28.08.2022, 12:10 | czytano: 2189

Jacek Sowa: Z loży kibica

Jacek Sowa
FELIETON. "Siedząc na trybunie w gronie starych rówieśników (starych, dosłownie!) wspominaliśmy dawne czasy, padło przy tym nazwisko mego ojca, Wacka Sowy, który w połowie ubiegłego wieku strzegł bramki piłkarskiego Podhala, po Augustynie Fuchsie a przed Tadeuszem Haburą i Romanem Wędrychowiczem" - pisze Jacek Sowa, dziennikarz i publicysta.
Bez serc, bez ducha..
Młodość nie dodała mi skrzydeł nad martwą murawą sztucznej nawierzchni stadionu piłkarskiego przy stacji kolejowej, gdzie nie doczekałem końca meczu, chcąc naiwnie wzlecieć w rajską dziedzinę ułudy. W sobotnie popołudnie akurat nowotarscy Rajscy nie mieli z tym nic wspólnego; mecz sponsorowała inna, wielka miejscowa spółka handlowa…

Minęła dekada, odkąd uczestniczyłem w otwarciu obiektu, na którym w meczu otwarcia, piłkarze spod znaku mojej ukochanej Szarotki dzielnie wywalczyli remis z wielką Białą Gwiazdą; wtedy prowadzoną jeszcze przez odcinającego kolejne kupony swego trenerskiego karnetu Franciszka Smudę. Będący dziś członkiem szerokiej kadry trzecioligowego Podhala Maks Wojas, syn wiecznie optymistycznego sponsora nowotarskiego sportu, był wówczas jeszcze piłkarskim małolatem… Minione lata pokazały, że sukcesor naszej potęgi obuwniczej potrafi ukuć sukces także tam, gdzie ma ochotę poświęcić sporą czapkę pieniędzy, aby „nowości potrząsnąć kwiatem i oblec je w złote malowidła”. Ale…

Patrząc na to, co wyczyniają jego wybrańcy ubrani w kolorowe trykoty, widzi się obszar gnuśności zalany odmętem. A patrzą na to z trybun ludzkości całe ogromy w sile paruset człeka, złorzeczących na szkieletów ludy. Złorzeczą ogromnie, widząc ich poczynania! Jak u wieszcza: nie lgnie do nich fala, ani oni do fali!

Dość jednak literatury, wróćmy na ziemię, a raczej na trawę, sztuczną trawę. Nie tego się spodziewałem ujrzeć, pędząc w sobotnie popołudnie na stadion koło stacji, wierząc, że nasi piłkarze, od paru lat aspirujący do drugiej ligi, poradzą sobie z rywalem, który w przeszłości miał już okazję ich upokorzyć. Jednak przeciwnik, pochodzący z równie starej, ale dwudziestokrotnie (sic!!!) mniejszej od stolicy Podhala miejscowości, okazał się być lepszy i mądrzejszy od naszych gigantów, szumnie zapowiadających walkę o awans z gwiazdorami z Wieczystej. Śledząc poczynania na boisku wydaje się, że jest to gra równie niebezpieczna, jak kredyt frankowy, mam na myśli tu kredyt zaufania do trenera dream teamu hojnego właściciela aptek ze słoneczkiem w herbie. Choć nowotarski sponsor piłkarzy do aptekarzy się nie zalicza, jednak trener naszych piłkarzy niech się ma na baczności.

Siedząc na trybunie w gronie starych rówieśników (starych, dosłownie!) wspominaliśmy dawne czasy, padło przy tym nazwisko mego ojca, Wacka Sowy, który w połowie ubiegłego wieku strzegł bramki piłkarskiego Podhala, po Augustynie Fuchsie a przed Tadeuszem Haburą i Romanem Wędrychowiczem. Podobnie jak dziś Maciej Styrczula grał w białym swetrze, wełnianym, na którym ciotki Rapackie łatały mu dziury, wytarte na przedpolu bramkowym i przyszywały do pleców filcową jedynkę. Jednak patrząc na dzisiejsze poczynania golkipera Szarotek, ojciec przewraca się w grobie, bo czegoś takiego nikt rozsądny w grze bramkarza chyba by nie wymyślił. Nasz Styrczula powinien wziąć chyba lekcje, nawet w Łagowie!
Dostaliśmy srogie baty, 0:3 to wstyd, ponieważ jest to wynik osiągnięty w żałosnym stylu, w którym nie było widać ani serca, ani ducha. Publiczność w liczbie paruset osób (co jest wynikiem zacnym) była mocno zawiedziona i jest to określenie bardzo łagodne. Podobnie jak ton recenzji kolegi Stefana Leśniowskiego, który oszczędził naszych podopiecznych w pomeczowym komentarzu. Ja jednak gryźć się w język nie mam zamiaru, do czego upoważnia moje piłkarskie portfolio minionych kilkunastu lat.

Dlatego razem, młodzi przyjaciele, nawet jeżeli polegniecie ciałem, bądźcie szczęśliwi, by dać innym szczebel do sławy grodu. Ale w minioną sobotę daliście ciała…

Jacek Sowa
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl