17.02.2016, 14:29 | czytano: 2345

Debata w sprawie koni z Morskiego Oka oczami fiakrów. "Ze strony pseudoekologów nie ma żadnej chęci porozumienia"

W Krakowie odbyła się debata dotycząca transportu konnego do Morskiego Oka. "Zieloni tradycyjnie nie uznają żadnych autorytetów, a jedynym pewnikiem dla nich są tylko wyciągnięte z kontekstu zdania potwierdzające to, że konie z trasy do Morskiego Oka powinny zniknąć" - uważają przedstawiciele Stowarzyszenia Przewoźników do Morskiego Oka.
Fiakrzy z gminy Bukowina Tatrzańska przedstawili swoje stanowisko w sprawie debaty. Ich zdaniem nie nie miała ona sensu i do niczego nie doprowadziła. Fiakrzy uważają, że była pokazówką i zakończyła się pyskówką. Poniżej całe stanowisko stowarzyszenia:
"Od początku byliśmy sceptycznie nastawieni do tego spotkania, bo poprzednie debaty z przedstawicielami organizacji prozwierzęcych zawsze kończyły się kłótnią i kolejnymi zarzutami w naszą stronę. Jednak zachęceni przez organizatorkę, Magdalenę Hejdę, w myśl zasady „nic o nas – bez nas”, przyjęliśmy zaproszenie.

Na liście osób zaproszonych do debaty od razu rzucał się w oczy brak głównej „rozgrywającej”, czy też „mieszającej” ze strony zielonych – Anny Plaszczyk z fundacji Viva. I głównie dzięki temu, że nie było jej na liście, większość zaproszonych zgodziła się na udział w debacie. Dlaczego? Ci, którzy znają tą panią wiedzą, że nie jest ona w ogóle stroną do rozmowy. Operuje ona półprawdą, swoją niewiedzę przykrywa pseudonaukowymi cytatami, a w swoich rozmówców wbija wzrok bazyliszka próbując ich zmrozić i „spetryfikować” niczym bohaterów z Harrego Pottera.

Na etapie uzgodnień Pani Magdalena zaproponowała nam, aby reprezentacja Stowarzyszenia składała się z maksymalnie 10 osób. Zapraszała również publiczność i dziennikarzy. W odpowiedzi od razu zaznaczyliśmy, że z naszej strony oficjalna delegacja liczyć będzie 5 osób, których nazwiska doślemy przed rozpoczęciem debaty.

Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po dosłaniu naszej listy pięciu nazwisk organizatorka stwierdziła, że to niedopuszczalne, że tak wiele osób będzie ze Stowarzyszenia i w takim razie musi zaprosić do dyskusji Annę Plaszczyk. Dodatkowo pozostali interlokutorzy nie zostali o tym poinformowani na czas i tylko z grzeczności pozostali na sali biorąc udział w tej dyskusji. Wprowadzenie pani Plaszczyk „tylnymi drzwiami” było tylko potwierdzeniem, że debata będzie tylko pokazówką i wzajemnym teatrem oskarżeń.

O czym była debata?
W zasadzie o wszystkim i o niczym. Czyli standard. Dyskusja miała dotyczyć sytuacji koni na trasie do Morskiego Oka, a zamiast tego prowadzono obliczenia, rozważania dotyczące asfaltu na drogach powiatowych, pyłu, dorożek oraz sposobu hamowania i rodzajów hamulców.

Prowadząca debatę nie potrafiła opanować dyskusji lub nie chciała tego zrobić, bo w zadawanych pytaniach często dało się wyczuć jej stronniczość i brak elementarnej wiedzy w poruszanym temacie.

Osoby biegłe w dziedzinie hipologii, specjaliści od koni, ich zwyczajów i zdrowia mówili jedno, a przedstawiciele organizacji prozwierzęcych drugie. Zieloni tradycyjnie nie uznają żadnych autorytetów, a jedynym pewnikiem dla nich są tylko wyciągnięte z kontekstu zdania potwierdzające to, że konie z trasy do Morskiego Oka powinny zniknąć.

Panie z organizacji prozwierzęcych podważały wyniki zleconych przez siebie badań. Wielokrotnie negowały opinie specjalistów sugerując ich zależność finansową od portfela fiakrów. Unikały też tematu częstej rotacji „swoich” lekarzy i natychmiastowego (po niepomyślnym dla zielonych werdykcie badań) podważania opinii specjalistów wynajętych przez organizacje prozwierzęce.

W swoich wypowiedziach pseudoekolożki zamiast chłodno rozmawiać o faktach, często grały na uczuciach. Mówiły o „umierających” koniach, czy – posiłkując się widownią – przedstawiały historię dziewczyny na wózku inwalidzkim, która bez mała ze łzami w oczach opowiadała jakie to smutne obrazy pozostały w jej głowie po przejażdżce wozem do Morskiego Oka, mówiła o swojej rehabilitacji i własnych marzeniach dotyczących sielskiej przyszłości koni w ogóle.

Tradycyjnie nie zabrakło zastraszania. Anna Plaszczyk kilkakrotnie straszyła dr. Pawła Golonkę i publiczność procesami za pomówienia, a Beata Czerska chciała wzywać policję w obawie przed jednym z fiakrów, który rzekomo uszkodził jej kolano podczas listopadowych protestów, a podczas debaty zajmował miejsca na widowni.
O rozsądek i podjęcie decyzji, w którą stronę kierować prace mające na celu jeszcze większą poprawę już dobrego stanu koni w Morskim Oku apelował dyrektor TPN Szymon Ziobrowski, ale po stronie zielonych ten apel pozostał bez odzewu.

Podobnie zresztą, jak bez echa przeszły argumenty przedstawiane przez specjalistów: Marka Tischnera, Pawła Golonkę, Ryszarda Kolstrunga czy Macieja Jackowskiego. W każdej ich wypowiedzi pseudoekolożki Anna Plaszczyk i Beata Czerska, które w swoich oczach urosły do rangi hipologicznych wyroczni, doszukiwały się złej woli, stronniczości i (phi!) nieznajomości tematu.

Co sądzimy o debacie?
Sądzimy, że nieprzypadkowo debata została zorganizowana akurat teraz, kiedy organizacje prozwierzęce zamiast o dobro koni – walczą o 1% z naszych podatków.

Była to już trzecia próba podjęcia szerokiej debaty na temat koni i w zasadzie skończyła się tak samo jak wcześniejsze (Dyrekcja TPN i Zespół sejmowy w grudniu 2014 r.), czyli pyskówką i ośmieszaniem specjalistów – lekarzy weterynarzy i hipologów.

Ponownie zieloni na debatę przynoszą jakieś najnowsze analizy i opracowania, które w ogóle nie odnoszą się do pracy koni i ich zdrowia, a jedynie dotykają tematu (prawidłowość obliczeń, badanie drogi i zdjęcia termowizyjne), przy czym wszystkie te analizy nie umniejszają w żaden sposób opinii wydanych przez specjalistów – lekarzy weterynarzy i hipologów, a rozpoczynają rozmowę na nowe tematy, jak na przykład stan dróg publicznych w powiecie tatrzańskim.

Debata pokazała, że nie ma ze strony pseudoekologów żadnej chęci porozumienia, a każda dyskusja kończy się zarzucaniem nas nieprawdziwymi, ale podchwytywanymi przez publikę oskarżeniami.

Debata dostępna on-line. Cała debata (prawie 4 godziny) do zobaczenia na stronie www.SwiatKoni.pl".

Źródło: Stowarzyszenie Przewoźników do Morskiego Oka
komentarze
jo17.02.2016, 17:16
Gdyby ludzie nie siadali do zaprzęgów to by koni nie było na drodze do morskiego. Sam na oczy widziałem jak " turyści " po 12 osób oblegają sanie i jadą zadowoleni a potem opowiadają że oni w górach byli akurat wtedy była taka piękna pogoda, że spacer to była sama przyjemność. Górale z końmi są bo są chętni gdyby chętnych nie było to i zaprzęgów by nie było
JDD17.02.2016, 16:51
Jakby fiakrzy zapłacili kasę ekologom, to zieloni siedzieliby cicho. Ekolodzy to terroryści i tak się powinno ich traktować. Odciąć prąd, ciepłą wodę, zabrać samochody - niech żyją ekologicznie!
M17.02.2016, 16:46
Mam nadzieje ze te konie znikna raz na zawsze z drogi do Morskiego Oka . Jak pomysle o tym smrodzie o tych kupach i szczynach konskich to juz odniechciewa sie spaceru . No ale wiadomo kasa nie smierdzi ...
na rympał17.02.2016, 16:18
Panie Czerska i Plaszczyk z pewnością nie są ekologami, a za takich się mają.
Ekologiem, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie są osoby czynnie walczące o prawa zwierząt, lecz osoby, które naukową zajmują się ekologią, czyli nauką o strukturze i funkcjonowaniu przyrody.
Te Panie nie mają w zakresie ekologii żadnego wykształcenia, ani wiedzy, czego zresztą nie ukrywają.
Więc nazywanie ich pseudoekologami ma sens
osioł17.02.2016, 15:39
okreslenie pseudoekologow jest stronnicze to jakby powiedziec pseudowoznica
Nie wyparzona17.02.2016, 15:08
Paranoja, że na takie babole nie ma bata!!!! Gdyby górale byli tacy jak ich opisują to już dawno te "PANIE" byłyby uciszone a tak nie dają spokoju chociaż żadnych podstaw do tego też nie mają.

Czy nie mógłby zająć się tą sprawą jakiś mądry adwokat i wnieść sprawę do sądu o nękanie, obrażanie i uprzykrzanie życia ludziom, którzy tylko pracują by żyć ?

Sama chętnie popyskowałabym z takimi - a buźkę też mam nie od parady! (Chyba wybiorę się na kolejne spotkanie - i to nie jest obietnica!)
Zobacz pełną wersję podhale24.pl