02.01.2022, 12:30 | czytano: 1856

Jacek Sowa: "Rysy na pucharze". Odc. 4: "Szarotki zwiędły na lodzie"

"Ostatni dzień roku 1978, czas powrotu do domu, powrotu z historycznego co prawda, ale nieudanego ćwierćfinału pucharu Europy" - wspomina w ostatnim odcinku "Rys na pucharze", Jacek Sowa.
Scania klubu Assat Pori wiozła zespół hokejowego mistrza Polski na lotnisko w Helsinkach elegancko i z klasą. W autokarze było ciepło, z głośników sączyły się przeboje Abby, nie zabrakło skrzynki z kanapkami, batonikami i sokiem pomarańczowym; pełna kultura. Towarzystwo trochę przysypiało po drodze, ale w miarę zbliżania się do stolicy Finlandii, chłopcy głośno rozprawiali na temat dzisiejszego sylwestrowego wieczoru. - Wylatujemy o 19-tej z Helsinek i lądujemy o 19.10 w Warszawie, bo jest różnica czasu, szybka odprawa i za cztery, pięć godzin Michałek nas dowiezie do Nowego Targu. Na północ nie zdążymy, ale na bal się jeszcze załapiemy – kalkulowano.
Terminal lotniska Vantaa w Helsinkach na dwie godziny przed planowanym odlotem był opustoszały, wyglądał wręcz na wymarły. W kącie krzątała się sprzątaczka z mopem, koło drzwi przechadzał się ochroniarz, jedyne oświetlone okienko było z napisem Office. Po godzinie siedzenia na torbach ze sprzętem „Wujek” Kramarz wyjąkał: - Coś mi się tu nie widzi, czy to na pewno to lotnisko? Polazłem do tego jedynego jasnego okienka, w którym siedział Lapończyk w okularach, nie rozumiejący nic w żadnym, oprócz ugrofińskiego narzecza, języku. Z pomocą przyszła mi sprzątaczka, władająca niemieckim i po chwili konwersacji dowiedzieliśmy się, że LOT-i „nie loti”! Parę kwadransów zeszło na wykonanie szeregu telefonów przez Lapończyka z okienka, zanim pod terminal zajechała czerwona łada, z której wysiadł wystrojony w smoking goguś, jak się okazało tutejszy rezydent LOT-u.

- Skąd wy się tu wzięliście? – zapytał zdziwiony, na co odparłem:
- Urwaliśmy się z choinki, podobnie jak pan! LOT nie wie, że jego pasażerami jest drużyna mistrza Polski, wracająca z meczu o hokejowy Puchar Europy?

Pan rezydent nie wiedział, ale pospiesznie (żeby zdążyć na bal sylwestrowy w ambasadzie!) załatwił autokar, który zawiózł nas do hotelu Intercontinental w centrum Helsinek.

(zdj. dawny hotel Intercontinental)

Tam, na zapleczu przygotowanej do balu restauracji, podano nam kolację, do której przewrotnie zażądaliśmy szampana; dali w zamian po kieliszku czerwonego wina, ale i tak kolacja dla drużyny (wg rachunku, który podpisałem) kosztowała równowartość małego fiata. Ile kosztował nocleg ze śniadaniem, tego nie wiem, ale jak podsumował ze swym specyficznym humorem „Maziorz”: "dużego fiata na pewno… "

Rozlokowano nas na czwartym piętrze luksusowego hotelu, chłopcy byli widać naładowani, bo przy otwieraniu drzwi klucze trzaskały iskry. Z okien hotelu rozpościerał się widok na plac imienia Paavo Nurmiego, na którym przed północą prezydent Finlandii Urho Kekkonen wygłosił orędzie noworoczne z życzeniami do narodu. Plac rozjarzył się fajerwerkami, na ośnieżonych skwerach trwała zabawa na wolnym powietrzu. Nieokiełznany „Pipon” przyszedł do mnie z propozycją pożyczenia pięciu dolarów i marynarki z guzikami, bo chce „zajrzeć” na ostatnie piętro hotelu, gdzie słychać fajną zabawę; odesłałem gamonia do łóżka.

Nowy Rok 1979 powitaliśmy śniadaniem w hotelu, podczas którego w kilka sekund znikły z koszyków wszystkie mandarynki i pomarańcze; doniesiono potem już tylko jabłka… Zjawił się także mocno skacowany pan rezydent z LOT-u, oznajmiając, że na razie do Warszawy nic nie leci, bo w Polsce jest zła pogoda. Ale jeszcze przed południem zjawił się w hotelu …Karl From, prezes klubu Assat Pori, który zabrał naszą ekipę do swojego autokaru i pojechaliśmy wszyscy razem na lotnisko. Zgodnie ulokowano nas w Caravelli FINNAIR-u, która po godzinie wylądowała na zamglonym Okęciu.

Jednak przed terminalem nie czekał na nas żaden autokar, mający zawieźć ekipy na Podhale. Nerwowe telefony, wykonywane z lotniskowego automatu nie przynosiły efektu. Klubowy numer był głuchy, prywatnie „Mama” Soczkowa poinformowała, że autobusy z kombinatu wyjechały wczoraj, więc trzeba dzwonić do prezesa Łąckiego. Towarzysz prezes stwierdził, że wszystko jest elegancko jak trzeba, musimy co najwyżej trochę poczekać, bo przecież jest zima stulecia. No tak, 15 centymetrów śniegu to w Warszawie już klęska żywiołowa.. Znów z pomocą przyszedł mi Stefan Rzeszot i po godzinie ustaliliśmy, że oba autobusy po prostu zamarzły na parkingu stadionu Skry i trwają próby ich uruchomienia.

(Stanisław Rzeszot)

Obie drużyny siedziały na wyziębionym terminalu, po godzinie przyjechał zamarznięty autosan, goście z Finlandii zapakowali się doń, ale po kwadransie z niego wysiedli; nie działało webasto. Karl From oznajmił mi, że jego drużyna zbyt wiele kosztuje, aby mógł ją narazić na wielogodzinną podróż autobusem bez ogrzewania. Na własną rękę próbowaliśmy ze Stefanem załatwić jakiś transport na miejscu, okazało się jednak, że w Nowy Rok w stolicy naszego kraju jest to niemożliwe! Najwcześniej może nazajutrz, co dla Finów było nie do przyjęcia, wobec perspektywy przesunięcia terminu meczu rewanżowego i ich ligowego harmonogramu. Jedyne, co można było zrobić, to ulokować gości w hotelu, a za sprawą telewizyjnych chodów redaktora Rzeszota udało się w pobliskim Novotelu; do dziś nie wiem, kto za to wszystko zapłacił…

Po paru godzinach pod terminal podjechał zaśnieżony, prymitywny jelcz ogórek, który zabrał resztkę ekipy Podhala, bowiem kilku najbardziej zdeterminowanym chłopakom udało się złapać dwie taksówki, którymi pojechali do Nowego Targu.
(na zdj. wnętrze "ogórka")

A „elegancki” zdaniem towarzysza prezesa ogórek odmówił posłuszeństwa w Słomnikach, skąd przetransportowano pasażerów do Krakowa … milicyjnymi nysami itd. itd. Ja sam zaś, po załatwieniu wszystkich spraw, związanych z pobytem i powrotem rywali do Finlandii, wróciłem autosanem bez ogrzewania do Nowego Targu nazajutrz, już po zakończeniu meczu rewanżowego, który, ku zawodowi kilku tysięcy nowotarskich kibiców się nie odbył.

Sędziowie z Czechosłowacji odgwizdali wprawdzie walkower 5:0 dla Podhala, który dawał Szarotkom awans do półfinału, jednak werdykt ten europejska federacja hokejowa zweryfikowała na korzyść Finów, którzy po wyrównanym pojedynku w półfinale ulegli Poldi Kladno.

Tamci hokeiści Podhala niechętnie wspominają tamte czasy i organizacyjną kompromitację ówczesnych decydentów. Mimo trapiących zespół kontuzji zdołali jeszcze w tym sezonie wywalczyć mistrzowski tytuł, który potem na osiem lat oddali do Sosnowca. Wtedy to nagrodą był pokaźny, metrowej wielkości puchar z włocławskiego fajansu, który uległ uszkodzeniu podczas powrotu ze Śląska.



Towarzysz prezes długo się o niego upominał, zanim eksponat z niewielką rysą znalazł się w klubowej kolekcji, bliższe szczegóły najlepiej znał kapitan drużyny, Kaziu Zgierski. Ale tym razem była to tylko niewielka rysa na pucharze…

(na zdj. Kazimierz Zgierski)

Koniec

Jacek Sowa
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl