To miał być pomysł na realizację pasji i dorobienie paru złotych podczas zimowych ferii. Dla Ewy rzeczywistość okazała się brutalna, egzamin na pomocnika instruktora narciarstwa oblała już siedem razy. I nie jest jedyna.
Ewa (imię zmienione) musiała, jak każdy, przebrnąć przez trzy szkolenia, zanim przystąpiła do egzaminu. To kurs kwalifikacyjny i dwa stopnie kursu pomocnika instruktora narciarstwa. Każdy trwał po pięć dni i kończył się egzaminem wewnętrznym i zaliczeniem teorii.Zaliczyła wszystkie, więc mogła zostać dopuszczona do egzaminu regionalnego. Teoretycznie egzamin miał być podobny. Zaliczyć trzeba slalom gigant na czas, jazdę techniczną i część teoretyczną.80 procent niezadowolenia
Pierwsza próba to jazda na czas. Tu wymagania różnią się w zależności od panujących warunków. Ocena przejazdu uzależniona jest od tego, jak na początku egzaminatorzy "założą czas". Najpierw sami przejeżdżają trasę, a później, według przelicznika, ustalają czas dla kursantów. Ma to pozwolić dostosować wymagania do panujących warunków na stoku.
Jest możliwość poprawki w drugim przejeździe. Jak to się zaliczy, jest czas na pokaz umiejętności różnymi technikami jazdy - trzeba przejechać cztery wybrane przez egzaminatorów ewolucje i w zależności od oceny - przechodzi się dalej lub wraca do domu. Tu jest tylko jeden przejazd na każdą ewolucję, trzeba otrzymać po minimum sześć punktów za każdą z nich.
Ostatnia cześć to instruowanie - przeprowadzenie lekcji z grupą.
- Do tego etapu nigdy nie doszłam, więc nie wiem, jak to wygląda - przyznaje Ewa, kandydatka na narciarskiego instruktora z Podhala. Jak dodaje - do egzaminu podchodziła już siedem razy. Przekonuje, że za każdym razem odpadało blisko osiemdziesiąt procent kandydatów.
Choć zdarzali się i tacy, którym udawało się za pierwszym razem.
- Na początku odpadałam na technice, zabrakło jakichś części punktu, potem na gigancie. Raz się zdarzyło, że cztery razy powtarzałam przejazd, bo podczas drugiego i trzeciego nie zadziałała fotokomórka. Za czwartym razem poległam - nie kryje zdenerwowania Ewa.
Kosztowna zabawa
Problemem są nie tylko zszargane nerwy, ale także wysokie koszty. Każdy egzamin kosztuje 300 zł, plus dzienny karnet co łącznie wychodzi prawie 500 zł. Do tego dochodzą własne treningi, które trzeba odbywać na stoku, by nie stracić formy przed egzaminem.
- Płatność tylko gotówką, a żadnego paragonu nigdy nie dostałam - zauważa niedoszła instruktorka.
- Egzamin kosztuje tu prawie dwa razy więcej niż na prawo jazdy. To nie jest normalne, bo trzeba mieć własny sprzęt i jeszcze karnet opłacić - irytuje się ojciec Ewy.
Ewolucje na temat
Piotr Bogusz prowadzi Szkołę Narciarską Lider, jedną z wielu przeprowadzających tego typu egzaminy. Sam także jest egzaminatorem i jak przekonuje - wymogi stawiane kandydatom muszą być wysokie.
I zauważa, że jeśli ktoś do egzaminu podchodzi dziesięć razy, to powinien się zastanowić, czy dobrze został wyszkolony podczas kursów.
- Czasami ludzie idą na łatwiznę, szukają skróconych ścieżek, gdzieś kombinują w szkołach, które nie do końca działają uczciwie. I robią trzytygodniowe kursy w tydzień. Potem są tego efekty. I to jest główny problem. Cóż ci, którzy zdali są mega zadowoleni i przychodzą dziękować, inni są źli. Ale są jeszcze tacy, którzy po oblanym egzaminie przychodzą i pytają co zrobiłem nie tak, co powinienem poprawić. I zanim pojadą na kolejny egzamin pójdą jeszcze na kurs i się podszkolą - przekonuje Piotr Bogusz.
Paragon? To na cele statutowe
Szkoła jest organizatorem technicznym, zabezpiecza pomiar czasu i od szkoły nic poza tym, żeby wszystko było dobrze przygotowane, a egzaminatorzy mieli miejsce, gdzie sobie wszystko policzą. Sami egzaminatorzy nie są związani ze szkołą.
Co do paragonów, przekonuje, że zależy to od tego, jaką formę działalności prowadzi dana szkoła.
- Może działać jako stowarzyszenie i wówczas bierze wpłatę na cele statutowe. Nie każdy może dostać paragon - kwituje.
A może przez internet?
Teoretycznie uprawnienia instruktorskie można zrobić nie wychodząc z domu, na internetowych kursach. Wszystko stało się możliwe po tzw. ustawie deregulacyjnej Jarosława Gowina.
Jednak nie będą to uprawnienia SITN PZN, które są honorowane na polskich i zagranicznych stokach. W praktyce, to jedynie świstek papieru, czy jak to mówią niektórzy "dokument kolekcjonerski", którym można jedynie przyozdobić ścianę w pokoju.
Prawdziwe uprawnienia wymagają czasu, potu i nierzadko zszarganych nerwów. Wszystko ma przyświecać jednemu celowi, by instruktor potrafił uczyć. Pozostaje tylko pytanie czy egzaminator na pewno umie egzaminować.
Józef Figura



