę o kryptonimie "Zaręczyny". Przed witryną jubilera stanął z miną człowieka, który zaraz dokona wrogiego przejęcia spółki, trzymając w ręku smartfon z otwartym arkuszem kalkulacyjnym. Na szczęście dla sklepu ekspedientka dorabiała tam na pół etatu, studiując zaocznie informatykę.

- Dzień dobry. Potrzebuję hardware'u o optymalnym stosunku karata do ceny rynkowej - zaczął Charles, ignorując jej powitanie. - Według Głównego Urzędu Statystycznego mediana trwałości małżeństw w naszym regionie sugeruje, że ta inwestycja emocjonalna musi amortyzować się przez minimum czternaście lat. Moja partnerka wykazuje preferencje kolorystyczne w zakresie fali od 450 do 490 nanometrów.
- Czyli niebieski. Logika wskazuje na szafir - przerwała mu ekspedientka, błyskawicznie przełączając się na jego tryb nadawania. Wyciągnęła z gabloty błyszczący obiekt. - Szafir cejloński. Twardość w skali Mohsa: dziewięć na dziesięć. Kompatybilny z każdym typem dłoni, wysoki współczynnik załamania światła gwarantuje brak błędów renderowania w pełnym słońcu. Certyfikat autentyczności w załączniku.

Charles zmrużył oczy, jakby analizował kod źródłowy na zamazanym ekranie starego Rubina. Wyraźnie zaimponował mu ten transfer danych.

- Dobra przepustowość argumentów - mruknął z uznaniem. - Piękno to parametr subiektywny, niemożliwy do zweryfikowania, ale ten minerał drastycznie ogranicza ryzyko odrzucenia pakietu zaręczynowego. Szansa na pozytywną odpowiedź wzrasta o 12,4 procenta. Matematyka, nie magia. Biorę. Płatność kartą, autoryzacja natychmiastowa. Pudełko ozdobne proszę zutylizować, to zbędne zużycie zasobów. Wystarczy polimerowe etui ochronne. I proszę o fakturę VAT, muszę wpuścić ten wydatek w koszty uzyskania przychodu mojej jednoosobowej działalności.

Wyszedł ze sklepu z drogocennym pierścionkiem w plastikowym, tandetnym pudełeczku i nagle jego własny, nieomylny system zanotował dziwne ssanie w dołku. Poczuł się dokładnie tak jak przeciętny turysta na zakopiańskim targu, kiedy po zakupie "oryginalnego" oscypka z krowiego mleka dociera do niego, że właśnie dał się ostrzyc jak owca, nie będąc przy tym ani o grosz mądrzejszym.

Oświadczył się ściśle według protokołu BHP i harmonogramu. Dziewczyna, zamiast odpowiedzieć jak cywilizowany człowiek za pomocą komunikatu "Tak" lub "Nie", nagle się rozpłakała. Charles stał jak zamurowany. W jego algorytmie ten potok łez nie pasował do żadnej tabelki. Nie wiedział, czy to sukces operacyjny, czy awaria instalacji. Przytulił ją z wyraźnym, kilkusekundowym opóźnieniem, dokładnie tak jak stary komputer z Windowsem 95 próbuje przetrawić polecenie otwarcia pliku graficznego w wysokiej rozdzielczości.

I tak to właśnie wygląda, drodzy państwo. Największym dramatem, a zarazem jedynym ratunkiem dla tych wszystkich binarnych Charlesów tego świata wcale nie jest to, że próbują wcisnąć całe skomplikowane, ludzkie życie w ciasne komórki Excela. Ich największym wyzwaniem jest fakt, że ten świat z całą swoją chaotyczną, babską logiką, rosnącymi cenami prądu i dziurami w drogach, mimo wszystko próbuje ich kochać. Bo życie to nie jest włącznik światła w korytarzu, którym można sobie bezkarnie pstrykać. Życie działa w trybie wiecznej awarii: czasem coś boli, czasem świeci, czasem milczy, ale jakoś to wszystko na tym podhalańskim pionie trwa. A miłość? Miłość nie jest wynikiem matematycznego równania ani dobrze rozliczoną fakturą. To po prostu ordynarny, piękny błąd w systemie. Taki złośliwy wirus, który sprawia, że nawet najbardziej logiczny facet na świecie gubi nagle instrukcję obsługi samego siebie. I wiecie co? Dokładnie w tym momencie, w tym całym swoim idiotycznym pogubieniu, zaczyna być wreszcie człowiekiem.

***

W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl