31.10.2021, 18:37 | czytano: 4397

Jacek Sowa: Podhalańskich kółek czar. Byli majstry, byli, ale się minęli…

W takich warunkach naprawiano kiedyś auta...
"Inicjatywa Łukasza Worwy, kontynuującego tradycję powstałej na FIS 1962 stacji obsługi samochodów, w której jego ojciec Adam przepracował ponad 45 lat (!), ma na celu także przywrócenie pamięci o ludziach, którzy na Podhalu od dawna związani byli z tą branżą. Święto Zmarłych jest ku temu najlepszą okazją" - pisze Jacek Sowa.
Nim narodziła się legenda „CPN-u na Szaflarskiej”, (który to temat rezerwuję sobie na deser tego cyklu), siermiężny i wysłużony tabor, poruszający się po naszych kiepskich drogach, wymagał częstych wizyt w warsztatach, których przecież za wiele nie było. W zakamarkach mojej pamięci pozostał zakład Albina Pasia przy ul. Długiej, gdzie naprawiano wszystko, co jeździ; był tam też tokarz wielkiej renomy, Kawa się chyba nazywał… Jeśli ktoś miał auto z nieco wyższej półki, kierował się na Waksmundzką do pana Bronka Żiraldo; tanio nie było ale solidnie! Nieopodal wylotu na „zakopiankę” usadowili swe trochę przyciasne warsztaty bracia Schmidt, do których dopchać się nie było łatwo, choć zawsze praktykowała u nich liczna gawiedź uczniowska z miejscowej zawodówki. Kto miał większe aspiracje, wybierał się do renomowanych firm zakopiańskich, tj. Ripper czy Wadowski: ten ostatni słynął z prac blacharskich, czego doświadczyłem osobiście w 1969 roku, rozbiwszy Jaśkowi Podkanowiczowi Volvo Amazona…
Talent do naprawiania pospolitych „dzwonów” miał również Staszek Bryja z Waksmundu, który oglądając wgięte blachy (tak, bo kiedyś auta jeszcze nie były z plastiku!), drapał się po głowie, mówiąc: - Brzyćka sprawa! Ale jo ino wyklepię… A malować trzeba było jechać do Władka Gronia albo Romana Dziubińskiego, zaś na poprzebijane z kolei kapcie był jedyny w mieście majster, Mieczysław Słowik, którego często w warsztacie zastępowała żona. A prądu w aucie szukało się u Kazimierza Topy. To byli prawdziwi samochodowi lekarze pierwszego kontaktu!

Często jednak wybierano naprawcze skróty, czyli robotę na tzw. fuchę, ale mechanicy, zatrudnieni w państwowych czy spółdzielczych zakładach, nie zawsze potrafili podołać zapotrzebowaniu na swe usługi. Ich jakość czasem była wątpliwa wobec braku bądź umiejętności, bądź zaplecza technicznego. Wyjątek, godny opisania, stanowi sylwetka Władysława Łapsy.


Wśród kilku, znaczących mechaników samochodowych w mieście, Władek był jednym z największych samorodnych talentów w tej branży. Smykałkę do majstrowania miał od zawsze, a w jego warsztacie na Zaciszu można było zrobić rzeczy czasem niemożliwe. Na co dzień pracował jako mechanik w MPGK, ale z racji posiadanych umiejętności i częstej „niedyspozycji” nie obarczano go prostymi pracami w warsztacie. To był człowiek do zadań specjalnych, gdy trzeba było naprawić unieruchomioną koparkę czy wywrotkę w chwili, kiedy były niezbędne do pracy.

Władek dorabiał po godzinach, najczęściej w nocy, żeby mu nikt nie przeszkadzał. Miał w domu ściągniętą ze złomu i poskładaną do kupy andrychowską tokarkę, na której potrafił czynić cuda. Razu pewnego na Podhale przybłąkał się przybysz z Francji za kierownicą oryginalnego Citroena DS 19, w którym na podhalańskich drogach zechciała się zepsuć automatyczna skrzynia biegów. Nie pomógł nawet największy warsztatowy autorytet w mieście w postaci Andrzeja Kostrzewy; popularny brodacz po rozebraniu skrzynki stwierdził, że rozsypała się stożkowa zębatka, nie do kupienia w Polsce na poczekaniu, ale dał nadzieję: – Może Łapsa coś wymyśli! No i Łapsa w ciągu kilkudziesięciu godzin wytoczył nową zębatkę. Gdy ów Francuz dojechał nad Sekwanę, tamtejszym mechanikom w serwisie opadły szczęki, a rodak Napoleona przekazał Władkowi pokaźną kwotę franków, którą nasz zacny majster przebalował solidarnie z kolegami. Ci zaś namówili go do spróbowania szczęścia za Wielką Wodą. Zarekomendowany przez rodaków do pracy u samochodowego bossa w Chicago, dostał zadanie kwalifikacyjne krótkie i dosadne: - Na placu stoi pięć zepsutych aut; jeśli w ciągu godziny któreś uruchomisz, przyjmę cię do pracy! – powiedział boss i rzucił mu pęk kluczyków. Po czterdziestu minutach Władek zjawił się przed obliczem szefa: - I co, które odpaliłeś? Odpowiedź była krótka: - Wszystkie! W tamtych czasach standardowym wynagrodzeniem rodaków tam pracujących było pięć dolarów na godzinę; Łapsa dostał dwanaście! Niestety, losy Władysława nie potoczyły się najlepiej, zmarł przedwcześnie na obczyźnie, lecz zdążył jeszcze jako tako wyposażyć pozostałą w kraju rodzinę.

Jednak coś jeszcze po nim pozostało - historia zatoczyła koło! Jego wnuk, Mariusz Szewczyk (od lat szef serwisu Moto Service Worwa), został zwycięzcą w ogólnopolskim konkursie organizowanym przez firmę Fota S.A. "Mechanikiem Roku 2014". Trzy lata później od firmy Inter Cars S.A. otrzymał tytuł „Master Mechanik”. Imponujący jest upór Mariusza - żeby zatriumfować, startował od 2003 roku aż dziesięć razy, pięciokrotnie wchodząc do finału. Wygrana w konkursie Mechanik Roku 2014 uniemożliwiła już dalsze starty, ale informująca o tym nagroda rzeczowa w postaci czarnego autka prestiżowej marki do dziś dumnie jeździ po podhalańskich drogach!
/zdj. z 1974 r./

Nowotarski Zespół Szkół Mechanicznych przez wiele lat wykształcił całą armię zdolnych mechaników, którzy po latach mogli zmierzyć się z postępem technicznym w motoryzacji. Ale to już inna historia, dziś pochylmy czoła nad tymi, których już nie ma, a którzy często przekazywali swojemu potomstwu motoryzacyjne geny i w Zaduszki złóżmy im hołd choćby zapalonymi świecami zapłonowymi swoich nowoczesnych samochodów. Za parę lat mogą to być tylko lampy aut elektrycznych…

Jacek Sowa
(cdn)

Po pół wieku pamięć może zawodzić, toteż proszę o wyrozumiałość i ew. uwagi i pomoc w snuciu wspomnień z historii podhalańskiej motoryzacji. Korespondencję można kierować na adres mailowy: jacek.sowa@mzpn.pl lub lukasz.worwa@worwa.pl
Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
Pinki01.11.2021, 20:16
Masz rację Karol. Warsztat Pana Łapsy był przy ul. Św. Anny naprzeciwko skrzyżowania z ul. Zacisze.
Karol01.11.2021, 11:39
Z tego co pamiętam, to Władysław Łapsa miał warsztat na ul Św Anny.
Sx31.10.2021, 22:23
Jeszcze należy przy okazji zakładu Wadowski wspomnieć mistrza blacharstwa samochodowego Józka Murzyna , który czynił cuda
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl