07.10.2021, 12:16 | czytano: 2218

Jacek Sowa: Podhalańskich kółek czar… Nauka poszła w las?

zdj. ilustracyjne
"W czasach, kiedy w Polsce jeden samochód osobowy przypadał statystycznie na kilkanaście rodzin, jeśli ktoś nie miał aspiracji zawodowego kierowcy, prawo jazdy było mu tak potrzebne jak kurs gotowania na gazie, którego w Nowym Targu jeszcze przez wiele lat nie było" - wspomina w kolejnym felietonie Jacek Sowa, pochodzący z Nowego Targu dziennikarz i publicysta.
Po jakimś czasie w mieście pojawił się gaz w butlach, które dowożono z rozlewni na Składowej całą flotyllą specjalnie dostosowanych żuków i ich specjalnie przeszkolonych kierowców kontemplujących pracę podczas obowiązkowego śniadania w jadłodajni Na Równi. Był wśród nich szczególnie jeden „specjalista”, zwany Cyganem, który oprócz zamontowania butli potrafił jeszcze na swój sposób zabawić gospodynie; ale ten temat już nie dotyczy motoryzacji…
Szereg zawodów, związanych z motoryzacją, wymagało specjalnych uprawnień, nie mam specjalnej wiedzy na ten temat, toteż skupmy się na podstawowym, tzw. amatorskim prawie jazdy (dzisiejsze B), które wymagało trochę czasu, nauki no i pieniędzy.

W Nowym Targu w szkoleniu kierowców specjalizowały się wówczas dwa ośrodki: Liga Obrony Kraju i Polski Związek Motorowy. O ile placówka LOK-u, prowadzona przez pana Alka Przybylińskiego cieszyła się od lat zasłużoną renomą, prowadząc szeroki wachlarz kursów także zawodowych, o tyle PZMot. miał wzięcie bardziej u kursantów, żądnych łatwego uzyskania upragnionego „prawka”, głównie w kategorii tzw. amatorskiej. Tu u kandydatów na kierowców popularnością cieszył się łagodny i cierpliwy Pan Romek, dorabiający po pracy na nowym typie warszawy M223, nauką jazdy. Ale wśród pań niewątpliwe pierwszeństwo miał niewielkiej postury Pan Jureczek, z tej racji nazywany „Gigantem”; jego mottem były „czułe metody nauczania” na nowym moskwiczu MAZ411! Jednak nieogrzewana klitka w kamienicy p. Futry przy Szkolnej, zdalnie zarządzana przez filię PZMot. w Wadowicach (!), nie przetrwała próby czasu, a ozdobiony podłużnym żółtym pasem szkolny moskwicz „Giganta” skończył pod skarpą w Białym Dunajcu.

Trudno by szukać podobieństwa tamtych samochodów szkolnych do dzisiejszych. Wozy, zaopatrzone z przodu i z tyłu w okrągłe tablice z napisem: „NAUKA JAZDY” nie miały nawet prawego lusterka; kontrolne zerkadło miał w środku czasem instruktor, jeśli je sobie zamontował. A o drugim zestawie hamulcowym chyba jeszcze nikomu się wtedy nie śniło. Tak mi się wydaje, może się mylę…

Trudno też szukać analogii egzaminów na prawo jazdy z tamtych lat do dzisiejszych realiów. Egzamin teoretyczny polegał na ustnej odpowiedzi na zadane przez egzaminatorów pytania i zależał li tylko od akceptacji trzyosobowej komisji, która, nie czarujmy się, częstokroć była poddawana pewnym presjom… Egzamin praktyczny po kilkunastu okrojonych lekcjach nabijania kilometrów był, podobnie jak dziś, jazdą po placu do przodu i tyłu, trochę po ulicy z parkowaniem do kieszeni. Ponieważ egzaminatorzy byli w jakiś sposób związani z ośrodkiem macierzystym i zależało im na statystycznej „zdawalności”, więc odsiewano do powtórki praktycznie tylko największych matołów, albo pechowców w przypadku egzaminu z jazdy.

Wiem coś na ten temat, bo przez pewien czas dorabiałem na kursach PZMot. wykładami z przepisów; szczególnie zapamiętałem definicję mijania i wyprzedzania oraz $ 33 Kodeksu Drogowego: „Szczególną ostrożność zachowaj przy przekraczaniu przejazdów kolejowych”. Ten przepis pozostał aktualny do dziś; tak zginął mój kolega Staszek Adamczyk, w tym samym miejscu w Szaflarach nie tak dawno zakończyła życie młoda kursantka podczas …nauki jazdy!

Pół wieku od tamtych czasów to historyczna przepaść technologiczna, inne metody i zasady szkolenia. Niestety, mentalność kierowcy wykuwa się już podczas procesu nauki jazdy. Ośrodki szkolenia kierowców wyrastają jak grzyby po deszczu, bo tak wielkie jest zapotrzebowanie na różowy kartonik, ale jakość nauczania nie zawsze idzie w parze z ilością. Statystyki drogowe są nieubłagane!
Wymogi jazdy po podhalańskich drogach są zdecydowanie trudniejsze od innych regionów kraju, stąd moje przekonanie, że moi krajanie nie są złymi kierowcami, wyszkolonymi w tutejszych niezłych ośrodkach przez znanych mi skądinąd fachowców z dobrymi kwalifikacjami. I że do przeszłości należy anegdota o Józku z Długiej, który skręcał swoim autem na posesję, nie włączając kierunkowskazu: -Po co, przecie wszyscy wiedzą, że tu mieszkam..”

Na Podhalu przybywało kierowców, przybywało samochodów. Gdy zaczął się motoryzacyjny boom lat siedemdziesiątych, drogi zapełniły się prywatnymi autami, zaczęły się weekendowe korki na „zakopiance”, którym nie pomógł nawet świetny pomysł kolejowych autokuszetek. Ludzie zaczęli jeździć do lasu fiatami…

Jacek Sowa

(cdn)

Po pół wieku pamięć może zawodzić, toteż proszę o wyrozumiałość i ew. uwagi i pomoc w snuciu wspomnień z historii podhalańskiej motoryzacji. Korespondencję można kierować na mój adres mailowy: jacek.sowa@mzpn.pl lub lukasz.worwa@worwa.pl
zobacz także
komentarze
Wnuk tego co wszystko potrafil08.10.2021, 18:37
Jak pamietam też z zapedem do poezji ;)
Jacek Sowa08.10.2021, 08:50
Do: 2man
Cieszę się, że mamy stałego obserwatora cyklu! Przyjdzie czas i to niebawem na motocykle i pochód pierwszomajowy, na którym także poruszał się kilkumetrowy samojezdny but z NZPS. A na trybunie i nie tylko zajmowałem miejsce raczej z boku, za mikrofonem, bo zawsze byłem wyszczekany...
2man07.10.2021, 15:34
do tych ciekawostek motoryzacyjnych moze by warto dorzucic : rozwijajaca sie motoryzacja podhalanska miala okazje prezentowac sie np na pochodach 1szo majowych, Podczas tych manifestacji byla okazja do przejazdu roznej masci pojazdow. Zaczal sie rowniez rodzic sport motocyklowy i okazja do przejazdu zapalencow motocyklowych przed trybuna honorowa na ktorej autor wspomnien motoryzacyjnych zajmowal czolowe miejsce.
Zobacz pełną wersję podhale24.pl